Full text of "Pisma"
This is a digital copy of a book that was preserved for generations on library shelves before it was carefully scanned by Google as part of a project
to make the world's books discoverable online.
It has survived long enough for the copyright to expire and the book to enter the public domain. A public domain book is one that was never subject
to copyright or whose legał copyright term has expired. Whether a book is in the public domain may vary country to country. Public domain books
are our gateways to the past, representing a wealth of history, culture and knowledge that's often difficult to discover.
Marks, notations and other marginalia present in the original volume will appear in this file - a reminder of this book's long journey from the
publisher to a library and finally to you.
Usage guidelines
Google is proud to partner with libraries to digitize public domain materials and make them widely accessible. Public domain books belong to the
public and we are merely their custodians. Nevertheless, this work is expensive, so in order to keep providing this resource, we have taken steps to
prevent abuse by commercial parties, including placing technical restrictions on automated ąuerying.
We also ask that you:
+ Make non-commercial use of the file s We designed Google Book Search for use by individuals, and we reąuest that you use these files for
personal, non-commercial purposes.
+ Refrainfrom automated ąuerying Do not send automated ąueries of any sort to Google's system: If you are conducting research on machinę
translation, optical character recognition or other areas where access to a large amount of text is helpful, please contact us. We encourage the
use of public domain materials for these purposes and may be able to help.
+ Maintain attribution The Google "watermark" you see on each file is essential for informing people about this project and helping them find
additional materials through Google Book Search. Please do not remove it.
+ Keep it legał Whatever your use, remember that you are responsible for ensuring that what you are doing is legał. Do not assume that just
because we believe a book is in the public domain for users in the United States, that the work is also in the public domain for users in other
countries. Whether a book is still in copyright varies from country to country, and we can't offer guidance on whether any specific use of
any specific book is allowed. Please do not assume that a book's appearance in Google Book Search means it can be used in any manner
any where in the world. Copyright infringement liability can be ąuite severe.
About Google Book Search
Google's mission is to organize the world's Information and to make it universally accessible and useful. Google Book Search helps readers
discover the world's books while helping authors and publishers reach new audiences. You can search through the fuli text of this book on the web
at |http : //books . google . com/
Jest to cyfrowa wersja książki, która przez pokolenia przechowywana była na bibliotecznych pólkach, zanim została troskliwie zeska-
nowana przez Google w ramach projektu światowej biblioteki sieciowej.
Prawa autorskie do niej zdążyły już wygasnąć i książka stalą się częścią powszechnego dziedzictwa. Książka należąca do powszechnego
dziedzictwa to książka nigdy nie objęta prawami autorskimi lub do której prawa te wygasły. Zaliczenie książki do powszechnego
dziedzictwa zależy od kraju. Książki należące do powszechnego dziedzictwa to nasze wrota do przeszłości. Stanowią nieoceniony
dorobek historyczny i kulturowy oraz źródło cennej wiedzy.
Uwagi, notatki i inne zapisy na marginesach, obecne w oryginalnym wolumenie, znajdują się również w tym pliku - przypominając
długą podróż tej książki od wydawcy do biblioteki, a wreszcie do Ciebie.
Zasady użytkowania
Google szczyci się współpracą z bibliotekami w ramach projektu digitalizacji materiałów będących powszechnym dziedzictwem oraz ich
upubliczniania. Książki będące takim dziedzictwem stanowią własność publiczną, a my po prostu staramy się je zachować dla przyszłych
pokoleń. Niemniej jednak, prace takie są kosztowne. W związku z tym, aby nadal móc dostarczać te materiały, podjęliśmy środki,
takie jak np. ograniczenia techniczne zapobiegające automatyzacji zapytań po to, aby zapobiegać nadużyciom ze strony podmiotów
komercyjnych.
Prosimy również o:
• Wykorzystywanie tych plików jedynie w celach niekomercyjnych
Google Book Search to usługa przeznaczona dla osób prywatnych, prosimy o korzystanie z tych plików jedynie w niekomercyjnych
celach prywatnych.
• Nieautomatyzowanie zapytań
Prosimy o niewysyłanie zautomatyzowanych zapytań jakiegokolwiek rodzaju do systemu Google. W przypadku prowadzenia
badań nad tłumaczeniami maszynowymi, optycznym rozpoznawaniem znaków łub innymi dziedzinami, w których przydatny jest
dostęp do dużych ilości tekstu, prosimy o kontakt z nami. Zachęcamy do korzystania z materiałów będących powszechnym
dziedzictwem do takich celów. Możemy być w tym pomocni.
• Zachowywanie przypisań
Znak wodny "Google w każdym pliku jest niezbędny do informowania o tym projekcie i ułatwiania znajdowania dodatkowych
materiałów za pośrednictwem Google Book Search. Prosimy go nie usuwać.
• Przestrzeganie prawa
W każdym przypadku użytkownik ponosi odpowiedzialność za zgodność swoich działań z prawem. Nie wolno przyjmować, że
skoro dana książka została uznana za część powszechnego dziedzictwa w Stanach Zjednoczonych, to dzieło to jest w ten sam
sposób traktowane w innych krajach. Ochrona praw autorskich do danej książki zależy od przepisów poszczególnych krajów, a
my nie możemy ręczyć, czy dany sposób użytkowania którejkolwiek książki jest dozwolony. Prosimy nie przyjmować, że dostępność
jakiejkolwiek książki w Google Book Search oznacza, że można jej używać w dowolny sposób, w każdym miejscu świata. Kary za
naruszenie praw autorskich mogą być bardzo dotkliwe.
Informacje o usłudze Google Book Search
Misją Google jest uporządkowanie światowych zasobów informacji, aby stały się powszechnie dostępne i użyteczne. Google Book
Search ułatwia czytelnikom znajdowanie książek z całego świata, a autorom i wydawcom dotarcie do nowych czytelników. Cały tekst
tej książki można przeszukiwać w Internecie pod adresem http : //books . google . com/
'/^{ 1
. ^'M
PISMA
ZYGMUNTA KRASIŃSKIEGO
ZA ZEZWOLENIEM RODZINY POETY WYDAŁ"
TADEUSZ PINI
WYDANIE KRYTYCZNE ZUPEŁNE
, . ze słowem wstępnem
PROF. ORA J Ó ZE FA KALLENBACHA
f • . :. ■
^ >■ '■ ■ 'v »*; ■
TOM I. '
(1«33 1837)
Z portretepi Poety i podobiznami autografów
WE LWOWIE
NAKŁADEM KSIĘGARNI POLSKIEJ B. POŁONIECKIEOO.
WARSZAWA E. WENDE I SP.
1904
Wszelkie prawa własności zastrzega sobie wydawca.
w drukarni Uniw. Jagiell. w Krakowie, pod zarządem J. Filipowskiego.
TOM I.
(1833—1837)
SPIS RZECZY.
Stówo wstępne prof. J. Kallenbacha str. VII
Nie-Boska Komedya » i
Irydion » 75
Modlitewnik » 213
Wanda (fragment) » 245
Przypiski autora » 287
Odmiany tekstu » 321
Objaśnienia wydawcy ^ » 351
Ważniejsze omyłki druku * 3^5
SŁOWO WSTĘPNE.
Ktokolwiek poważniej zajmował się dziełami Zy-
gmunta Krasińskiego musiał na każdym kroku duży
mieć zasób wytrwałości i niezwykłe umiłowanie przed-
miotu^ aby się nie dać zniechęcić niedbałym wydaniom,
które nie tylko, te nie dawały całej spuścizny duchowej
Poety (o co je winić trudno, bo z różnych względów
rękopisy nie były każdemu dostępne) — ale to, co da-
wały^ drukowały niedbale, niekrytycznie, powtarzając
ślepo pomyłki druku pierwszych wydań. Ogół czytający
poddawał się biernie niezrozumiałemu tekstowi, sarka-
jąc po cichu na * ciężki*, > zawiły < styl Zygmunta Kra-
sińskiego, ani się domyślając, że ma przed oczyma
najczęściej ordynarny błąd druku; bo jakże sądzić
inaczej, skoro i jedno i drugie i trzecie wydanie poda
mu konsekwentnie: fervide imitatorum pecusf Więc
z podobnych względów, czytaliśmy dotychczas bez głę-
bszego zdziwienia we wszystkich od lat kilkudziesięciu
wydaniach, zaraz z początku pierwszego rozdziału Agaj-
Hana, że stoły biesiadne rozrzucone były >jak wyspy
rozpusty pomiędzy saniami, które idąc (!) od wzgó-
rzów, nie gęstemi szeregi stąpają (!), otrząsając śnieg
z ramion . . . « Nie każdy przecie, nawet gdyby słusznie
powątpiewał o prawdziwości tekstu, mógł i chciał po-
szukiwać w bibliotekach rzadkiego pierwszego wydania
z roku iSj^, aby się naocznie przekonać, że już tam
wydrukowano błędnie t^ pomiędzy sonatni^i^, zamiast:
sosnami i że ta pierwsza drobna pomyłka druku stała
się matką dziwoląga (^saniami*), który z niebywałą
żywotnością przetrwał we wszystkich zbiorowych wy-
daniach przez lat kilkadziesiąt!
Te dwie próbki mogą dac pojęcie o wartości nau-
kowej dotychczasowych wydań. Ironia miałaby tu sze-
rokie i zbyt łatwe do popisu pole, gdyby chciała wdawać
się w chaotyczne poplątanie najgłębszych myśli dojrza-
łego w bólu wieszcza z dziecinnemi niemal pierwocinami
jego literackiemi. Istotnie nie zaniedbano niczego, aby
społeczeństwo nasze, i tak już niezbyt pochopne do po-
ważnej lektury, odstraszyć od dzieł Zygmunta Krasiń-
skiego; bo kto po odczytaniu wywodów » O Trójcy i Słowie
wcielonemu znalazł w bardzo bliskiem sąsiedztwie >Te-
odora<, a wreszcie < Mściwego Karła ^, ten musiał nabrać
dziwnego wyobrażenia o zasobach umysłowych twórcy
» Nieboskiej Komedy i < /
Dobre wydanie krytyczne i o ile możności zupełne
dzieł Zygmunta Krasińskiego stało się zatem od lat
wielu nietylko potrzebą nauki polskiej, ale wprost aktem
sprawiedliwości dla wielkiego Poety, zadośćuczynieniem
za te niebywałe męki, jakie zadawano, bezwiednie za-
pewne, duchowemu potomstwu autora >Irydiona<^. Aby
podjąć i doprowadzić do skutku takie naukowe, dokładne
wydanie pism Zygmunta Krasińskiego, należało mieć
wielką cześć dla Poety i niestrudzoną wytrwałość filo-
loga, przytem pozyskać dla myśli swej właściciela auto-
grafów, a w końcu, last not least, znaleść chętnego
księgarza-nakladcę. — Pan Tadeusz Pini był jakby stwo-
rzony na takiego idealnego wydawcę dzieł Zygmunta
Krasińskiego. Od lat wielu poświęcił on wszystkie swe,
wolne od obowiązków nauczycielskich godziny, aby z go-
rącem zamiłowaniem, powiedzmy: z namiętnością, oddać
się gruntownemu badaniu twórczości autora >Irydiona<.
To badanie musiało wyjść od podstaw, tj. od tekstu,
pfzekazanego nam, jak zaznaczyłem, w stanie chaotycz-
nym i niekompletnym. Całkiem naturalnie musiał zatem
p. T. Pini zacząć od przygotowania krytycznego tekstu,
w czem znalazł jak naj chętni ej szą i jak najdalej idącą
pomoc wnuka Poety, hr. Ordynata Adama Krasińskiego,
który otworzył swe archiwa i pozwolił mu badać jak naj-
szczegółowiej autografy Zygmunta Krasińskiego. A skoro
tak strona naukowa wydawnict7va została na podsta-
wach rękopiśmiennych ugruntowana, kwesty a księgarska
znalazła wcześnie bardzo pomyślne rozwiązanie : Wła-
ściciel firmy > Księgarnia Polska we Lwowie* p, B.
Połaniecki nie szczędził kosztów, aby wydanie nowe
przyodziać w szatą, godną wielkiej treści, aby nietylko
druk i papier były bez zarzutu, ale aby tekst sam ozdo-
biono reprodukcyami Poety, fac-similiami jego rękopi-
sów, pierwszych wydań itd. Pomimo bardzo wielkiego
nakładu pieniężnego > Księgarnia Polska* nie zamyśla
wydaniem tem dogodzić tylko szczupłej dziś jeszcze
warstwie wielbicieli Zygmunta Krasińskiego. Wydanie
nowe ma owszem spełnić zadanie społeczne, a niska cena
łomu ma uprzystępnić wszystkim posiadanie arcydzieł
naszej łiteratury.
Co się tyczy aasad, któremi się pan T. Pini kiero-
wał w niniejszem wydaniu, to dadzą się one okreśłić
w sposób następujący:
Tekst podano według wydań autentycznych, o iłe
motności tych, o których wie się z pewnością, te wyszły
z pod ręki Poety; np, >Nie-Boską Komedy ę* ziy dru-
kowano według wydania trzeciego, z roku iS^S , bo
w niem Poeta poczynił pewne zmiany a całe zakończenie
znacznie rozszerzył. Tekst ten zestazuił p. Pini z ręko-
pisami i autografami Poety, poprazvił błędy druku
a ważniejsze różnice wykazał w > odmianach tekstu*.
W utworach^ wydanych po śmierci Poety, nie trzymał
się tekstu drukowanego, lecz opierał się wprost na auto-
grafach; dotyczy to przedezuszystkiem utworu, który
wydano w Paryżu w r. 1860 p. t. „Niedokończony
poemat* — w wydaniu obecnem zachowano mu nazwę,
daną przez Poetę : » Nie-Boskiej Komedy i część pierwsza « .
Tak samo postąpiono z całym szeregiem drobnych wierszy
łirycznych.
Do porównania użył p. T. Pini autografów nastę-
pujących dzieł: t^ Nie-Boskiej Komedy i<, > Irydiona*,
» Władysława Hermana*, >Agaj-Hana*, >Nocy letniej*^
*Syna Cieniów*, *Snu Cezary*, *Dnia dzisiejszego*,
>Resurrecturis*, >Glossy św. Teresy* i całego szeregu
wierszy łirycznych — w całości zaś wydał z autogra-
fów: > Nie-Boskiej Komedyi część pierwszą*, > Trójcę*,
» Wandę*, > Dziennik z podróży po Sycylii* ^ *Pana Trzech
Pagórków <, wybór utworów z czasów genewskich, pisa-
nych po francusku i przeważną część liryków.
Tekst zachował wydawca ściśle, odrzuciwszy wszyst-
kie *poprawki<, zawarte w wydaniach zbiorowych,
a zwłaszcza w wydaniu Iwowskiem. Zmienił jedynie
pisownią o tyle, te zastosował ją do zasad, przyjętych
przez Akademią Umiejętności i wprowadził *j<, którego
Krasiński nie utywał. Jedynie co do utywania liter
wielkich trzymał się p. Pini pierwowzorów niemal
zupełnie ściśle, o ile to mogło znaleźć uzasadnienie
w nacisku, jaki Poeta chciał przez to nadać wyrazowi.
Krasiński używał bowiem często liter wielkich (tam,
gdzie my używamy kursywy lub rozstrzelonego drukuj,
chcąc na pewien wyraz zwrócić szczególniejszą uwagę
czytelnika. Tam, gdzie pod tym względem była nieje-
dnolitość, starał się wydawca ujednostajnić pisownię
(np. w T^ Modlitewniku^ zaimki, odnoszące się do Boga);
tego samego trzymano się w pisowni imion własnych.
Słowo >Masinissa^ np. występuje zarówno w ręko-
pisie jak w pierwszem wydaniu pisane raz przez »/«,
drugi raz przez *y<i^ — ponieważ pierwszy sposób pisa-
nia powtarza się częściej, więc przyjęto pisownię przez
»/« itd. Zachował jednak p. Pini starannie te wła-
ściwości pisowni poety, które miały związek z jego wy-
mową; dlatego pozostały takie wyrazy, jak: >wreście<,
>świćca<, >potćm<, *czegóż<^, *zwyciężca<, >giliotyna<,
^dójdziesz< itd. — pod tym względem zachowano nawet
niekonsekwencye Poety.
Oprócz wyzyskania autografów, o ile możności naj-
dokładniejszego, przeszukał p. Pini czasopisma i z nich
wyjął szereg utworów drobnych, przeważnie wierszo-
wanych, nie znajdujących sią w &adnent dotychczaso-
wem wydaniu abiorowem. Skutkiem tego objętość wy-
dania powiększyła się znacznie. Najbardziej wzrósł
dział utworów z czasów genewskich, obejmujący obecnie
dwa tomy, i z czasów pomiędzy wydaniem > Irydionami
a T^ Przedświtu^ (i8j6 — 1S4.J), bo oprócz fragmen-
tów y^ Wandy <^ i -^^ Modlitewnika^ przybyła tu >Trójca<,
^Dziennik z podróży po Sycylii^ i kilkanaście utworów
lirycznych.
XI
Układ wydania jest ściśle chronologiczny; na by-
czenie Rodziny Poety zmieniono go o tyle, te rozpoczęto
wydanie genialną *Nie-Boską Komedy ą<t, tj. utworem,
który chronologicznie powiniendy znaleić miejsce w tomie
czwartym. Wystarczy jednak przestawić tylko tomy (naj-
pierw IV— VIy iS28—i8jjy a potem dopiero 1—111,
1^33 — ^^59) i ^ otrzyma się porządek najściślej chro-
nologiczny.
Do katdego tomu dodano objaśnienia, dotyczące naj-
ważniejszych kwestyi rzeczowych, aby jak najszerszym
warstwom ułatwić czytanie i umożliwić zrozumienie
myśli Poety.
Nic ludzkiego nie jest doskonałem. Mogą być zatem
i będą zapewne jakieś niedokładności, jakieś przeocze-
nia drobne i w tem wydaniu; mogą się z czasem od-
naleść jeszcze jakieś autograficzne fragmenty, których
tu nie ma. Ale katdy będzie musiał przyznać, te w po-
równaniu z dotychczasowemi wydaniami zbiorowemi,
wydanie p. T. Piniego jest olbrzymim postępem, jest
pierwszem naukowem, zgodnem z zasadami krytyki
tekstu, wreszcie takiem^ na którem dopiero prawdziwe
zrozumienie całokształtu twórczości Zyg. Krasińskiego
oprzeć się będzie mogło. Nie będzie ono obojętnem dla
krytyków literackich, którzy znajdą w niem nietylko cały
szereg utworów, dotychczas nieznanych, ale nadto wierne
kopie wszystkich istniejących autografów Poety, przy-
piski i notatki, zawierające często bardzo cenne wska-
zówki co do czasu powstania utworów, co do towarzy-
szących tworzeniu okoliczności, lub co do sposobu ich
pojmowania.
Jestem najmocniej przekonany, te dopiero teraz
z tego wydania młodsze pokolenie nauczy się w całej
rozciągłości rozumieć i cenić genialnego twórcę Psalmów,
te ustaną wreszcie płoche i niedowarzone sądy o *nie-
zrozumiałości<^ Poety, który rozszerzył, jak nikt przed
nim, widnokręgi myśli polskiej i stał się wieszczem
rodzących się stuleci.
W Warszawie, dnia 14. marca icoj.
Józef Kallenbach,
XrZE-£0l5Si^
9
m Do błędów nagromadionycli priei prtoików , dodali to
ctefu niemali ich pnodkowie . wahanie si< i boiara , stało
tię taten xe coikocli t powienchni tiem , i wielkie mil-
cienie iett po oicb •
Kormm,, kr. 2, ve^. t8-
• To be or |i»t to be , thas iy tbe que»boo- -
HtmUt.
WTUAifie A. JEtOWlCKIEGO i SPÓŁKI.
w KfilBGARKI I miUSARIft POŁtElSJ.
1837.
Podobizna karty tytułowej drugiego wydania »Nie-Boskiej Komedyi^o
Et eiMCto MrrMtun «ub«cu. —
LocAiros.
..... Aestttat inc^cns.
lino in corde pndor niatiMiue ńuanta lactm .
Et Furtii agitatas amor et conscia wirtat.
AHCJoof. Lib. X.
21^. '/••»OAM.A..B».0*»«**** ^.
"^.OK,
1836.
^^ *!»
Podobizna karty tytułowej pierwszego wydania »Irydiona<.
ł
;d
JtOcyu ^/f^^f/y^
Podobizna autografu »Modlitcwnika.«
NIE- BOSKA KOMEDY A.
*T>o bledów nagromadzonych przez
przodków dodali to, czego nie znali
ich przodkowie — wahanie się i bo-
jaźń; — i stało się zatćm, Łe zniknęli
z powierzchni ziemi, i wielkie milcze-
nie jest po nich «. n . .
»To be or not to be, that is the
1"«"°"'- IlamUt.
Z. Krasiński, Tora I.
POŚWIĘCONE MARYI.
CZĘŚĆ PIERWSZA.
Gwiazdy w około twojój głowy — pod twojemi
nogi fale morza — na falach morza tęcza przed tobą
pędzi i rozdziela mgły — co ujrzysz jest twojćm —
brzegi, miasta i ludzie tobie się przynależą — niebo
jest twojem — Chwale twoj6j niby nic nie zrówna. —
Ty grasz cudzym uszom niepojęte roskosze — Spla-
tasz serca i rozwiązujesz gdyby wianek, igraszka pal-
ców twoich — łzy wyciskasz — suszysz je uśmiechem,
i na nowo uśmiech strącasz z ust na chwilę — na chwil
kilka — czasem na wieki. — Ale sam co czujesz? —
ale sam co tworzysz? — co myślisz? — przez ciebie
płynie strumień piękności, ale ty nie jesteś pięknością —
Biada ci — biada. — Dziecię, co płacze na łonie mamki —
kwiat polny, co nie wie o woniach swoich, więcój ma
zasługi przed Panem od ciebie. —
Zkądźeś powstał, marny cieniu, który znać o świetle
dajesz, a światła nie znasz, nie widziałeś, nie obaczysz!
Kto cię stworzył w gniewie lub w ironii ? — kto ci dał
życie nikczemne, tak zwodnicze, że potrafisz udać
Anioła chwilą, nim zagrzązniesz w błoto, nim jak płaz
pójdziesz czołgać i zadusić się mułem? — Tobie i nie-
wieście jeden jest początek. —
POŚWIĘCONE MARYI.
10 ZYGMUNT KRASIlQSKl
MĄŻ. Zaśnij. —
ZONA. Powiedz mi, drogi, co masz, bo głos twój nie-
zwyczajny i gorączka nabiegły ci jagody. —
MĄŻ {zrywając się). Świeżego powietrza mi trzeba —
zostań się — przez Boga, nie chodź za mną — nie
wstawaj, powiadam ci raz jeszcze. — {wychodzi)
Ogród przy świetle księżyca — za parkanem kościół.
MĄŻ. Od dnia ślubu mojego spałem snem odrętwia-
łych, snem żarłoków, snem fabrykanta niemca przy
żonie niemce — świat cały jakoś zasnął w około mnie
na podobieństwo moje — jeździłem po krewnych, po
doktorach, po sklepach, a że dziócię ma się mi naro-
dzić, myślałem o mamce. —
{Bije druga na wieży kościołem)
Do mnie, państwa moje dawne, zaludnione, żyjące,
garnące się pod myśl moją — słuchające natchnień
moich — niegdyś odgłos nocnego dzwonu był hasłem
waszóm — [chodzi i załamuje ręce). Boże, czyś Ty sam
uświęcił związek dwóch ciał; czyś Ty sam wyrzekł
że nic ich rozerwać nie zdoła, choć dusze się odepchną
od siebie, pójdą każda w swoją stronę, i ciała gdyby
dwa trupy zostawią przy sobie —
Znowu jesteś przy mnie — o moja — o moja, za-
bierz mnie z sobą — jeśliś złudzeniem, jeślim cię
wymyślił, a tyś się utworzyła ze mnie i teraz obja-
wiasz się mnie, niechże i ja będę marą, stanę się
mgłą i dymem, by zjednoczyć się z tobą. —
DZIEWICA. Pójdzieszli za mną, w którykolwiek dzień
przylecę po ciebie?
MĄŻ. O kaźdćj chwili twoim jestem. —
DZIEWICA. Pamiętaj. —
MĄŻ. Zostań się — nie rozpraszaj się jako sen — Jeśliś
pięknością nad pięknościami, pomysłem nad wszyst-
kiemi myśli, czegóż nie trwasz dłużej od jednego ży-
czenia, od jednćj myśli. —
{Okno otwiera się w przyległym domu)
NIE-BOSKA KOMEDYA II
GŁOS KOBIECY. Mój drogi, chłód nocy spadnie ci
na piersi; wracaj, mój najlepszy, bo mi tęskno samój
w tym czarnym, dużym pokoju. —
MĄŻ. Dobrze — zaraz. —
Znikł duch, ale obiecał, że powróci , a wtedy żegnaj
mi ogródku, i domku, i ty, stworzona dla ogródka
i domku, ale nie dla mnie. —
GŁOS. Zmiłuj się — coraz chłodniój nad rankiem. —
MĄŻ. A dziecię moje — o Boże! {wychodzi)
Salon — dwie świece na fortepianie — kolebka z uśpio-
ne'm dzieckiem zv kącie — Mąż rozcic^gniąty na krze-
śle z twarzą ukrytą w dłoniach — Żona przy forte-
pianie —
ŻONA. Byłam u Ojca Benjamina, obiecał mi się na
pojutrze. —
MĄŻ. Dziękuję ci.
ŻONA. Posłałam do cukiernika, żeby kilka tort przy-
sposobił, boś podobno dużo gości sprosił na chrzci-
ny — wiesz — takie czokoladowe, z cyfrą Jerzego
Stanisława. —
MĄŻ. Dziękuję ci.
ŻONA. Bogu dzięki, że już raz się odbędzie ten obrzą-
dek — że Orcio nasz zupełnie chrześcianinem się
stanie — bo choć już chrzczony z wody, zdawało
mi się zawsze, że mu nie dostaje czegoś. — (idzie do
kolebki) bpij, moje dziócie — czy już się tobie coś śni, że
zrzuciłeś kołderkę — ot, tak — teraz leż tak — Orcio
mi dzisiaj niespokojny — mój maleńki — mój śli-
czny, śpij. —
MĄŻ (na stronie). Parno — duszno — burza się go-
tuje — rychłoż tam ozwie się piorun, a tu pęknie
serce moje. —
ŻONA [wraca, siada do fortepianu^ gra i przerywa,
znozvu grać zaczyna i przestaje znowu). Dzisiaj, wczo-
raj — ach! mój ty Boże, i przez cały tydzień, i już
od trzech tygodni, od miesiąca, słowa nie rzekłeś do
mnie -^ i wszyscy, których widzę, mówią mi, że źle
wyglądam —
12 ZTGMUKT KłAST^Sgl
MĄZ (fta stronie). Nadeszła godzina — nic jej nie od-
wlecze — {głośno) TAaiyt mi się owszem, że dobrze
wyglądasz. —
ŻONA. Tobie wszystko jedno, bo już nie patrzysz na
mnie, odwracasz się kiedy wchodzę, i zakrywasz oczy,
kiedy siedzę blizko — wczoraj byłam u spowiedzi
i przypominałam sobie wszystkie grzechy — a nie
mc^łam nic znaleźć takiego, coby cię obrazić mogło. —
^lĄZ. Nie obraziłaś mnie. —
ŻONA. Mój Boże — mój Boże! —
MĄZ. Czuję, źe powinienem cię kochać. —
ŻONA. Dobiłeś mnie tem jednem: powinienem — ah!
lepićj wstań i powiedz — >nie kocham* — przynaj-
mniej już będę wiedziała wszystko — wszystko. —
(zrywa się i bierze dziecko z kolebki) Jego nie opuszczaj,
a ja się na gniew twój poświęcę — dziecko moje ko-
chaj — dziecko moje, Henryku. — ij^rzykląka),
MĄŻ (podnosząc). Nie zważaj na to, com powiedział —
napadają mnie często złe chwile — nudy. —
ŻONA. O jedno słowo cię proszę — o jedną obiet-
nicę tylko — powiedz, że go zawsze kochać bę-
dziesz. —
MĄŻ. I ciebie i jego — wierzaj mi. (Całuje ją w czo-
ło — a ona go obejmuje ramionami — wte'm grzmot
słychać — zaraz potem muzyką — akkord po akkor-
dzie i coraz dziksze).
ŻONA. Có*ż to znsiczy — ? (dziecią ciśnie do piersi)
(Muzyka się urywa)
Wchodzi DZIEWICA. O mój luby, przynoszę ci bło-
gosławieństwo i rozkosz — chodź za mną. —
O mój luby, odrzuć ziemskie łańcuchy, które cię
pętają. — Ja ze świata świeżego, bez końca, bez
^ nocy. — Jam twoja. —
ŻONA. Najświętsza Panno, ratuj mnie — to widmo
blade jak umarły, — oczy zgasłe, i głos jak skrzy-
pienie woza, na którym trup leży. —
MĄŻ. Twe czoło jasne, twój włos kwieciem przety-
kany, o luba. —
ŻONA. Całun w szmatach opada jój z ramion. —
NIE-BOSKA KOMEDYA 1 3
MĄŻ. światło leje się naokoło ciebie — głos twój
raz jeszcze — niechaj zaginę potem.
DZIEWICA. Ta, która cię wstrzymuje, jest złudzeniem —
Jój życie znikome — jej miłość jako liść, co ginie
wśród tysiąca zeschłych — ale ja nie przeminę. —
ŻONA. Henryku, Henryku, zasłoń mnie, nie daj mnie —
czuję siarkę i zaduch grobowy. —
MĄZ. Kobićto z gliny i z błota, nie zazdrość, nie po-
twarzaj — nie bluźń — patrz — to myśl pierwsza
Boga o tobie, ale tyś poszła za radą węża i stałaś się,
czem jesteś. —
ŻONA. Nie puszczę cię. —
MĄZ. O luba! rzucam dom i idę za tobą — (wychodzi).
ŻONA. Henryku — Henryku ! {mdleje i pada z dzie-
ckiem — drugi grzmot)
Chrzest — Goście — Ojciec Benjamin — Ojciec chrzest-
ny — Matka chrzestna — Mamka z dzieckiem — na
sofie na boku siedzi Zona — iv głąbi służący —
PIERWSZY GOŚĆ {pocichu). Dziwna rzecz, gdzie
Hrabia się ^podział. —
DRUGI GOŚĆ Zabałamucił się gdzieś, lub pisze. —
PIERWSZY GOŚĆ. A Pani blada, niewyspana, słowa
do nikogo nie przemówiła. —
TRZECI GOŚĆ. Chrzest dzisiejszy przypomina mi bale,
na które zaprosiwszy Gospodarz, zgra się wilią w karty,
a potćm gości ^p/zyjmuje z grzecznością rozpaczy. —
CZWARTY GOŚĆ. Opuściłem śliczną księżniczkę. —
przyszedłem — sądziłem, że będzie sute śniadanie,
a zamiast tego, jako Pismo mówi, płacz i zgrzytanie
zębów. —
OJCIEC BENJAMIN. Jerzy Stanisławie, przyjmujesz olej
święty?
OJCIEC I MATKA CHRZESTNA. Przyjmuję.—
JEDEN Z GOŚCI. Patrzcie, wstała i stąpa jak gdyby
we śnie. —
DRUGI GOŚĆ. Roztoczyła ręce przed się, i chwiejąc
się idzie ku synowi. —
14 ZYGMUNT KRASIŃSKI
TRZEQ GOŚĆ. Co mówicie — podajmy jej ramie, bo
zemdleje. —
OJCIEC BENJAMIN. Jerzy Stanisławie, wyrzekasz sit^
Szatana i pychy jego?
OJCIEC I MATKA CHRZESTNA. Wyrzekam się.—
JEDEN Z GOŚCI. Cyt — słuchajcie. — •
ŻONA {kładąc dłonie nagłowię dziecięcia). Gdzie Ojciec
twój, Orcio. —
OJCIEC BENJAMIN. Proszę nie przerywać —
ŻONA. Błogosławię cię, Orciu, błogosławię, dziócię
moje. — Bądź poetą, aby cię Ojciec kochał, nie od-
rzucił kiedyś. —
MATKA CHRZESTNA. Ale pozwólże, moja Marysiu. —
ŻONA. Ty Ojcu zasłużysz się i przypodobasz — A wtedy
on twojćj Matce przebaczy. —
OJCIEC BENJAMIN. Bój się Pani Hrabina Boga.—
ŻONA. Przeklinam cię, jeśli nie będziesz Poetą —
{mdleje — wynoszą ją sługi).
GOŚCIE {razem). Cóś nadzwyczajnego zaszło w tym
domu — wychodźmy, wychodźmy —
{Tymczasem obrząd się kończy — dziecię płaczące
odnoszą do kolebki)
OJCIEC CHRZESTNY {przed kolebką). Jerzy Stani-
sławie, dopiero coś został Chrześcijaninem i wszedł
do towarzystwa ludzkiego, a późniój zostaniesz oby-
watelem, a za staraniem rodziców i łaską Bożą zna-,
komitym urzędnikiem — pamiętaj, że Ojczyznę
kochać trzeba, i że nawet za Ojczyznę zginąć jest
pięknie
{Wychodzą wszyscy)
Piękna okolica — wzgórza i lasy — góry zv oddali.
MĄŻ. Tegom żądał, o to przez długie modliłem się lata
i nareszciem już blizki mojego celu — świat ludzi
zostawiłem z tyłu — niechaj sobie tam każda mrówka
bieży i bawi się dźbłem swojem, a kiedy go opuści,
niech skacze ze złości lub umiera z żalu. —
GŁOS DZIEWICY. Tędy — Tędy — {Przechodzi)
NIE-BOSKA KOMEDYA 1 5
Góry i przepaście ponad morzem — gęste chmury —
burza —
MĄŻ. Gdzie mi się podziała — nagle rozpłynęły się
wonie, poranku, pogoda się zaćmiła — stoję na tym
szczycie, otchłań podemną, i wiatry huczą przera-
źliwie. —
GŁOS DZIEWICY (w oddaleniu). Do mnie, mój luby—
MĄŻ. Jakże już daleko, a ja przesadzić nie zdołam
przepaści. —
GŁOS {w poblitti). Gdzie skrzydła twoje ?
MĄŻ. Żły duchu, co się natrząsasz ze mnie, gardzę
tobą. —
GŁOS DRUGI. U wiszaru góry twoja wielka dusza,
nieśmiertelna, co jednym rzutem niebo przelecieć
miała, ot kona! — i nieboga twoich stóp się prosi,
by nie szły dalćj — wielka dusza — serce wielkie. —
MĄŻ. Pokażcie mi się, weźcie postać, którąbym mógł
zgiąć i obalić. — Jeśli się was ulęknę , bodajbym Jćj
nie otrzymał nigdy. —
DZIEWICA (na drugiej stronie przepaści). Uwiąż się
dłoni mojćj i wzleć. —
MĄŻ. Cóż się dzieje z tobą — kwiaty odrywają się
od skroni twoich i padają na ziemię, a jak tylko
się jćj dotkną, ślizgają jak jaszczórki, czołgają jak
żmije. —
DZIEWICA. Mój luby. —
MĄŻ. Przez Boga, suknię wiatr zdarł ci z ramion
i rozdarł w szmaty. —
DZIEWICA. Czemu się ociągasz? —
MĄŻ. Deszcz kapie z włosów — kości nagie wyzie-
rają z łona. —
DZIEWICA. Obiecałeś — przysiągłeś. —
MĄŻ. Błyskawica źrzenice jćj wyżarła. —
CHÓR DUCHÓW ZŁYCH. Stara, wracaj do piekła —
uwiodłaś serce wielkie i dumne, podziw ludzi i siebie
saniego. — Serce wielkie, idź za lubą twoją. —
MĄŻ. Boże, czy ty mnie za to potępisz, żem uwierzył,
iż twoja piękność przenosi o całe niebo piękność tćj
ziemi — za to, żem ścigał za nią i męczył się dla
nićj, ażem stał się igrzyskiem szatanów ? —
1 6 ZYGMUNT KRASIŃSKI
DUCH ZŁY. Słuchajcie bracia — słuchajcie. —
MĄŻ. Dobija ostatnia godzina — Burza kręci się czar-
nemi wiry — morze dobywa się na skały i ciągnie
ku mnie — niewidoma siła pcha mnie coraz dalćj —
coraz bliżćj — z tyłu tłum ludzi wsiadł mi na barki
i prze ku otchłani. —
DUCH ZŁY. Radujcie się bracia — radujcie —
MĄŻ. Napróżno walczyć — rozkosz otchłani mnie
porywa — zawrót w duszy moj6j — Boże — wróg
Twój zwycięża! —
ANIOŁ STRÓŻ {ponad morzeni). Pokój wam, bałwany,
uciszcie się. —
W tój chwili na głowę dziócięcia twego zlewa się
woda święta —
Wracaj do domu i nie grzesz więcój. —
Wracaj do domu i kochaj dziócię twoje. —
Salon z fortepianem — wchodzi Mąt — Służący
ze świecą za nim —
MĄŻ. Gdzie Pani?
SŁUGA. J. W. Pani słaba —
MĄŻ. Byłem w j^j pokoju — pusty. —
SŁUGA. Jasny Panie, bo J. W. Pani tu niema —
MĄŻ. A gdzie .>
^UGA. Odwieźli ją wczoraj
MĄŻ. Gdzie?
SŁUGA. Do domu warjatów. (ucieka z pokoju).
MĄŻ. Słuchaj, Maryo, może ty udajesz, skryłaś się gdzie,
żeby mnie ukarać, ozwij się, proszę cię — Maryo —
Marysiu. —
Nie — nikt nie odpowiada — Janie — Katarzyno —
Ten dom cały ogłuchł — oniemiał. —
Tę, którćj przysiągłem na wierność i szczęście, sam
strąciłem do rzędu potępionych już na tym świecie —
Wszystko, czegom się dotknął, zniszczyłem, i siebie
samego zniszczę w końcu. — Czyż na to piekło mnie
wypuściło, bym trochę dłużój był jego żywym obra-
zem na ziemi?
NIE-BOSKA KOMEDYA l^
Na jakiejże poduszce ona dziś głowę położy? —
Jakież dźwięki otoczą ją w nocy? Skowyczenia
i śpiewy obłąkanych. Widzę ją — czoło, na którćm
zawsze myśl spokojna, witająca — uprzejma — prze-
zierała — pochylone trzyma — a myśl dobrą swoją
posłała w nieznane obszary, może za mną, i błąka
się biedna i płacze. —
GŁOS SKĄDSIŚ. Dramat układasz.—
MĄŻ. Ha! — mój Szatan się odzywa. — {bieży ku
drzwiom, rozpycha podwoje) Tatara mi osiodłać —
płaszcz mój i pistolety. —
Dom obłąkanych w górzystej okolicy — Ogród w około —
ŻONA DOKTORA {z pękiem kluczów u drzzm). Może
Pan krewny Hrabiny? —
MĄŻ. Jestem przyjacielem jój męża, on mnie tu przy-
słał. —
ŻONA DOKTORA. Proszę Pana — wiele sobie z niój
obiecywać nie sposób — mój mąż wyjechał, byłby
to lepićj wyłuszczył — przywieźli ją zawczoraj — była
w konwulsyach. — Jakie gorąco. — {obciera twarz)
Mamy dużo chorych — żadnego jednak tak niebez-
piecznie jak ona. — Imainuj sobie Pan, ten Instytut
kosztuje nas z'e dwakroć sto tysięcy. — Patrz Pan,
jaki widok na góry — ale Pan, widzę, niecierpliwy —
więc to nieprawda, że Jakóbiny jój męża porwali
w nocy? — proszę Pana. —
Pokój — kratowane okno — kilka krzeseł — łóżko —
żona na kanapie —
MĄŻ {wchodzi). Chcę być z nią sam na sam. —
GŁOS Z ZA DRZWI. Mój mążby się gniewał, gdyby. . . .
MĄŻ. Dajże mi W. Pani pokój. — {drzwi za sobą za-
myka i idzie ku żonie)
GŁOS Z NAD SUFITU. W łańcuchy spętaliście Boga. —
Jeden już umarł na krzyżu — Ja drugi Bóg, i równie
wśród katów. —
z. Krti&iński, Tom I. 2
1 8 ZYGMUNT KRASIliSKI
GŁOS Z POD PODŁOGI. Na rusztowanie głowy
królów i panów — odemnie poczyna się wolność
ludu. —
GŁOS Z ZA PRAWŹJ ŚCIANY. Klękajcie przed kró-
lem, panem waszym. —
GŁOS Z ZA LEWŹJ ŚCIANY. Kometa na niebie już
błyska — dzień strasznego sądu się zbliża. —
MĄŻ. Czy mnie poznajesz, Maryo? —
ŻONA. Przysięgłam ci na wierność do grobu. —
MĄŻ. Chodź — daj mi ramię, wyjdziemy. —
ŻONA. Nie mogę się podnieść — dusza opuściła ciało
moje, wstąpiła do głowy. —
MĄZ. Pozwól, wyniosę ciebie. —
ŻONA. Dozwól chwil kilka jeszcze, a stanę się godną
ciebie. —
MĄŻ. Jakto?
.ŻONA. Modliłam się trzy nocy, i Bóg mnie wysłuchał. —
MĄZ. Nie rozumiem cię. —
ŻONA. Odkiedym cię straciła, zaszła odmiana we
mnie — >Panie Boże« mówiłam, i biłam się w piersi,
i gromnicę przystawiałam do piersi, i pokutowałam,
» spuść na mnie ducha poezyi« i trzeciego dnia z rana
stałam się poetą. —
MĄŻ. Maryo —
ZONA. Henryku, mną teraz już nie pogardzisz — je-
stem pełna natchnienia — wieczorami już mnie nie
będziesz porzucał. —
MĄŻ. Nigdy, nigdy. —
ZONA. Patrz na mnie. — Czy nie zrównałam się z to-
bą ? — wszystko pojmę, zrozumiem, wydam, wygram,
wyśpiewam. — Morze, gwiazdy, burza, bitwa. — Tak
gwiazdy, burza, morze — ach! wymknęło mi się
jeszcze coś — bitwa. — Musisz mnie zaprowadzić na
bitwę — ujrzę i opiszę — trup, całun, krew, fala, rosa,
trumna —
Nieskończoność mnie obleje,
I jak ptak w nieskończoności
Błękit skrzydłami rozwieje,
I lecąc się rozemdlejc
W czarnej nicości. —
NIE-BOSKA KOMEDYA 1 9
MĄŻ. Przeklęstwo — przeklęstwo! —
ŻONA {obejmuje go ramionami i całuje w usta). Hen-
ryku mój, Henryku, jakżem szczęśliwa. —
GŁOS Z POD POSADZKI. Trzech królów własną ręką
zabiłem — dziesięciu jest jeszcze — i księży stu śpie-
wających mszę. —
GŁOS Z LEWŹJ STRONY. Słońce trzecią część bla-
sku straciło — gwiazdy zaczynają potykać się po
drogach swoich — niestety — niestety.
MĄŻ. Dla mnie już nadszedł dzień sądu.
ZONA. Rozjaśnij czoło, bo smucisz mnie na nowo —
czegóż ci nie dostaje ? — wiesz, powiem ci coś jeszcze.
MĄŻ. Mów, a wszystkiego dopełnię.
ŻONA. Twój syn będzie poetą.
MĄŻ. Co?
/.ONA. Na chrzcie Ksiądz mu dał pierwsze imię —
poeta. — a następne znasz, Jerzy Stanisław — jam to
sprawiła — błogosławiłam, dodałam przeklęstwo —
on będzie poetą. — Ach, jakże cię kocham, Henryku.
GŁOS Z SUFITU. Daruj im. Ojcze, bo nie wiedzą, co
czynią.
ŻONA. Tamten dziwne cierpi obłąkanie — nieprawdaż ?
MĄŻ. Najdziwniejsze.
ZONA. On nie wie, co gada, ale ja ci ogłoszę, coby
było, gdyby Bóg oszalał, {bierze go za rękę) Wszystkie
światy lecą to na dół , to w górę — człowiek każdy,
robak każdy krzyczy — >Ja Bogiem* — i co chwila
jeden po drugim konają — gasną komety i słońca —
Chrystus nas już nie zbawi — krzyż swój wziął w ręce
obie i rzucił w otchłań. — Czy słyszysz, jak ten Krzyż,
nadzieja milionów, rozbija się o gwiazdy, łamie się,
pęka, rozlatuje w kawałki, a co raz niżćj i niżćj —
aż tuman wielki powstał z jego odłamków? — Naj-
świętsza Bogarodzica jedna się jeszcze modli i gwiazdy,
jój służebnice, nie odbiegły Jćj dotąd — ale i Ona
pójdzie, kędy idzie świat cały. —
MĄŻ. Maryo, może chcesz widzieć syna? —
ŻONA. Jam mu skrzydła przypięła, posłała między
światy, by się napoił wszystkióm, co piękne i straszne
i wyniosłe. — On wróci kiedyś i uraduje ciebie. — Ah!
ZYGMUNT KRASIŃSKI
MĄŻ. Źle tobie?
ŻONA. W głowie mi ktoś lampę zawiesił, i lampa się
kołysze — nieznośnie. —
MĄŻ. Maryo moja najdroższa, bądźźe mi spokojna,
jako dawnićj byłaś!
ŻONA. Kto jest poetą, ten nie żyje długo.
MĄŻ. Hej! ratunku — pomocy! —
{Wpadają kobiety i tona doktora)
ŻONA DOKTORA. Pigułek — proszków — nie — nic
zsiadłego — owszem, płynne jakie lekarstwo. — Mał-
gosiu, bież do apteczki. — Pan sam temu przyczyną —
mój mąż mnie wyłaje. —
ŻONA. Zegnam cię, Henryku. —
ŻONA DOKTORA. To J. W. Hrabia sam w osobie
swojój! —
MĄZ. Maryo, Maryo. — (ściska ją)
ŻONA. Dobrze mi, bo umieram przy tobie. — (spuszcza
głowę)
ŻONA DOKTORA. Jaka czerwona — Krew rzuciła się
do mózgu. —
MĄŻ. Ale jćj nic nie będzie!
(Wchodzi doktor i zblita się do kanapy)
DOKTOR. Już jój nic niema — umarła. —
CZĘSC DRUGA.
Czemu, o dziecię , nie hasasz na kijku , nie bawisz
się lalką, much nie mordujesz, nie wbijasz na pal mo-
tyli, nie tarzasz się po trawnikach, nie kradniesz łakoci,
nie oblewasz łzami wszystkich liter od A do Z? —
Królu much i motyli, przyjacielu poliszynela, czarcie
maleńki, czemuś tak podobny do aniołka ? — Co zna-
czą twoje błękitne oczy, pochylone, choć żywe, pełne
wspomnień, choć ledwo kilka wiosen przeszło ci nad
głową? — Skąd czoło opierasz na rączkach białych
i zdajesz się marzyć, a jako kwiat obarczony rosą, tak
skronią twoje obarczone myślami?
A kiedy się zarumienisz, płoniesz jak stulistna róża,
i pukle odwijając w tył, wzroczkiem sięgasz do nieba —
powiedz, co słyszysz, co widzisz, z kim rozmawiasz
wtedy ? — Bo na twe czoło występują zmarszczki, gdyby
cieniutkie nici, płynące z niewidzialnego kłębka — bo
w oczach twoich jaśnieje iskra, którćj nikt nie rozu-
mie — a mamka twoja płacze i woła na ciebie i myśli,
że jej nie kochasz — a znajomi i krewni wołają na
ciebie i myślą, że ich nie poznajesz — twój ojciec je-
den milczy i spogląda ponuro, aż łza mu się zakręci
i znowu gdzieś przepadnie. —
Lekarz wziął cię za puls, liczył bicia, i ogłosił, że
masz nerwy. — Ojciec Chrzestny ciast ci przyniósł,
poklepał po ramieniu i wróżył, że będziesz obywatelem
22 ZYGMUNT KRASIŃSKI
pośród wielkiego narodu. — Profesor przystąpił i ma-
cał głowę twoją i wyrzekł, źe masz zdatność do nauk
ścisłych. — Ubogi, któremuś dał grosz, przechodząc, do
czapki, obiecał ci piękną żonę na ziemi i koronę
w niebie. — Wojskowy przyskoczył, porwał i podrzu-
cił i krzyknął obędziesz pułkownikiem*. — Cyganka
długo czytała dłoń twoją prawą i lewą, nic wyczytać
nie mogła, jęcząc odeszła, dukata wziąść nie chciała. —
Magnetyzer palcami ci wionął w oczy, długiemi pal-
cami twarz ci okrążył , i przeląkł się, bo czuł, źe sam
zasypia. — Ksiądz gotował cię do pierwszćj spowiedzi
i chciał uklądz przed tobą, jak przed obrazkiem. —
Malarz nadszedł, kiedyś się gniewał i tupał nóżkami,
nakreślił z ciebie szatanka i posadził cię na obrazie
dnia sądnego między wyklętemi duchami. —
Tymczasem wzrastasz i piękniejesz — nie ową
świeżością dzieciństwa mleczną i poziomkową, ale
pięknością dziwnych, niepojętych myśli, które chyba
z innego świata płyną ku tobie — bo choć często
oczy masz gasnące, śniade lica, zgięte piersi, każdy,
co spojrzy na ciebie, zatrzyma się i powie: >Jakie
śliczne dzićcię.* — Gdyby kwiat, co więdnie, miał du-
szę z ognia i natchnienie z nieba , gdyby na każdym
listku chylącym się ku ziemi anielska myśl leżała
miasto kropli rosy, ten kwiat byłby do ciebie podo-
bnym, o dzićcię moje — może takie bywały przed
upadkiem Adama. —
Cmętarz — Mąż i Orcio przy grobie w gotyckie filary
i wieżyczki.
MĄŻ. Zdejm kapelusik i módl się za duszę matki. —
ORCIO. Zdrowaś Panno Maryo, łaskiś Boźćj pełna,
Królowa niebios, Pani wszystkiego, co kwitnie na
ziemi, po polach, nad strumieniami
MĄŻ. Czego odmieniasz słowa modlitwy — módl się,
jak cię nauczono, za matkę, która temu dziesięć lat
właśnie o tćj samćj godzinie skonała. —
ORCIO. Zdrowaś Panno Maryo, łaski Boźój pełna. Pan
z tobą, błogosławionaś między Aniołami , i każdy
z nich, kiedy przechodzisz, tęczę jedną z skrzydeł
swych wydziera i rzuca pod stopy Twoje. — Ty na
nich, jak gdyby na falach ....
MĄŻ. Orcio —
ORCIO. Kiedy mi te słowa się nawijają i bolą
w głowie tak , że, proszę Papy, muszę je powie-
dzieć. —
MĄŻ. Wstań, taka modlitwa nie idzie do Boga. —
Matki nie pamiętasz — nie możesz jćj kochać. —
ORCIO. Widuję bardzo często Mamę. —
MĄŻ. Gdzie, mój maleńki? —
ORCIO. We śnie, to jest nie zupełnie we śnie, ale tak,
kiedy zasypiam, naprzykład zawczoraj. —
MĄŻ. Dziecko moje, co ty gadasz?
ORCIO. Była bardzo biała i- wychudła. —
MĄZ. A mówiła co do ciebie?
ORCIO. Zdawało mi się, że się przechadza po
wielkiej i szerokićj ciemności, sama bardzo biała^
i mówiła;
24 ZYGMUNT KRASIŃSKI
Ja błąkam się wszędzie,
Ja wszędzie się wdzieram,
Gdzie światów krawędzie,
Gdzie aniołów pienie,
I dla ciebie zbieram
Kształtów roje,
dziwcie moje!
Myśli i natchnienie.
1 od duchów wyższych
I od duchów niższych
Farby i odcienie,
Dźwięki i promienie
Zbieram dla ciebie.
Byś ty, o synku mój!
Był, jako są w niebie,
I ojciec twój
Kochał ciebie —
Widzi Ojciec, że pamiętam słowo w słowo — pro-
szę kochanego Papy, ja nie kłamię. —
MĄŻ (opierając się o filar grobu). Maryo, czyż dziecię
własne chcesz zgubić, mnie dwoma zgonami obar-
czyć co ja mówię ? ona gdzieś w niebie cicha
i spokojna, jak za życia na ziemi — marzy się tylko
temu biednemu chłopięciu. —
ORCIO. I teraz słyszę głos jej, lecz nic nie widzę. —
MĄŻ. Skąd — w której stronie? —
ORCIO. Jak gdyby od tych dwóch modrzewi, na które
pada światło zachodzącego słońca. —
Ja napoję
Usta twoje
Dźwiękiem i potęga,
Czoło przyozdobię
Jasności wstęga,
I matki miłością
Obudzę w tobie
Wszystko, co ludzie na ziemi, anieli w niebie
Nazwali pięknością —
By ojciec twój ,
O synku mój I
Kochał ciebie —
NIE-BOSKA KOMEDY A 2$
MĄŻ. Czyż myśli ostatnie przy zgonie towarzyszą du-
szy, choć dostanie się do nieba — możeż być duch
szczęśliwym, świętym i obłąkanym zarazem ? —
ORCIO. Głos Mamy słabieje, ginie już prawie za mu-
rem kośćtnicy, ot tam — tam — jeszcze powtarza —
O synku mój!
By ojciec twój
Kochał ciebie —
MĄŻ. Boże, zmiłuj się nad dzieckiem naszem, którego,
zda się, że w gniewie Twoim przeznaczyłeś szaleń-
stwu i zawczesnćj śmierci. — Panie, nie wydzieraj ro-
zumu własnym stworzeniom, nie opuszczaj świątyń,
któreś sam wybudował Sobie — spojrzyj na męki
moje i aniołka tego nie wydawaj piekłu — mnieś
przynajmniej obdarzył siłą na wytrzymanie natłoku
myśli, namiętności i uczuć, a jemu? — dałeś ciało do
pajęczyny podobne, które lada myśl wielka roze-
rwie — o Panie Boże — o Boże! —
Od lat dziesięciu dnia spokojnego nie miałem —
nasłałeś wielu ludzi na mnie, którzy mi szczęścia
winszowali, zazdrościli, życzyli — spuściłeś na mnie
grad boleści i znikomych obrazów, i przeczuciów,
i marzeń — łaska Twoja na rozum spadła, nie na
serce moje — dozwól mi dziecię ukochać w pokoju,
i niechaj stanie mir już między Stwórcą i stworzo-
nym. — Synu, przeżegnaj się i chodź ze mną.
Wieczny odpoczynek. (WycAocizą)
Spacer — Datny i Kawalerowie — Filozof — Mat.
FILOZOF. Powtarzam, iż to jest nieodbitą, samowolną
wiarą we mnie, że czas nadchodzi wyzwolenia kobiet
i murzynów. —
MĄŻ. Pan masz racyę.
FILOZOF. I wielkiej do tego odmiany w towarzystwie
ludzkiem w szczególności i w ogólności — z czego
wywodzę odrodzenie się rodu ludzkiego przez krew
i zniszczenie form starych. —
20 ZYGMUNT KRASTI^SKI
MĄŻ. Tak się Panu wydaje. —
FILOZOF. Podobnie jako glob nasz się prostuje lub
pochyla na osi swojćj przez nagłe rewolucye. —
MĄŻ. Czy widzisz to drzewo spróchniałe? —
FILOZOF. Z młodemi listkami na dolnych gałązkach. —
MĄŻ. Dobrze. — Jak sądzisz — wiele lat jeszcze stać
może ?
FILOZOF. Czy ja wiem — rok — dwa lata. —
MĄZ. A jednak dzisiaj wypuściło z siebie kilka listków
świeżych, choć korzenie gniją coraz bardzićj^ —
FILOZOF. Cóż z tego? —
MĄŻ. Nic — tylko, że gruchnie i pójdzie precz na węgle
i popiół, bo nawet stolarzowi nie zda się na nic. —
FILOZOF. Przecie nie o tćm mowa. —
MĄŻ. Jednak to obraz twój i wszystkich twoich, i wieku
twego, i teoryi twojej. — {^przechodzeń)
Wąwóz pomiądzy górami,
MĄŻ. Pracowałem lat wiele na odkrycie ostatniego
końca wszelkich wiadomości, rozkoszy i myśli, i od-
kryłem — próżnię grobową w sercu mojćm — znam
wszystkie uczucia po imieniu, a żadnej żądzy, żadnej
wiary, miłości niema we mnie — jedno kilka prze-
czuciów krąży w tćj pustyni — o synu moim, że
oślepnie — o towarzystwie, w którćm wzrosłem, że
rozprzęgnie się — i cierpię tak, jak Bóg jest szczę-
śliwy, sam w sobie, sam dla siebie. —
GŁOS ANIOŁA STRÓŻA. Schorzałych, zgłodniałych,
rozpaczających pokochaj, bliźnich twoich, biednych
bliźnich twoich, a zbawion będziesz.
MĄZ. Kto się odzywa?
MEFISTO {przechodząc). Kłaniam uniżenie — lubię
czasem zastanawiać podróżnych darem, który natura
osadziła we mnie. — Jestem brzuch omowca. —
MĄŻ {podnosząc r^kc do kapelusza). Na kopersztychu
podobną twarz gdzieś widziałem. —
MEFISTO {na stronie). Hrabia ma dobrą pamięć —
{głośno) Niech będzie pochwalon. —
NIE-BOSKA KOMEDYA 27
MĄŻ. Na wieki wieków — amen. —
MEFISTO [wchodząc pomiądzy skały). Ty i głupstwo
twoje. —
MĄZ. Biedne dzićcię, dla win ojca, dla szału matki,
przeznaczone wiecznej ślepocie — niedopełnione, bez
namiętności, żyjące tylko marzeniem, cień przelatu-
jącego anioła, rzucony na ziemię i błądzący w zni-
komości swojćj — Jakiż ogromny orzeł wzbił się nad
miejscem, w którćm ten człowiek zniknął. —
ORZEŁ. Witam cię — witam. —
MĄŻ. Leci ku mnie cały czarny — świst jego skrzy-
deł, jako świst tysiąca kul w boju. —
ORZEŁ. Szablą ojców twoich bij się o ich cześć
i potęgę.
MĄZ. Roztoczył się nademną — wzrokiem węża grze-
chotnika ssie mi źrzenice -^ ha! rozumiem ciebie. —
ORZEŁ. Nie ustępuj, nie ustąp nigdy — a wrogi twe,
podłe wrogi twe, pójdą w pył. —
MĄZ. Żegnam cię wśród skał, pomiędzy któremi zni-
kasz — bądź co bądź, fałsz czy prawda, zwycięstwo
czy zaguba, uwierzę tobie, posłanniku chwały. — Prze-
szłości, bądź mi ku pomocy — a jeśli duch twój
wrócił do łona Boga, niechaj się znów oderwie, wstąpi
we mnie, stanie się myślą, siłą i czynem. — (zrzuca
tmiję)
Idź, podły gadzie - jako strąciłem ciebie i niema
żalu po tobie w naturze, tak oni wszyscy stoczą się
w dół i po nich żalu nie będzie — sławy nie zo-
stanie — żadna chmura się nie odwróci w żegludze,
by spojrzóć za sobą na tylu synów ziemi, ginących
pospołu. -T
, — Oni naprzód — Ja potem. —
Błękicie niezmierzony, ty ziemię obwijasz - zie-
mia niemowlęciem, co zgrzyta i płacze — ale ty nie
drżysz, nie słuchasz jej, ty płyniesz w nieskończoność
swoją. —
Matko naturo, bądź mi zdrowa - - idę się na czło-
wieka przetworzyć, walczyć idę z bracią moją. —
28 ZYGMUNT KRASIŃSKI
Pokój — Mąt — Lekarz — Orcio,
MĄŻ. Nic mu nie pomogli — w Panu ostatnia na-
dzieja. —
LEKARZ. Bardzo mi zaszczytnie
MĄZ. Mów Panie, co czujesz. —
ORCIO. Już nie mogę, ciebie. Ojcze, i tego pana roz-
poznać — iskry i nicie czarne latają przed mojemi
oczyma, czasem z nich wydobędzie się nakształt
cieniutkiego węża — i nuż robi się chmura żółta —
ta chmura w górę podleci , spadnie na dół , pryśnie
z niój tęcza — i to nic mnie nie boli. —
LEKARZ. Stań, Panie Jerzy, w cieniu — wiele Pan lat
masz? — {patrzy mu w oczy)
MĄZ. Skończył czternaście. —
LEKARZ. Teraz odwróć się do okna. —
MĄZ. A cóż?
LEKARZ. Powieki prześliczne, białka przeczyste, żyły
wszystkie w porządku, muszkuły w sile. — (do Orcid)
Śmiej się Pan z tego — Pan będziesz zdrów, jak ja. —
(do Mątci) Niema nadziei — sam Pan Hrabia przy-
patrz się źrzenicy — nieczuła na światło — osłabie-
nie zupełne nerwu optycznego. —
ORCIO. Mgłą zachodzi mi wszystko — wszystko. —
MĄŻ. Prawda — rozwarta — szara — bez życia. —
ORCIO. Kiedy spuszczę powieki, więcej widzę, niż
z otwartemi oczyma. —
LEKARZ. Myśl w nim ciało przepsuła — należy się
bać katalepsyi. —
MĄZ {odprowadzając Lekarza na stroną). Wszystko,
co zażądasz — pół mojego majątku. —
LEKARZ. Dezorganizacya nie może się zreorgani-
zować. — {bierze kij i kapelusz)
Najniższy sługa Pana Hrabiego, muszę jechać zdjąć
jednej Pani kataraktę. —
MĄZ. Zmiłuj się — nie opuszczaj nas jeszcze. —
LEKARZ. Może Pan ciekawy nazwiska tćj choroby ?
MĄZ. I żadnej, żadnćj niema nadziei?
LEKARZ. Zowie się po grecku: amavrosis. (wychodzi)
MĄZ {przyciskając syna do piersi). Ale ty widzisz
jeszcze cokolwiek? —
NIE-BOSKA KOMEDY A 29
ORCIOi Słyszę głos twój, Ojcze. —
MĄZ. Spojrzyj w okno, tam słońce, pogoda. —
ORCIO. Pełno postaci mi się wije między irzenicą
a powieką — widzę twarze widziane, znajome miej-
sca — karty książek czytanych. -
MĄŻ. To widzisz jeszcze?
ORCIO. Tak, oczyma duszy, lecz tamte pogasły. —
MĄZ (^padając na kolana).
{Chwila milczenia.)
Przed kim ukląkłem — gdzie mam się upomnieć
o krzywdę mojego dziecka ? — {wstając) Milczmy ra-
czćj — Bóg się z modlitw, szatan z przeklęstw śmieje. —
GŁOS SKĄDSIŚ. Twój syn poetą — czegóż żądasz więcej ?
Lekarz — Ojciec Chrzestny.
OJCIEC CHRZESTNY. Zapewne, to wielkie nieszczę-
ście być ślepym. —
LEKARZ. I bardzo nadzwyczajne w tak młodym
wieku. —
OJCIEC CHRZESTNY. Był zawsze słabćj kompleksyi,
i matka jego umarła nieco tak ....
LEKARZ. Jakto?
OJCIEC CHRZESTNY. Poniekąd tak — Wac Pan ro-
zumiesz — bez piątćj klepki. —
{Mąt wchodzi)
MĄŻ. Przepraszam Pana, żem go prosił o tak pófnćj
godzinie, ale od kilku dni mój biedny syn budzi się
zawsze koło dwunastej, wstaje i przez sen mówi —
proszę za mną. —
LEKARZ. Chodźmy. — Jestem bardzo ciekawy owego
fenomenu. —
Pokój sypialny — Służąca — Krewni — Ojciec
Chrzestny — Lekarz — Mąt —
KREWNY. Cicho. —
DRUGI. Obudził się, a nas nie słyszy. —
30 ZYGMUNT KRASIŃSKI
LEKARZ. Proszę Panów nic nie mówić. —
OJCIEC CHRZESTNY. To rzecz arcy dziwna. —
ORCIO {wstając), O Boże — Boże. —
KREWNY. Jak powoli stąpa. —
DRUGI. Jak trzyma ręce założone na piersiach. —
TRZECI. Nie mrugnie powieką — ledwo, że usta roz-
twiera, a przecie głos ostry, przeciągły, z nich się
dobywa. —
SŁUŻĄCY. Jezusie Nazareński!
ORCIO. Precz odemnie, ciemności — jam się urodził
synem światła i pieśni — co chcecie odemnie —
czego żądacie odemnie? —
Nie poddam się wam, choć wzrok mój uleciał
z wiatrami i goni gdzieś po przestrzeniach — ale on
wróci kiedyś, bogaty w promienie gwiazd, i oczy
moje rozogni płomieniem. —
OJCIEC CHRZESTNY. Tak, jak nieboszczka, plecie
sam nie wie co — to widok bardzo zastanawiający. —
LEKARZ. Zgadzam się z Panem Dobrodziejem. —
MAMKA. Najświętsza Panno Częstochowska, weź mi
oczy i daj jemu. —
ORCIO. Matko moja, proszę cię — matko moja, naślij mi
teraz obrazów i myśli, bym żył wewnątrz, bym stworzył
drugi świat w sobie, równy temu, jaki postradałem. —
KREWNY. Co myślisz, bracie, to wymaga rady fa-
milijnćj. —
DRUGI. Czekaj — cicho. —
ORCIO. Nie odpowiadasz mi — o matko! nie opuszczaj
mnie! —
LEKARZ {do Męża), Obowiązkiem moim jest prawdę
mówić. —
OJCIEC CHRZESTNY. Tak jest — to jest obowią-
zkiem — i zaletą lekarzy. Panie Konsyliarzu. —
LEKARZ. Pański syn ma pomieszanie zmysłów, połą-
czone z nadzwyczajną drażliwością nerwów,, co nie-
kiedy sprawia, że tak powiem, stan snu i jawu zara-
zem, stan podobny do tego, który oczywiście tu na-
potykamy. —
MĄŻ {na stronie). Boże, patrz , on Twoje sądy mi
tłómaczy. —
NIE-BOSKA KOMKDYA 3 I
LEKARZ. Chciałbym pióra i kałamarza — Cerasis
laurei: dwa grana, etc. etc
MĄZ. W tamtym pokoju Pan znajdziesz — proszę
wszystkich bv wyszli.
GŁOSY POMIESZANE. Dobranoc — dobranoc — do
jutra — {wychodzą)
ORCIO {budząc się). Dobrej nocy mi życzą — mówcie
o długićj nocy — o wiecznej może — ale nie o dobrej,
nie o szczęśliwćj. —
MĄZ. Wesprzyj się na mnie, odprowadzę cię do łóżka. —
ORCIO. Ojcze, co to się ma znaczyć? —
MĄŻ. Okryj się dobrze, i zaśnij spokojnie, bo doktor
mówi, że wzrok odzyskasz. —
ORCIO. Tak mi niedobrze — sen mi przerwały głosy
czyjeś. — {zasypia)
MĄZ. Niech moje błogosławieństwo spoczywa na to-
bie — nic ci więcej dać nie mogę, ni szczęścia, ni
światła, ni sławy — a dobija godzina, w którój będę
musiał walczyć, działać z kilkoma ludźmi przeciwko
wielu ludziom. — Gdzie się ty podziejesz, sam jeden
i wśród stu przepaści, ślepy, bezsilny, dziecię i poeto
zarazem, biedny śpiewaku bez słuchaczy, żyjący du-
szą za obrębem ziemi, a ciałem przykuty do ziemi —
o ty nieszczęśliwy, najnieszczęśliwszy z aniołów, o ty
mój synu. —
MAMKA {u drzwi). Pan Konsyliarz każe J. W. Pana
prosić. —
MĄŻ. Dobra moja Katarzyno, zostań się przy ma-
łym. — {zvychodzi)
CZĘŚĆ TRZECIA.
Do pieśni — do pieśni.
Kto ją zacznie, kto jćj dokończy? — Dajcie mi prze-
szłość zbrojną w stal, powiewną rycerskiemi pióry. —
Gotyckie wieże wywołam przed oczy wasze — rzucę
cień katedr świętych na głowy wam. — Ale to nie
to — tego już nigdy nie będzie. —
Ktokolwiek jesteś, powiedz mi, w co wierzysz —
łatwićj, byś życia się pozbył, niż wiarę jaką wynalazł,
wzbudził wiarę w sobie. Wstydźcie się, wstydźcie
wszyscy, mali i wielcy — a mimo was, mimo, żeście
mierni i nędzni, bez serca i mózgu, świat dąży ku
swoim celom, rwie za sobą, pędzi przed się, bawi się
z wami, przerzuca, odrzuca — walcem świat się toczy,
pary znikają i powstają, wnet zapadają, bo ślizko —
bo krwi dużo — krew wszędzie — krwi dużo, powia-
dam wam. —
*
Czy widzisz owe tłumy, stojące u bram miasta
wśród wzgórzów i sadzonych topoli — namioty roz-
bite — zastawione deski, długie, okryte mięsiwem
i napojami, podparte pniami, drągami? — Kubek lata
z rąk do rąk — a gdzie się ust dotknie, tam głos się
wydobędzie, groźba, przysięga, lub przeklęstwo. — On
lata, zawraca, krąży, tańcuje, zawsze pełny, brzęcząc,
błyszcząc, wśród tysiąców. — Niechaj żyje kielich pi-
jaństwa i pociechy!
NIE-BOSKA KOMEDYA 33
Czy widzicie, jak oni czekają niecierpliwie — sze-
mrzą między sobą, do wrzasków się gotują — wszyscy
nędzni, ze znojem na czole, z rozczuchranemi włosy,
w łachmanach, z spiekłemi twarzami, z dłoniami po-
marszczonemi od trudu — ci trzymają kosy, owi potrzą-
sają młotami, heblami — patrz — ten wysoki trzyma
topór spuszczony — a tamten stęplem żelaznym nad
głową powija; dalćj, w bok pod wierzbą, chłopie małe
Wisznię do ust kładzie, a długie szydło w prawej ręce
ściska. — Kobiety przybyły także, ichm atki, ich żony,
głodne i biedne, jak oni, zwiędłe przed czasem, bez
śladów piękności — na ich włosach kurzawa bitej dro-
gi — na ich łonach poszarpane odzieże — w ich oczach
coś gasnącego, ponurego, gdyby przedrzeźnianie wzro-
ku — ale wnet się ożywią — kubek lata wszędzie,
obiega wszędzie. — Niech żyje kielich pijaństwa i po-
ciechy. —
Teraz szum wielki powstał w zgromadzeniu — czy
to radość czy rozpacz? — kto rozpozna jakie uczucie
w głosach tysiąców? — Ten, który nadszedł, wstąpił na
stół, wskoczył na krzesło, i panuje nad niemi, mówi
do nich. — Głos jego przeciągły, ostry, wyraźny —
każde słowo rozeznasz, zrozumiesz — ruchy jego po-
wolne, łatwe, wtórują słowom, jak muzyka pieśni —
czoło wysokie, przestronne, włosa jednego na czasce
niemasz, wszystkie wypadły strącone myślami — skóra
przyschła do czaszki, do liców, żółtawo się wcina po-
między koście i muszkuły — a od skroni broda czarna
wieńcem twarz opasuje — nigdy krwi, nigdy zmiennej
barwy na licach — oczy niewzruszone, wlepione w słu-
chaczy — chwili jednój zwątpienia, pomieszania nie-
dojrzóć; a kiedy ramię wzniesie, wyciągnie, wytęży
ponad niemi, schylają głowy, zda się, że wnet uklękną
przed tćm błogosławieństwem wielkiego rozumu — nie
serca — precz z sercem, z przesądami, a niech żyje
słowo pociechy i mordu. —
z. Krasiński, Tom I.
34 ZYGMUNT KRASIl^SKl
To ich wściekłość, ich kochanie, to władzca ich
dusz i zapału — on obiecuje im chleb i zarobek —
krzyki się wzbiły, rozciągnęły, pękły po wszystkich
stronach — »Niech żyje Pankracy — chleba nam, chle-
ba, chleba. « — Au stóp mówcy opiera się na stole
przyjaciel, czy towarzysz, czy sługa. —
Oko wschodnie, czarne, cieniowane długiemi rzę-
sy — ramiona obwisłe, nogi uginające się, ciało nie-
dołężnie w bok schylone — na ustach coś lubieżnego,
coś złośliwego, na palcach złote pierścienie — i on
także głosem chrapliwym woła — » Niech żyje Pankra-
cy*. — Mówca ku niemu na chwilę wzrok obrócił. —
» Obywatelu przechrzto, podaj mi chustkę.* —
Tymczasem trwają poklaski i wrzaski. — » Chleba
nam, chleba, chleba. — Śmierć panom, śmierć ku-
pcom — chleba, chleba*. —
Szałas — lamp kilka — księga roztzvarła na stole —
przechrzty —
PRZECHRZTA. Bracia moi podli, bracia moi mściwi,
bracia kochani, śsajmy karty Talmudu jako pierś
mleczną, pierś żywotną, z którćj siła i miód płynie
dla nas, dla nich gorycz i trucizna.
CHÓR PRZECHRZTÓW. Jehowa Pan nasz, a nikt
inny. — On nas porozrzucał wszędzie. On nami, gdyby
splotami niezmiernćj gadziny, oplótł świat czcicielów
Krzyża, panów naszych, dumnych, głupich, niepi-
śmiennych. — Po trzykroć pluńmy na zgubę im —
po trzykroć przeklęstwo im.
PRZECHRZTA. Cieszmy się, bracia moi — Krzyż, wróg
nasz, podcięty, zbutwiały, stoi dziś nad kałużą krwi,
a jak raz się powali, nie powstanie więcćj. — Dotąd
pany go bronią.
CHÓR. Dopełnia się praca wieków, praca nasza mar-
kotna, bolesna, zawzięta. — Śmierć panom — po trzy-
kroć pluńmy na zgubę im — potrzykroć przeklę-
stwo im.
PRZECHRZTA. Na wolności bez ładu, na rzezi bez
końca, na zatargach i złościach, na ich głupstwie i du-
mie osadzim potęgę Izraela — tylko tych panów
kilku — tych kilku jeszcze zepchnąć w dół — trupy
ich przysypać rozwalinami Krzyża. —
CHÓR. Krzyż znamię święte nasze — woda chrztu po-
łączyła nas z ludźmi — uwierzyli pogardzający miłości
pogardzonych. —
Wolność ludzi prawo nasze — dobro ludu cel
nasz — uwierzyli synowie Chrześcian w synów Kaifa-
3*
3S ZYGMUNT KRASIŃSKI
i powrozów nasnuli — tłumy krzyczą, wołają o roz-
kaz; daj rozkaz, a on pójdzie jak iskra, jak błyska-
wica, i w płomień się zamieni, i przejdzie w grom. —
PANKRACY. Krew ci bije do głowy — to konieczność
lat twoich, a z nią walczyć nie umiesz, i to nazywasz
zapałem. —
LEONARD. Rozważ, co czynisz.^ Arystokraty w bez-
silności swojćj zawarli się w Św. Trójcy i czekają
naszego przybycia, jak noża giliotyny. — Naprzód, Mi-
strzu, bez zwłoki naprzód, i po nich. —
PANKRACY. Wszystko jedno — oni stracili siły ciała
w rozkoszach, siły rozumu w próżniactwie — jutro
czy pojutrze legnąć muszą. —
LEONARD. Kogóż się boisz — któż cię wstrzymuje? —
PANKRACY. Nikt — jedno wola moja. —
LEONARD. I na ślepo jćj mam wierzyć?
PANKRACY. Zaprawdę ci powiadam — na ślepo. —
LEONARD. Ty nas zdradzasz. —
PANKRACY. Jak zwrotka u pieśni, tak zdrada u końca
kaźdćj mowy twojćj — nie krzycz, bo gdyby nas kto
podsłuchał
LEONARD. Tu szpiegów niema, a potćm cóż ?
PANKRACY. Nic — tylko pięć kul w twoich piersiach,
za to, żeś śmiał głos podnieść o ton jeden wyżej w mo-
jej przytomności. — {przystępuje do niego) Wierz mi —
daj sobie pokój. —
LEONARD. Uniosłem się, przyznaję — ale nie boję się
kary. — Jeśli śmierć moja za przykład służyć może, spra-
wie naszćj hartu i powagi dodać, rozkaż. —
PANKRACY. Jesteś żywy, pełny nadziei i wierzysz głę-
boko — najszczęśliwszy z ludzi, nie chcę pozbawiać cię
życia. —
LEONARD. Co mówisz? —
PANKRACY. Myśl więcćj, gadaj mnićj, a kiedyś mnie
zrozumiesz. — Czy posłałeś do magazynu po dwa ty-
siące ładunków? —
LEONARD. Posłałem Dej ca z oddziałem. —
PANKRACY. A składka szewców oddana do kassy naszej ?
LEONARD. Z najszczerszym zapałem się złożyli co do
jednego i przynieśli sto tysięcy.
StEr90SKA KOMEDTA 39
PANKRACY. Jutro zaproszę ich na wieczerzę. — Czy sły-
szałeś co nowego o Hrabim Henryku? —
LEONARD. Pogardzam za nadto panami, bym wierzył
temu, co o nim mówią — upadające rasy energii nie
mają — mieć nie powinny, nie mogą. —
PANKRACY. On jednak zbiera swoich włościan i zau-
fany w ich przywiązaniu gotuje się iść na odsiecz zam-
kowi Świętej Trójcy.
LEONARD. Kto nam zdoła się oprzeć — przecie w nas
wcieliła się Idea wieku naszego. —
PANKRACY. Ja chcę go widzieć — spojrzeć mu w oczy —
przeniknąć do głębi serca — przeciągnąć na naszą
stronę. —
LEONARD. Zabity Arj-stokrata. —
PANKRACY. Ale poeta zarazem. — Teraz zostaw mnie
samym. —
LEONARD. Przebaczasz mi, Obywatelu? —
PANKRACY. Zaśnij spokojnie — gdybym ci nie prze-
baczył, juźbyś zasnął na wieki. —
LEONARD. Jutro nic nie będzie? —
PANKRACY. Dobrćj nocy i miłego marzenia. —
(Leonard wychodzi),
Hćj, Leonardzie! —
LEONAJO) (wracając). Obywatelu Wodzu —
PANKRACY. Pojutrze w nocy pójdziesz ze mną do Hra-
biego Henryka. —
LEONARD. Słyszałem. — (wychodzi)
PANKRACY. Dlaczegóż mnie, wodzowi tysiąców, ten
jeden człowiek na zawadzie stoi? — siły jego małe
w porównaniu z mojemi — kilkaset chłopów ślepo wie-
rzących jego słowu, przywiązanych miłością swojskich
zwierząt ... To nędza, to zero. — Czemuż tak pragnę
go widzieć, omamić — czyż duch mój napotkał ró-
wnego sobie i na chwilę się zatrzymał? — Ostatnia to za-
pora dla mnie na tych równinach — trza ją obalić,
a potćm . . . Myśli moja, czyż nie zdołasz łudzić siebie,
jako drugich łudzisz — wstydź się, przecie ty znasz
swój cel, ty jesteś myślą — panią ludu — w tobie zeszła
się wola i potęga wszystkich — i co zbrodnią dla in-
40 ZYGMUNT KRASIŃSKI
nych, to chwałą dla ciebie — ludziom podłym, niezna-
nym, nadałaś imiona — ludziom bez czucia wiarę
nadałaś — świat na podobieństwo swoje — świat now>'
utworzyłaś naokoło siebie — a sama błąkasz się i nie
wiesz, czem jesteś. — Nie, nie, nie, — ty jesteś
wielką. (j>ada na krzesło i duma)
Bór — porozwieszane płótna na drzewach — w środku
łąka, na której stoi szubienica — szałasy — namioty —
ogniska — beczki — tłumy ludzi. —
MĄŻ {przebrany, w czarnym płaszczu, z czapką czerwoną
Wolności na głowie, wchodzi, trzymając Przechrzta za
ramią). Pamiętaj. —
PRZECHRZTA {j>o cichu). JW. Panie, odprowadzę cie-
nie wydam cię , na honor. —
MĄŻ. Mrugnij okiem, palec podnieś, a w łeb ci strzelę —
możesz się domyślić, że nie dbam o życie twoje ....
kiedym własne na to odważył. —
PRZECHRZTA. Aj waj — żelaznami kleszczami dłoń
mi ściskasz — cóż mam robić ?
MĄŻ. Mów ze mną, jak ze znajomym, z przyjacielem
nowo przybyłym — cóż to za taniec ? —
PRZECHRZTA. Taniec wolnych ludzi.
{Tańcują mężczyźni i kobiety wokoło szubienicy
i śpiezvają)
CHÓR. Chleba, zarobku, drzewa na opał w zimie, od-
poczynku w lecie — Hura — Hura!
Bóg nad nami nie miał litości — Hura — Hura. —
Królowie nad nami nie mieli litości — Hura —
Hura. —
Panowie nad nami nie mieli litości — Hura — Hura. —
My dziś Bogu, królom i panom za służbę podziękuj em —
Hura — Hura. —
MĄŻ {do dziewczyny). Cieszy mnie, żeś taka rumiana
i wesoła.
DZIEWCZYNA. A dyć tośmy długo na taki dzień cze-
kały — juści ja myłam talerze, widelce szurowała
NIE-BOSKA KOMEDY A 4 1
Ścierką, dobrego słowa nie słyszała nigdy — a dyć
czas, czas bym jadła sama — tańcowała sama — Hura. —
MĄŻ. Tańcuj, Obywatelko. —
PRZECHRZTA {cicho). Zmiłuj się, JW. Panie — ktoś
może cię poznać — wychodźmy. —
MĄŻ. Jeśli kto mnie pozna, toś zginął — idźmy dalej. —
PRZECHRZTA. Pod tym dębem siedzi klub Lokajów. —
MĄŻ. Przybliżmy się.
PIERWSZY LOKAJ. Juzem ubił mojego dawnego Pana.—
DRUGI LOKAJ. Ja szukam dotąd mojego Barona — zdro-
wie twoje. —
KAMERDYNER. Obywatele, schyleni nad prawidłem
w pocie i poniżeniu, glancując buty, strzyźąc włosy,
poczuliśmy prawa nasze, — zdrowie kłubu całego. —
CHÓR LOKAI. Zdrowie Prezesa — on nas powiedzie
drogą honoru. —
KAMERDYNER. Dziękuję, Obywatele. —
CHÓR LOKAI. Z przedpokoje) w, więzień naszych, razem,
zgodnie, jednym wypadliśmy rzutem — Vivat — Sa-
lonów znamy śmieszności i wszeteczności — Vivat —
Vivat. —
MĄŻ. Cóż to za głosy, twardsze i dziksze, wychodzące
z tćj gęstwiny na lewo? —
PRZECHRZTA. To chór rzeźników, JW. Panie. --
CHÓR RZEŹNIKÓW. Obuch i nóż, to broń nasza —
szlachtuz, to życie nasze. — Nam jedno, czy bydło, czy
panów rznąć. —
Dzieci siły i krwi, obojętnie patrzym na drugich
słabszych i bielszych — kto nas powoła, ten nas ma —
dla panów woły, dla ludu panów bić będziem.
Obuch i nóż broń nasza — szlachtuz życie nasze —
szlachtuz — szlachtuz — szlachtuz. —
MĄŻ. Tych lubię — przynajmniej nie wspominają ani
o honorze, ani o filozofii — dobry wieczór Pani. —
PRZECHRZTA (r/V/^<7). JW. Panie, mów »Obywatelko«—
lub » Wolna Kobieto*. —
KOBIETA. Cóż znaczy ten tytuł, skąd się wyrwał? —
fe — fe — cuchniesz starzyzną. —
MĄŻ. J^yk mi się zaplątał. —
KOBIETA. Jestem swobodną, jako ty, niewiastą wolną,
42 ZYGMUNT KRASIŃSKI
a towarzystwu za to, źe mi prawa przyznało, rozdaję
miłość moją. —
MĄŻ. Towarzystwo znów za to ci dało te pierścienie
i ten łańcuch ametystowy. — Oh! podwójnie dobro-
czynne towarzystwo! —
KOBIETA. Nie, te drobnostki zdarłam przed wyzwole-
niem mojćm — z męża m^o, wroga mego, wroga wol-
ności, który mnie trzymał na uwięzi. —
MĄŻ. Życzę Obywatelce miłćj przechadzki. — {przechodzi)
Któż jest ten dziwny żołnierz — oparty na szabli obo-
siecznej, z główką trupią na czapce, z drugą na fel-
cechu, z trzecią na piersiach? — Czy to nie sławny
Bianchetti, taki dziś kondotier ludów, jako dawniej
bywali kondotiery książąt i rządów? —
PRZECHRZTA. On sam, JW. Panie — dopiero od ty-
godnia do nas przybyły. —
MĄŻ. Nad czćm tak zamyślał się Generał?
BIANCHETTI. Widzicie, Obywatele, ową lukę między
jaworami? — patrzcie dobrze — dojrzycie tam na górze
zamek — doskonale widzę przez moją lunetę mury,
okopy, i cztery bastyony. —
MĄŻ. Trudno go opanować.
BIANCHETTI. Tysiąc tysięcy Królów! — można obejść
jarem, podkopać się, i...
PRZECHRZTA (mrugając). Obywatelu Generale —
MĄŻ {j>o cichu). Czujesz ten kurek odwiedziony pod
moim płaszczem? —
PRZECHRZTA (na stronie). Aj waj. — (głośno) ]^ż^k
więc to ułożył, obywatelu Generale? —
BIANCHETTI (zadumany). Chociażeście moi bracia
w wolności, nie jesteście moimi braćmi w geniuszu —
po zwycięztwie dowie się każdy o moich planach. — (od-
chodzi)
MĄŻ (do Przechrzty), Radzę wam go zabijcie, bo tak
się poczyna każda Arystokracya. —
RZEMIEŚLNIK. Przeklęstwo — Przeklęstwo. —
MĄŻ. Co robisz pod tćm drzewem, biedny człowiecze —
czemu patrzysz tak dziko i mgławo ?
RZEMIEŚLNIK. Przeklęstwo kupcom, dyrektorom fa-
bryki — najlepsze lata, w których inni ludzie kochają
NIE-BOSKA KOMBDYA 43
dziewczyny, biją się na otwartćm polu, żeglują po
otwartych morzach, ja prześlęczałem w ciasnij komo-
rze, nad warsztatem jedwabiu. —
MĄ^. Wychylże czarę, którą trzymasz w dłoni. —
RZEMIEŚLNIK Sił nie mam — podnieść do ust nie-
mogę — ledwo się tutaj przyczołgałem, ale dla mnie
już nie zaświta dzień wolności — przeklęstwo kupcom,
co jedwab' sprzedają i panom, co noszą jedwabie —
przeklęstwo — przeklęstwo. — (umiera)
PRZECHRZTA. Jaki brzydki trup. —
MĄŻ. Tchórzu wolności, obywatelu Przechrzto, patrz
na tę głowę bez życia, pływającą w pokrwawię za-
chodzącego słońca. —
Gdzie się podzieją teraz wasze wyrazy, wasze obie-
tnice — równość — doskonałość i szczęście rodu
ludzkiego? —
PRZECHRZTA {na stronie). Bodaj byś także zawcześnie
zdechł i ciało twoje psy rozerwały na sztuki. — {głośno)
Puszczaj mnie — muszę zdać sprawę z mojego po-
selstwa. —
MĄŻ. Powiesz, żem cię miał za szpiega i dla tego za-
trzymał. — {odziera się naokoło) Odgłosy biesiady
głuchną z tyłu — przed nami już same tylko sosny
i świrki, oblane promieńmi wieczoru. —
PRZECHRZTA. Nad drzewami skupiają się chmury —
lepićj, byś wrócił do swoich ludzi, którzy i tak już
oddawna czekają na ciebie w jarze Św. Ignacego. —
ISIĄŻ. Dzięki ci za troskliwość. Mości Żydzie — nazad —
chcę obywateli raz jeszcze w zmierzchu obejrzyć. —
GŁOS POMIĘDZY DRZEWAMI. Syn Chamów dobra-
noc zasyła staremu słonku.
GŁOS Z PRAWEJ. Zdrowie twoje, dawny wrogu nasz,
coś nas pędził do pracy i znoju — jutro wschodząc
zastaniesz twoich niewolników przy mięsiwie i kon-
wiach — a teraz, szklanko, idź do czarta! —
PRZECHRZTA. Orszak chłopów tu ciągnie. —
MĄŻ. Nie wyrwiesz się — stój za tym pniem i milcz.
CHÓR CHŁOPÓW. Naprzód, naprzód, pod namioty,
do braci naszych — naprzód, naprzód, pod cień ja-
worów, na sen, na miłą wieczorną gawędkę — tam
44 ZYGMUNT KRASIŃSKI
dziewki nas czekają — tam woły pobite, dawne płu-
gów zaprzęgi, czekają nas. —
GŁOS JEDEN. Ciągnę go i wlokę, zżyma się i opiera —
idź w rekruty — idź. —
GŁOS PANA. Dzieci moje, litości, litości. —
GŁOS DRUGI. Wróć mi wszystkie dni pańszczyzny. —
GŁOS TRZECI. Wskrześ mi syna, Panie, z pod batogów
kozackich. —
GŁOS CZWARTY. Chamy piją zdrowie twoje, Panie —
przepraszają cię. Panie. —
CHÓR CHŁOPÓW {przechodząc). Upiór ssał krew
i poty nasze — mamy upiora — nie puścim upiora —
przez biesa, przez biesa, ty zginiesz wysoko, jako pan,
jako wielki pan, wzniesion nad nami wszystkiemi. —
Panom tyranom śmierć — nam biednym, nam gło-
dnym, nam strudzonym jeść, spać i pić. — Jako snopy
na polu, tak ich trupy będą — jako plewy w mło-
ckarniach, tak perzyny ich zamków — przez kosy na-
sze, siekiery i cepy, bracia, naprzód, -a-
MĄŻ. Nie mogłem twarzy dojrzeć wśród zastępów —
PRZECHRZTA. Może jaki przyjaciel lub krewny JWgo.
MĄŻ. Nim pogardzam, a was nienawidzę — poezya to
wszystko ozłoci kiedyś — dalćj, żydzie — dalej. — (za-
puszcza sią w krzaki)
Inna część boru — wzgórze z rozpalonemi ogniami —
zgromadzenie ludzi przy pochodniach.
MĄŻ (na dole, wysuwając sią z za drzew z Przechrzta).
Gałęzie podarły na łachmany moją czapkę wolności —
A to co za piekło z rudawych płomieni, wznoszące się
wśród tych dwóch ścian lasu, tych dwóch nawałów
ciemności? —
PRZECHRZTA. Zabłądziliśmy szukając wąwozu Świętego
Ignacego — nazad w krzaki, bo tu Leonard odprawia
obrzędy nowćj wiary. —
]\'IĄŻ {wstępując). FrzGZ Boga, naprzód — tegom żądał
właśnie, nie lękaj się, nikt nas nie pozna. —
PRZECHRZTA. Ostrożnie — powoli. —
NIB-BOSKA KOMEDYA 4$
MĄŻ. Wszędzie rozwal iny jakiegoś ogromu, który mu-
siał wieki przetrwać, nim runął — filary, podnóża,
kapitele — ćwiertowane posągi, rozrzucone floressy,
któremi oplatano starodawne sklepienia — teraz mi
pod stopą zamignęła stłuczona szyba — zda się, że
twarz Bogarodzicy na chwilę wyjrzała z cieniu i znów
tam ciemno — tu, patrz, cała arkada leży — tu krata
żelazna zasypana gruzem — z góry lunął błysk po-
chodni — widzę pół rycerza śpiącego na połowie
grobu — gdzież jestem, przewodniku? —
PRZECHRZTA. Nasi ludzie krwawo pracowali przez czter-
dzieści dni i nocy, raz wreście zburzyli ostatni kościół —
na tych równinach. — Teraz właśnie cmętarz mijamy.
MĄZ. Wasze pieśni, ludzie nowi, gorzko brzmią w moich
uszach — czarne postacie z tyłu, z przodu, po bokach
się cisną, a pędzone wiatrem blaski i cienie prze-
chadzają się po tłumie, jak żyjące duchy. —
PRZECHODZĄCY. W imieniu Wolności pozdrawiam
was obu. —
DRUGI. Przez śmierć panów witam was obu. —
TRZECI. Czego się nie śpieszycie, tam śpiewają kapłani
Wolności. —
PRZECHRZTA. Niepodobna się oprzeć — zewsząd nas
pchają. —
MĄŻ. Któż jest ten młody człowiek na gruzach przy-
bytku stojący? — trzy ogniska palą się pod nim, wśród
dymu i łuny, twarz jego płonie, głos jego brzmi sza-
leństwem. —
PRZECHRZTA. To Leonard, prorok natchnięty Wol-
ności — na około stoją nasze kapłany, filozofy, poeci,
artyści, córki ich i kochanki. —
MĄŻ. Ha! wasza arystokracya — pokaż mi tego, który
cię przysłał. —
PRZECHRZTA. Nie widzę go tutaj. —
LEONARD. Dajcie mi ją do ust, do piersi, w objęcia,
dajcie piękną moją, niepodległą, wyzwoloną, obna-
żoną z za^on i przesądów, wybraną z pośród córek
Wolności, oblubienicę moją. —
GŁOS DZIEWICY. Wyrywam się do ciebie, mój ko-
chanku. —
46 ZYGMUNT KRASIliSKI
DRUGI GŁOS. Patrz, ramiona wyciągam do ciebie —
upadłam z niemocy — tarzam się po zgliszczach, ko-
chanku mój. —
TRZECI GŁOS. Wyprzedziłam je — przez popiół i żar,
ogień i dym, stąpam ku tobie, kochanku mój. —
MĄŻ. Z rozpuszczonym włosem, z dyszącą piersią
wdziera się na gruzy namiętnemi podrzuty.
PRZECHRZTA. Tak co noc bywa. —
LEONARD. Do mnie, do mnie, o rozkoszo moja —
córo Wolności. — Ty drżysz w boskim szale, natchnie-
nie, ogarnij mą duszę — słuchajcie wszyscy — teraz
wam prorokować będę. —
MĄŻ. Głowę pochyliła, mdleje. —
LEONARD. My oboje obrazem rodu ludzkiego, wyzwo-
lonego, zmartwychwstającego — patrzcie — stoim na
rozwalinach starych kształtów, starego Boga. — Chwała
nam, bośmy członki Jego rozerwali, teraz proch i pył
z nich — a duch Jego zwyciężyli naszemi duchami —
duch Jego zstąpił do nicości. —
CHÓR NIEWIAST. Szczęśliwa, szczęśliwa oblubienica
Proroka — my tu na dole stoimy i zazdrościm j ćj chwały. —
LEONARD. Świat nowy ogłaszam — Bogu nowem%
oddaję niebiosa. Panie swobody i rozkoszy. Boże
ludu, każda ofiara zemsty, trup każdego ciemięzcy,
twoim niech będzie ołtarzem — w oceanie krwi utoną
stare łzy i cierpienia rodu ludzkiego — życiem jego
odtąd, szczęście — prawem jego, równość — a kto
inne tworzy, temu stryczek i przeklęstwo. —
CHÓR MĘŻÓW. Rozpadła się budowa ucisku i du-
my — kto z nićj choć kamyczek podniesie, temu
śmierć i przeklęstwo.
PRZECHRZTA {na stronie). Bluz nierce Jehowy, po trzy-
kroć pluję na zgubę wam. —
MĄŻ. Orle, dotrzymaj obietnicy, a ja tu na ich karkach
nowy kościół Chrystusowi postawię. —
POMIESZANE GŁOSY. Wolność — szczęście — hura —
hejże — rykacha — hurracha — hurracha. —
CHÓR KAPŁANÓW. Gdzie pany, gdzie króle, co nie-
dawno przechadzali się po ziemi, w berłach i koro-
nach, w dumie i gniewie? —
Nm-BOSKA KOMEDYA 47
ZABÓJCA. Ja zabiłem króla Aleksandra. —
DRUGI. Ja króla Henryka. —
TRZECI. Ja króla Enianuela. —
LEONARD. Idźcie bez trwogi i mordujcie bez wyrzu-
tów — boście wybrani z wybranych, święci wśród
najświętszych, — boście męczennikami — bohaterami
Wolności. —
CHÓR ZABÓJCÓW. Pójdziemy nocą ciemną, sztylety
ściskając w dłoniach, pójdziemy, pójdziemy. —
LEONARD. Obudź się, urodziwa moja. —
{grzmot sfychać)
Nuż, odpowiedzcie żyjącemu Bogu — wznieście pieśni
wasze — chodźcie za mną wszyscy, wszyscy, jeszcze
raz obejdziem i zdepcem świątynię umarłego Boga. —
A ty podnieś głowę — powstań i obudź się. —
DZIEWICA. Pałam miłością ku tobie i Bogu twemu,
światu całemu miłość rozdam moją — płonę — płonę. —
MĄŻ. Ktoś mu zabiegł — padł na kolana — mocuje
się sam z sobą, coś bełkoce, coś jęczy. —
PRZECHRZTA. Widzę, widzę, to syn sławnego Filo-
zofa. —
LEONARD. Czego żądasz, Hermanie? —
HERMAN. Arcykapłanie, daj mi święcenie zbójeckie. —
LEONARD {do kapłanów). Podajcie mi olćj, sztylet
i truciznę. — {do Hermana) Olejem, którym dawniej
namaszczano królów, na zgubę królom namaszczam
cię dzisiaj — broń dawnych rycerzy i panów na za-
tratę panów kładę w ręce twoje — na twoich pier-
siach zawieszam medalion pełny trucizny — tam, gdzie
twoje żelazo nie dojdzie, niech ona żre i pali wnę-
trzności Tyranów. — Idź i niszcz stare pokolenia po
wszech stronach świata. —
MĄZ. Ruszył z miejsca i na czele orszaku ciągnie po
wzgórzu. —
PRZECHRZTA. Usuńmy się z drogi. —
MĄŻ. Nie — chcę tego snu dokończyć. —
PRZECHRZTA. Po trzykroć pluję na ciebie. — (^/^ Męża)
Leonard może mnie poznać, JW. Panie — patrz, jaki
nóż wisi na jego piersiach. —
48 ZYGMUNT KRASII^SKI
MĄŻ. Zakryj się płaszczem moim. — Co to za niewiasty
przed nim tańcują? —
PRZECHRZTA. Hrabiny i księżniczki, które porzuci-
wszy mężów przeszły na wiarę naszą. —
MĄŻ. Niegdyś anioły moje. — Pospólstwo go zewsząd
oblało — zginął mi w natłoku — jedno po muzyce
poznaję, że się od nas oddala — chodź za mną —
stamtąd lepiej nam patrzeć będzie. — (wdziera się na
odłamek muru)
PRZECHRZTA. Aj waj, aj waj, każdy nas tu spo-
strzeże. —
MĄŻ. Widzę go znowu — drugie niewiasty cisną się
za nim, blade, obłąkane, w konwulsyach. — Syn filo-
zofa pieni się i potrząsa sztyletem. — Dochodzą teraz
do ruin wieży północnćj. —
Stanęli — pląsają na gruzach — rozrywają nieoba-
lone arkady — sypią iskrami na leżące ołtarze i krzy-
że — płomień się zajmuje, i gna słupy dymu przed
sobą — biada wam — biada. —
LEONARD. Biada ludziom, którzy się dotąd kłaniają
umarłemu Bogu. —
MĄŻ. Czarne bałwany nawracają się i ku nam pędzą. —
PRZECHRZTA. O Abrahamie! —
MĄŻ. Orle, wszak moja godzina nie tak blizka jeszcze? —
PRZECHRZTA. Już po nas. —
LEONARD {przechodząc zatrzymuje się). Coś ty za
jeden, bracie, z taką dumną twarzą — czemu nie łą-
czysz się z nami? —
MĄŻ. Spieszę z daleka na odgłos wasz^o powstania. —
Jestem morderca klubu Hiszpańskiego i dopiero dziś
przybyłem. —
LEONARD. A ten drugi po co się w zwojach płaszcza
twego kryje? —
MĄŻ. To mój brat młodszy — ślubował, że twarzy
ludziom nie ukaże, nim zabije przynajmnićj Barona. —
LEONARD. Ty sam czyją śmiercią się chlubisz? —
MĄŻ. Na dwa dni tylko przed wybraniem się w drogę
starsi bracia dali mi święcenie. —
LEONARD. Kogóż masz na myśli?
MĄŻ. Ciebie pierwszego, jeśli się nam sprzeniewierzysz. —
NIE-BOSKA KOMEDYA 49
LEONARD. Bracie, na ten użytek weź sztylet mój . —
{wyciąga sztylet z pasa)
MĄŻ (dobywa swojego sztyletu). Bracie, na ten użytek
i mojego wystarczy. —
GŁOSY LUDZI. Niech żyje Leonard — niech żyje mor-
derca Hiszpański. —
LEONARD. Jutro staw się u namiotu Obywatela wodza. —
CHÓR KAPITANÓW. Pozdrawiamy cię, gościu, imie-
niem ducha Wolności — w ręku twoim część naszego
zbawienia. — Kto walczy bez ustanku, morduje bez
słabości, kto dniem i nocą wierzy zwycięztwu, ten
zwycięży wreszcie. — {j>rze chodzą)
CHOR FILOZOFÓW. My ród ludzki dźwignęli z dzie-
ciństwa. — My prawdę z łona ciemności wyrwali na
jaśnią. — Ty za nią walcz, morduj i giń. {przechodzą)
SYN FILOZOFA. Towarzyszu bracie, czaszką starego
świętego piję zdrowie twoje — do widzenia. — {rzuca
czaszkę)
DZIEWCZYN A {tańcując). Żabi] dla mnie Księcia Jana. —
DRUGA. Dla mnie Hrabiego Henryka. —
DZIECI. Prosimy cię ślicznie o głowę arystokraty. —
INNI. Szczęść się twojemu sztyletowi. —
CHÓR ARTYSTÓW. Na ruinach gotyckich świątynię
zbuduj em tu nową — obrazów w nićj ni posągów
niema — sklepienie w długie puginały, filary w osiem
głów ludzkich, a szczyt każdego filara jako włosy,
z których się krew sączy — ołtarz jeden biały —
znak jeden na nim — czapka Wolności ^ — Hurracha! —
INNI. Dalej, dalćj, już brzask świta. —
PRZECHRZTA. Rychło nas powieszą— gdzie szubienica.—
MĄŻ. Cicho, żydzie — lecą za Leonardem, nie patrzą
już na nas. — Ogarniam wzrokiem, raz ostatni pod-
chwytuję myślą ten chaos dobywający się z toni
czasu, z łona ciemności, na zgubę moją i wszystkich
braci moich — gnane szałem, porwane rozpaczą myśli
moje w całćj sile swćj kołują. —
Boże, daj mi potęgę, której nie odmawiałeś mi nie-
gdyś — a w jedno słowo zamknę świat ten nowy,
ogromny — on siebie sam nie pojmuje. — Lecz to
słowo moje będzie poezyą całćj przyszłości. —
z. Knis'ński, tnm I. 4
50 ZYGMUNT KRASIŃSKI
Gł.OS W POWIETRZU. Dramat układasz.—
MĄŻ. Dzięki za radę. — Zemsta za zhańbione popioły
ojców moich — przeklęstwo nowym pokoleniom —
ich wir mnie otacza — ale nie porwie za sobą —
Orle, Orle dotrzymaj obietnicy. — A teraz na dół ze
mną i do jaru Św. Ignacego.
PRZECHRZTA. Już dzień blizki — nie pójdę dalćj. —
MĄŻ. Drogę mi znajdź; puszczę cię potćm. —
PRZECHRZTA. Wśród mgły i zwalisk, cierni i popio-
łó\v, gdzie mnie wleczesz? — daruj mi, daruj. —
MĄŻ. Naprzód, naprzód i na dół ze mną — ostatnie
pieśni ludu konają za nami — ledwo gdzie jeszcze tli
się pochodnia — pośród tych wyziewów bladych, tych
zroszonych drzew, czy widzisz cienie przeszłości —
czy słyszysz te żałobne głosy ? —
PRZECHRZTA. Mgła wszystko zalewa — coraz bardzićj
zlatujemy w dół. —
CHÓR DUCHÓW Z LASU. Płaczmy za Chrystusem,
za Chrystusem wygnanym, umęczonym — gdzie Bóg
nasz, gdzie kościół Jego ? —
MĄŻ. Prędzój, prędzćj do miecza, do boju. — Ja Go
wam oddam — na tysiącach krzyżów rozkrzyżuję
nieprzyjaciół Jego. —
CHOR DUCHÓW. Strzegliśmy ołtarzy i pomników
świętych — odgłos dzwonów na skrzydłach nosiliśmy
wiernym — w dźwiękach organów były głosy nasze —
w połyskach szyb katedry, w cieniach jój filarów,
w blaskach puharu świętego, w błogosławieństwie
Ciała Pańskiego, było życie nasze. Teraz, gdzie się
podziejemy? —
MĄŻ. Rozwidnia się coraz bardziej — ich postacie
mdleją w promieniach zorzy. —
PRZECHRZTA. Tędy droga twoja, tam jaru początek. —
MĄŻ. Hój! — Jezus i szabla moja. —
(Zrzucając czapką i zawijając w niej pieniądze^
Weź na pamiątkę rzecz i godło zarazem. —
PRZECHRZTA. Wszak zaręczyłeś mi słowem, JW. Pa-
nie , bezpieczeństwo tego, który dziś o północy
]\1ĄŻ. Stary szlachcic dwa razy nie powtarza słowa —
Jezus i szabla moja. —
NIE-BOSKA KOMEDYA 5 1
GŁOSY W KRZAKACH. Marya i szabla nasza — niech
pan flasz iyje! —
MĄŻ. Wiara! do mnie — bądź zdrów, obywatelu. —
Wiara! do mnie — Jezus i Marya. —
Noc -r- krzaki — drzewa —
PANKRACY (do szvoich ludzi). Położyć się twarzą do
murawy — leżeć w milczeniu — ognia mi nie krze-
sać, nawet do fajki — a za pierwszym strzałem sko-
czyć mi na pomoc. — Jeśli strzału nie będzie, nie
ruszać się do dnia białego.
LEONARD. Obywatelu, raz cię jeszcze zaklinam. —
PANKRACY. Ty przylep się do tćj sosny i dumaj. —
LEONARD. Mnie jednego przynajmniej weź z sobą —
to pan, to arystokrata, to kłamca. -
PANKRACY {zvskazuje mu ręką, by został). Stara
szlachta słowa dotrzymuje czasem.
Komnata podhiżna — obrazy dam i rycerzy porozwieszane
po ścianach — w głębi Jilar z tarczą hcrbowną — Mąż
siedzi przy stoliku marmtiroivym — na którym lampa,
para pistoletów, pałasz i zegar — naprzeciwko drugi
stolik, srebrne konwie i puhary.
MĄŻ. Niegdyś o tej samćj porze wśród grożących nie-
bezpieczeństw i podobnych myśli, Brutusowi ukazał
się Geniusz Cezara. —
I ja dziś czekam na podobne widzenie. — Za chwilę
stanie przedemną człowiek bez imienia, bez przod-
ków, bez anioła stróża — co wydobył się z nicości
i zacznie może nową Epokę, jeśli go w tył nie odrzucę
nazad, nie strącę do nicości. —
Ojcowie moi, natchnijcie mnie tem, co was panami
świata uczyniło — wszystkie lwie serca wasze dajcie
mi do piersi — powaga skroni waszych niechaj się
zleje na czoło moje. — Wiara w Chrystusa i Kościół
J^o, ślepa, nieubłagana, wrząca, natchnienie dzieł
waszych na ziemi, nadzieja chwały nieśmiertelnćj
52 ZYGMUNT KRASIŃSKI
W niebie, niechaj zstąpi na mnie, a wrogów będę
mordował i palił, ja, syn stu pokoleń, ostatni dziedzic
waszych myśli i dzielności, waszych cnót i błędów.
(Bije dwunasta)
Teraz gotów jestem. — .{wstaje)
SŁUGA ZBROJNY {wchodząc). JW. Panie, człowiek,
który miał się stawić, przybył i czeka. —
MĄŻ. Niech wejdzie. —
(Sługa wychodzi)
PANKRACY (wchodząc). Witam Hrabiego Henryka. —
To słowo Hrabia dziwnie brzmi w gardle mojem. —
(Siada — zrzuca płaszcz i czapkę Wolności i wlepia
oczy w kohimnę, na której herb zvisi — )
MĄŻ. Dzięki ci, żeś zaufał domowi mojemu — starym
zwyczajem piję zdrowie twoje. — (bierze pukar, pije
i podaje Pankracemu)
Gościu, w ręce twoje. —
PANKRACY. Jeśli się nie mylę, te godła czerwone
i błękitne zowią się Herbem, w języku umarłych. —
Coraz mniej takich znaczków na powierzchni ziemi.
(pije)
MĄZ. Za pomocą Bożą, wkrótce tysiące ich ujrzysz. —
PANKRACY (puhar od ust odejmując). Otóż mi stara
szlachta — zawsze pewna swego — dumna, upor-
czywa, kwitnąca nadzieją, a bez grosza, oręża, bez
żołnierzy. — Odgrażająca się, jak umarły w bajce
powoznikowi u furtki cmętarza — wierząca lub uda-
jąca, że wierzy w Boga — bo w siebie trudno wie-
rzyć. — Ale pokażcie mi pioruny na waszą obronę
zesłane i pułki aniołów spuszczone z niebios. — (pijt^)
MĄŻ. Smićj się z własnych słów. — Ateizm to stara
formuła — a spodziewałem się czegoś nowego po tobie. —
PANKRACY. Śmiej się z własnych słów. — Ja mam
wiarę silniejszą, ogromniej szą od twojej. — Jęk przez
rozpacz i boleść wydarty tysiącom tysiąców — głód
rzemieślników — nędza włościan — hańba ich żon
i córek — poniżenie ludzkości ujarzmionej przesądem,
wahaniem się i bydlęcćm przyzwyczajeniem — oto
wiara moja — Bóg mój na dzisiaj — to myśl moja —
NIE-BOSKA KOMEDYA 53
to potęga moja, która chleb i cześć im rozda na
wieki. — (/?/^ ^ rzuca kubek)
MĄŻ. Ja położyłem siłę moją w Bogu, który Ojcom
moim panowanie nadał. —
PANKRACY. A całe życie byłeś dyabła igrzyskiem. —
Zresztą zostawiam tę rozprawę teologom, jeśli jaki
pedant tego rzemiosła żyje dotąd w całćj okolicy —
do rzeczy — do rzeczy. —
MĄŻ. Czegóż więc żądasz odemnie, zbawco narodów,
obywatelu Boże?
PANKRACY. Przyszedłem tu, bo chciałem cię poznać —
powtóre ocalić. —
MĄŻ. Wdzięcznym za pierwsze — drugie zdaj na szablę
moją. —
PANKRACY. Szabla twoja — Bóg twój, mara. — Po-
tępionyś głosem tysiąców — opasanyś ramionami
tysiąców — kilka morgów ziemi wam zostało, co
ledwo na wasze groby wystarcza — dwudziestu dni
bronić się nie możecie. — Gdzie wasze działa, ryn-
sztunki , żywność, — a wreście, gdzie męstwo ?
Gdybym był tobą, wiem, cobym uczynił. —
MĄŻ. Słucham — patrz, jakem cierpliwy. —
PANKRACY. Ja więc, Hr. Henryk, rzekłbym do Pan-
kracego: » Zgoda — rozpuszczam mój hufiec, mój
hufiec jedyny — nie idę na odsiecz Świętej Trójcy —
a za to zostaję przy mojem imieniu i dobrach, któ-
rych całość warujesz mi słowem*. —
Wiele masz lat. Hrabio? —
MĄŻ. Trzydzieści sześć, obywatelu. —
PANKRACY. Jeszcze piętnaście lat najwięcćj — bo tacy
ludzie niedługo żyją — twój syn bliższy grobu, niż
młodości — jeden wyjątek ogromowi nie szkodzi. —
Bądź więc sobie ostatnim Hrabią na tych równinach —
panuj do śmierci w domu naddziadów — każ ma-
lować ich obrazy i rżnąć herby. — A o tych nędza-
rzach nie myśl więcćj — Niech się wyrok ludu spełni
nad nikczemnikami. — (nalewa sobie drugi puhar)
Zdrowie twoje, ostatni Hrabio. —
MĄŻ. Obrażasz mnie każdćm słowćm, zda się próbu-
jesz, czy zdołasz w niewolnika obrócić na dzień tryumfu
54 ZYGMUNT KRASII^KI
swego. — Przestań, bo ja ci się o<Jwdi?ięczyć nie
"^ogC- — Opatrzność mojego słowa cię strzeże. —
PANKRACY. Honor świ^y, honor rycerski wystąpił
na scenę — zwiędły to łachman w sztandarze ludz-
kości. — O! znam ciebie, przenikam ciebie — pełnyś
życia, a łączysz się z umieraj ącemi, bo chcesz wierzyć
jeszcze w kasty, w kości prababek, w słowo Ojczyzna
i tam dalćj — ale w głębi ducha sam wiesz, że braci
twcjćj należy się kara, a po karze niepamięć. —
MĄŻ. Tobie zaś i twoim cóż inszego?
PANKRACY. Zwycięstwo i życie — jedno tylko prawo
uznaję i przed nićm kark schylam — tćm prawem
świat bieży w coraz wyższe kręgi — ono jest zgubą
waszą i woła teraz przez moje usta:
» Zgrzybiali, robaczywi, pełni napoju i jadła, ustąpcie
młodym, zgłodniałym i silnym* —
Ale — Ja pragnę cię wyratować — ciebie jednego. —
MĄŻ. Bodajbyś zginął marnie za tę litość twoją. — Ja
także znam świat twój i ciebie — patrzałem wśród
cieniów nocy na pląsy motłochu, po karkach którego
wspinasz się do góry — widziałem wszystkie stare
zbrodnie świata ubrane w szaty świeże, nowym kołu-
jące tańcem — ale ich koniec ten sam, co przed ty-
siącami lat — rozpusta, zło i krew. — A ciebie
tam nie było — nie raczyłeś zstąpić pomiędzy dzieci
twoje — bo w głębi ducha ty pogardzasz niemi — kilka
chwil jeszcze, a jeśli rozum cię nie odbieży, ty będziesz
pogardzał sam sobą. —
Nie dręcz mnie więcój. — {siada pod herdem swoiiti)
PANKRACY. Świat mój jeszcze nie rozparł się w polu —
zgoda — nie wyrósł na olbrzyma — łaknie dotąd
chleba i wygód — ale przyjdą czasy — {wstaje, idzie
ku Mcżowi i opiera się na herbowym filarze)
Ale przyjdą czasy, w których on zrozumie siebie
i powie o sobie: »Jestem« — a nie będzie drugiego
głosu na świecie, coby mógł także odpowiedzieć:
»Jestem«. —
MĄŻ. Cóż dalej .> —
PANKRACY. Z pokolenia, które piastuję w sile woli
mojćj, narodzi się plemię, ostatnie, najwyższe, najdziel-
NIE-BOSKA KOMEDYA 55
niejsze. — Ziemia jeszcze takich nie widziała mężów. —
Oni są ludimi wolnymi, panami jćj od bieguna. — Ona
cała jednćm miastem kwitnącćm, jednym domem szczę-
śli\yym, jednym warsztatem bogactw i przemysłu. —
MĄŻ. Słowa twoje kłamią — ale twarz twoja niewzru-
szona, blada, udać nie umie natchnienia. —
PANKRACY. Nie przerywaj, bo są ludzie, którzy na
klęczkach mnie o takie słowa prosili, a ja im tych
słów skąpiłem. —
Tam spoczywa Bóg, któremu już śmierci nie bę-
dzie — Bóg pracą i męką czasów odarty z zasłon —
zdobyty na niebie przez własne dzieci, które niegdyś
porozrzucał na ziemi, a one teraz przejrzały i dostały
prawdy — Bóg ludzkości objawił się im. —
MĄŻ. A nam, przed wiekami — ludzkość przezeń już
zbawiona. —
PANKRACY. Niechże się cieszy takićm zbawieniem —
nędzą dwóch tysięcy lat, upływających od Jego śmierci
na krzyżu. —
MĄŻ. Widziałem ten krzyż, bluźnierco,.w starym, starym
Rzymie — u stóp Jego leżały gruzy potężniejszych sił,
niż twoje — sto Bogów, twemu podobnych, walało się
w pyle, głowy skaleczonćj podnieść nie śmiało ku Nie-
mu — a On stał na wysokościach, święte ramiona wycią-
gał na wschód i na zachód, czoło święte maczał w pro-
mieniach słońca — znać było, że jest Panem świata. —
PANKRACY. Stara powiastka — pusta, jak chrzęst
twego herbu. — (uderza o tarczą)
Ale ja dawnićj czytałem twe myśli. — Jeśli więc
umiesz sięgać w nieskończoność, jeśli kochasz prawdę
i szukałeś jćj szczerze, jeśliś człowiekiem na wzór
ludzkości, nie na podobieństwo mamczynych piosne-
czek, słuchaj, nie odrzucaj tćj chwili zbawienia, krwi,
którą oba wylej em dzisiaj, jutro śladu nie będzie —
ostatni raz ci mówię — jeżeliś tćm, czćm wydawałeś
się niegdyś, wstań, porzuć dom i chodź za mną. —
MĄŻ. Tyś młodszym bratem szatana. — {wstaje i prze-
chadza się wzdhiz) Daremne marzenia — kto ich do-
pełni ? — Adam skonał na pustyni — my nie wrócim
do raju. —
50 ZYGMUNT KRASIŃSKI
PANKRACY {na stronie). Zgiąłem palec po pod serce
jego — trafiłem do nerwu poezyi. —
MĄŻ. Postęp, szczęście rodu ludzkiego — i ja kiedyś
wierzyłem — ot! macie, weźcie głowę moją, byleby
Stało się. — Przed stoma laty, przed dwoma wie-
kami, polubowna ugoda mogła jeszcze ale teraz,
wiem — teraz trza mordować się nawzajem — bo
teraz im tylko chodzi o zmianę plemienia. —
PANKRACY. Biada zwyciężonym — nie wahaj się —
powtórz raz tylko » biada* i zwyciężaj z nami. —
MĄŻ. Czyś zbadał wszystkie manowce Przeznaczenia —
czy pod kształtem widomym stanęło Ono u wejścia
namiotu twojego w nocy i olbrzymią dłonią błogo-
sławiło tobie — lub w dzień czyś słyszał głos Jego
o południu, kiedy wszyscy spali w skwarze, a tyś
jeden rozmyślał — że mi tak pewno grozisz zwy-
cięztwem, człowiecze z gliny, jako ja, niewolniku pier-
wszćj lepszćj kuli, pierwszego lepszego cięcia?
PANKRACY. Nie łudź się marną nadzieją — bo nie
draśnie mnie ołów, nie tknie się żelazo, dopóki jeden
z was opiera się mojemu dziełu, a co później nastąpi,
to już wam nic z tego. —
{Zegar bije)
Czas szydzi z nas obu. — Jeśliś znudzony życiem,
przynajmniej ocal syna swego. —
MĄŻ. Dusza jego czysta, już ocalona w niebie — a na
ziemi los ojca go czeka. — {spuszcza głozvą miądzy
dłonie i staje)
PANKRACY. Odrzuciłeś więc? —
{Chwila milczenia).
Milczysz — dumasz — dobrze — niechaj ten duma,
co stoi nad grobem. —
MĄŻ. Zdała od tajemnic, które za krańcami twoich
myśli odbywają się teraz w głębi ducha mojego. —
Świat cielska do ciebie należy — tucz go jadłem,
oblewaj posoką i winem — ale dalćj nie zachodź
i precz, precz odemnie. —
PANKRACY. Sługo jednćj myśli i kształtów jój, pe-
NIE-BOSKA KOMEDYA 57
dancie rycerzu, poeto, hańba tobie — patrz na mnie —
Myśli i kształty są woskiem palców moich. —
MĄZ. Darmo, ty mnie nie zrozumiesz nigdy — bo
kaźden z ojców twoich pogrzeban z motłochem po-
społu, jako rzecz martwa, nie jako człowiek z siłą
i duchem. — {wyciąga rękę ku obrazom).
Spojrzyj na te postacie — myśl ojczyzny, domu,
rodziny, myśl nieprzyjaciółka twoja, na ich czołach
wypisana zmarszczkami — a co w nich było i przeszło,
dzisiaj we mnie żyje. — Ale ty, człowiecze, powiedz
mi, gdzie jest ziemia twoja. > — wieczorem namiot
twój rozbijasz na gruzach cudzego domu, o wscho-
dzie go zwijasz i koczujesz dalćj — dotąd nie zna-
lazłeś ogniska swego i nie znajdziesz, dopóki stu
ludzi zechce powtórzyć za mną: » Chwała ojcom na-
szym*. —
PANKRACY. Tak, chwała dziadom twoim na ziemi
i niebie — w rzeczy samej jest na co patrzyć. —
Ów, starosta, baby strzelał po drzewach i żydów
piekł żywcem. — Ten z pieczęcią w dłoni i podpisem —
» kanclerz* — sfałszował akta, spalił archiwa, przeku-
pił sędziów, trucizną przyśpieszył spadki — stąd wsie
twoje, dochody, potęga. — Tamten, czarniawy, z ogni-
stćm okiem, cudzołożył po domach przyjaciół — ów
z runem złotćm , w kołczudze włoskiej , znać służył
u cudzoziemców — a ta pani blada, z ciemnćmi pu-
klami, kaziła się z giermkiem swoim — tamta czyta
list kochanka i śmieje się, bo noc blizka — tamta,
z pieskiem na robronie, królów była nałożnicą. —
Stąd wasze genealogie bez przerwy, bez plamy. — Lubię
tego w zielonem kaftanie — pił i polował z bracią
szlachtą, a chłopów wysyłał, by z psami gonili jele-
nie. — Głupstwo i niedola kraju całego — oto rozum
i moc wasza. — Ale dzień sądu blizki i w tym dniu
obiecuję Wam, że nie zapomnę o żadnym z was,
o żadnym z Ojców waszych, o żadnćj chwale waszój. —
MĄZ. Mylisz się, mieszczański synu. Ani ty, ani żaden
z twoichby nie żył, gdyby ich nie wy karmiła łaska,
nie obroniła potęga ojców moich. — Oni wam wśród
głodu rozdawali zboże, wśród zarazy stawiali szpi-
58 ZYGMUNT KRASIl^SKI
tale, — a kiedyście z trzody zwierząt wyrośli na nie-
mowlęta, oni wam postawili świątynie i szkoły —
podczas wojny tylko zostawiali doma, bo wiedzieli,
żeście nie do pola bitwy. —
Słowa twoje łamią się na ich chwale, jak dawnićj
strzały poćhańców na ich świętych pancerzach — one
ich popiołów nie wzruszą nawet — one zaginą, jak
skowyczenie psa wściekłego, co bieży i pieni się, aż
skona gdzie na drodze — a teraz, czas już tobie wy-
niść z domu mego. — Gościu, wolno puszczam ciebie. —
PANKRACY. Do widzenia na okopach Świętćj Trój-
cy. — A kiedy wam kul zabraknie i prochu . . .
MĄŻ. To się zbliźym na długość szabel naszych. — Do
widzenia. —
PANKRACY. Dwa orły z nas — ale gniazdo twoje
strzaskane piorunem. — (bierze płaszcz i czapką wolności)
Przechodząc próg ten rzucam nań przeklęstwo na-
leżne starości. — I ciebie i syna twego poświęcam
zniszczeniu. —
MĄŻ. Hej, Jakóbie! —
{Jakób wchodzi)
Odprowadzić tego człowieka aż do ostatnich czat
moich na wzgórzu. —
JAKÓB. Tak mi Panie Boże dopomóż. — (wychodzi).
CZĘŚĆ CZWARTA.
Od baszt S. Trójcy do wszystkich szczytów skał,
po prawój, po lewćj, z tyłu i na przodzie leży mgła śnieży-
sta, blada, niewzruszona, milcząca, mara oceanu, który
niegdyś miał brzegi swoje, gdzie te wierzchołki czarne,
ostre, szarpane, i głębokości swoje, gdzie dolina, którćj
nie widać, i słońce, które jeszcze się nie wydobyło. —
Na wyspie granitowćj, nagićj, stoją wieże zamku, wbite
w skałę pracą dawnych ludzi i zrosłe ze skałą, jak pierś
ludzka z grzbietem u Centaura. — Ponad niemi sztandar
się wznosi, najwyższy i sam jeden wśród szarych błękitów.
Powoli śpiące obszary budzić się zaczną — w górze
słychać szumy wiatrów — z dołu promienie się cisną —
i kra z chmur pędzi po tćm morzu z wyziewów. —
Wtedy inne głosy, głosy ludzkie, przymieszają się
do tćj znikomćj burzy i niesione na mglistych bałwa-
nach roztrącą się o stopy zamku. —
Widna przepaść wśród obszarów, co pękły nad nią. —
Czarno tam w jćj głębi, od głów ludzkich czarno —
dolina cała zarzucona głowami ludzkiemi, jako dno
morza głazami. —
Słońce ze wzgórzów na skały wstępuje — w złocie
unoszą się, w złocie roztapiają się chmury, a im bar-
dziej nikną, tćm lepićj słychać wrzaski, tćm lepićj doj-
rzeć można tłumy płynące u dołu. —
Z gór podniosły się mgły — i konają teraz po nico-
ściach błękitu. — Dolina Świętej Trójcy obsypana świa-
tłem migaj ącćj broni — i Lud ciągnie zewsząd do nićj,
jak do równiny Ostatniego Sądu. —
Katedra w zamku Sw, Trójcy —
Panowie^ Senałory, Dygnitarze siedzą po obu stronach,
każdy pod posc^iem jakiego króla lub rycerza — za
pościgami tłumy szlachty — przed wielkim ołtarzem
w głębi Arcybiskup, w krześle złocondm, z mieczem na
kolanach — za ołtarzem chór kapłanów — Mąt stoi
w progu przez chwilą, potem zaczyna iść powoli ku
Arcybiskupowi ze sztandarem w raku —
CHÓR KAPŁANÓW. Ostatnie sługi Twoje, w ostatnim
kościele Syna Twego, błagamy Cię za czcią ojców
naszych. — Od nieprzyjaciół wyratuj nas. Panie. —
PIERWSZY HRABIA. Patrz, z jaką dumą spogląda na
wszystkich. —
DRUGI HRABIA. Myśli, źe świat podbił. —
TRZECI HRABIA. A on się tylko nocą przedarł przez
obóz chłopów. —
PIERWSZY HRABIA. Sto trupów położył, a dwieście
swoich stracił. —
DRUGI HRABIA. Nie dajmy, by go Wodzem obrali.—
MĄŻ (klaka przed Arcybiskupem). U stóp twoich skła-
dam zdobycz moją. —
ARCYBISKUP. Przy pasz miecz ten, błogosławiony nie-
gdyś ręką Św. Floryana. —
GŁOSY. Niech żyje Hr. Henryk — niech żyje]
ARCYBISKUP. I przyj m ze znakiem Krzyża Św. do-
wództwo w tym zamku, ostatniem państwie naszćm —
wolą wszystkich, mianuję cię Wodzem. —
GŁOSY. Niech żyje — niech żyje! —
GŁOS JEDEN. Nie pozwalam. —
INNE GŁOSY. Precz — precz — za drzwi — Niech
żyje Henryk! —
NIE-BOSKA KOMEDYA 6 1
MĄŻ. Jeśli kto ma co do zarzucenia mnie, niechaj wy-
stąpi, wśród tłumu się nie kryje. —
{Chwila milczenia)
Ojcze, szablę tę biorę i niech mi Bóg zrządzi zgon
prędki , zawczesny, jeśli nią ocalić was nie zdołam. —
CHOR KAPŁANÓW. Daj mu siłę — daj mu Ducha
Świętego Panie! Od nieprzyjaciół wyratuj nas, Panie I
MĄŻ. Teraz przysięgnijcie wszyscy, źe chcecie bronić
wiary i czci przodków waszych — źe głód i pragnie-
nie umorzy was do śmierci, ale nie do hańby — nie
do poddania się — nie do ustąpienia, choćby jednego
z praw Boga waszego lub waszych. —
Gł^OSY. Przysięgamy. —
(Arcybisktip klaka i Krzyż wznosi. Wszyscy klikają)
CHOR. Krzywoprzysięzca gniewem Twoim niech obar-
czon będzie. — Bojailiwy gniewem Twoim niech obar-
czon będzie. — Zrajca gniewem Twoim niech obarczon
będzie. —
GŁOSY. Przysięgamy. —
MĄŻ (dobywa miecza). Teraz obiecuję wam sławę —
u Boga wyproście zwycięstwo. — (otoczony thimein
wychodzi)
Jeden z dziedzińców Świętej Trójcy — Mąż — Hrabio-
wie — fiarony — Książęta — Księża — Szlachta —
HRABIA (na stronę odprowadza Alęża). Jakże — wszyst-
ko stracone? —
MĄŻ. Nie wszystko — chyba, że wam serca zabraknie
przed czasem. —
HRABIA. Przed jakim czasem. —
MĄŻ. Przed śmiercią. —
BARON (odprowadza go w inszą stronę). Hrabio, po-
dobno widziałeś się z tym okropnym człowiekiem. —
Będzież on miał litości choć trochę nad nami, kiedy
się dostaniem w ręce jego? —
^LĄŻ. Zaprawdę ci mówię, źe o takiej litości żaden
z ojców twoich nie słyszał — zowie się szubienica. —
BARON. Trza się bronić, jak można. —
02 ZYGMUNT KRASIŃSKI
MĄŻ. Co Książe mówi ? —
KSIĄŻE. Parę słów na boku. — (odchodzi z nim) To
(wszystko dobre dla gminu, ale między nami, ocze-
wistćm jest, że się oprzeć nie zdołamy. —
MĄŻ. Cóż więc pozostaje? —
KSIĄŻE. Obrano cię Wodzem, a zatćm do ciebie na-
leży rozpocząć układy. —
MĄŻ. Ciszćj — ciszćj. —
KSIĄŻE. Dlaczego? —
MĄŻ. Boś, Mości Książe, już na śmierć zasłużył. — [od-
wraca się do tłumu) Kto wspomni o poddaniu się, ten
śmiercią karanym będzie. —
BARON, HRABIA, KSIĄŻE {razem). Kto wspomni
o poddaniu się, ten śmiercią karanym będzie. —
WSZYSCY. Śmiercią — Śmiercią — Vivat! — {wychodzą)
Krużganek na szczycie — Mąt — Jakób —
MĄŻ. Gdzie Syn mój ?
JAKÓB. W wieży północnej usiadł na progu starego
więzienia i śpiewa proroctwa. —
MĄŻ. Najmocnićj osadź basztę Eleonory — sam nie
ruszaj się stamtąd i co kilka minut patrzaj lunetą
na obóz buntowników. —
JAKÓB. Wartoby, tak mi Panie Boże dopomóż, dla
zachęty rozdać naszym po szklance wódki. —
^lĄŻ. Jeśli potrzeba, każ otworzyć nawet piwnice na-
szych Hrabiów i Książąt. —
[Jakób wychodzi. — Mąt wchodzi kilkoma schodami
wytej\ pod sam sztandar, na płaski taras)
Całym wzrokiem oczu moich, całą nienawiścią serca
obejmuję was, wrogi. — Teraz już nie marnym głosem,
mdłćm natchnieniem będę walczył z wami, ale żela-
zem i ludźmi, którzy mnie się poddali —
Jakże tu dobrze być panem, być władzcą — choćby
z łoża śmierci spoglądać na cudze wole skupione
naokoło siebie i na was, przeciwników moich, zanu-
rzonych w przepaści, krzyczących z jej głębi ku mnie,
jak potępieni wołają ku niebu. —
NIE-BOSKA KOMEDYA 63
Dni kilka jeszcze, a może mnie i tych wszystkich
nędzarzy, co zapomnieli o wielkich ojcach swoich, nie
będzie — ale bądź co bądź — dni kilka jeszcze pozo-
st^o — użyję ich roakoszy mćj kwoli — panować
będę — walczyć będę — żyć będę. — To moja pieśń
ostatnia! —
Nad skałami zachodzi słońce w długićj, czarnćj
trumnie z wyziewów. — Krew promienista zewsząd
leje się na dolinę. — Znaki wieszcze zgonu mojego,
pozdrawiam was szczerszćm, otwartszćm sercem, niż
kiedykolwiek wprzódy witałem obietnice wesela, ułudy,
miłości. —
Bo nie podłą pracą, nie podstępenii, nie przemysłem,
doszedłem końca życzeń moich — ale nagle, zniena-
cka, tak, jakom marzył zawźdy.
I teraz tu stoję na pograniczach snu wiecznego.
Wodzem tych wszystkich, co mi wczoraj jeszcze rów-
nymi byli. —
Komnata w zaniku oświecona pochodniami — Orcio
siedzi na łożu — Mąż wchodzi i składa broń. na stole —
MĄŻ. Sto ludzi zostawić na szańcach — reszta niech
odpocznie po tak długićj bitwie. —
GŁOS ZA DRZWIAMI. Tak mi Panie Boże dopomóż! —
MĄŻ. Zapewne słyszałeś wystrzały, odgłosy naszćj wy-
cieczki — ale bądź dobrćj myśli, dzićcię moje, nie
przepadniemy jeszcze ni dzisiaj ni jutro. —
ORCIO. Słyszałem, ale to nie tknęło mi serca — huk
przeleciał i niema go więcćj — co innego w dreszcz
mnie wprawia, Ojcze. —
MĄŻ. Lękałeś się o mnie. —
ORCIO. Nie — bo wiem, że twoja godzina nie nadeszła
jeszcze.
MĄŻ. Sami jesteśmy — ciężar spadł mi z duszy na
dzisiaj — bo tam w dolinie leżą ciała pobitych wro-
gów. — Opowiedz mi wszystkie myśli twoje — będę
ich słuchał, jak dawnićj w domu naszym. —
ORCIO. Za mną, za mną, Ojcze — tam straszny sąd
64 ZYGMUNT KRASIŃSKI
CO noc się powtarza. — (idzie ku drzwiom skrytym
zv murze i otwiera je)
MĄŻ. Gdzie idziesz? — Kto ci pokazał to przejście? —
tam lochy wiecznie ciemne, tam gniją dawnych ofiar
kości. —
ORCIO. Gdzie oko twoje zwyczajne słońca nie do wi-
dzi — tam duch mój stąpać umie. — Ciemności, idźcie
do ciemności. — (zstępuje)
Lochy podziemne — kraty żelazne, kajdany, narzędzia
do tortur połamane, letące na zielni — Mąż z pocho-
dnią ti stóp głazu, na którym Orcio stoi —
MĄŻ. Zejdź, błagam cię, zejdź do mnie. —
ORCIO. Czy nie słyszysz ich głosów, czy nie widzisz
ich kształtów? —
ISIĄŻ. Milczenie grobów — a światło pochodni na kilka
stóp tylko rozświeca przed nami.
ORCIO. Coraz już bliżej — coraz już widniej — idą
z pod ciasnych sklepień jeden po drugim i tam za-
siadają w głębi.
MĄŻ. W szaleństwie twojćm potępienie moje — sza-
lejesz, dzićcię, i siły moje niszczysz, kiedy mi ich tyle
potrzeba. —
ORCIO. Widzę duchem blade ich postacie, poważne,
kupiące się na sąd straszny — Oskarżony już nad-
chodzi i jako^ mgła płynie. —
CHÓR GŁOSÓW. Siłą nam daną — za męki nasze,
my niegdyś przykuci, smagani, dręczeni, żelazem rwani,
trucizną pojeni, przywaleni cegłami i żwirem, dręczmy
i sądźmy, sądźmy i potępiajmy — a kary Szatan się
podejmie. —
MĄŻ. Co widzisz? —
ORCIO. Oskarżony — oskarżony — ot załamał dłonie. —
MĄŻ. Kto on jest? —
ORCIO. Ojcze — Ojcze —
GŁOS JEDEN. Na tobie się kończy ród przeklęty —
w tobie ostatnim zebrał wszystkie siły swoje i wszyst-
kie namiętności swe i całą dumę swoją, by skonać. —
NIE-BOSKA KOMEDYA 65
CHÓR GŁOSÓW. Za to, żeś nie kochał, nic nie czcił,
prócz siebie, prócz siebie i myśli twych, potępion
jesteś — potępion na wieki. —
MĄŻ. Nic dojrzeć nie mogę, a słyszę z pod ziemi, nad zie-
mią, po bokach westchnienia i żale, wyroki i groźby. —
ORCIO. On teraz podniósł głowę jako ty. Ojcze, kiedy
się gniewasz — i odparł dumnem słowem jako ty.
Ojcze, kiedy pogardzasz. —
CHÓR Gł.OSOW. Daremno — daremno — ratunku
niema dla niego, ni na ziemi, ni w niebie. —
GŁOS JEDEN. Dni kilka jeszcze chwały ziemskiej, zni-
komej, której mnie i braci moich pozbawili naddziady
twoje — a potem zaginiesz ty i bracia twoi — i po-
grzeb wasz jest bez dzwonów żałoby — bez łkania
przyjaciół i krewnych — jako nasz był kiedyś na tej
samój skale boleści. —
MĄŻ. Znam ja was, podłe duchy, marne ogniki latające
wśród ogromów anielskich. — [idzie kilka krokózv
naprzód)
ORCIO. Ojcze, nie zapuszczaj się w głąb — na Chry-
stusa Imię Święte — zaklinam cię, Ojcze. —
MĄŻ (%vracd). Powiedz, powiedz, kogo widzisz?
ORCIO. To postać —
MĄŻ. Czyja?
ORCIO. To drugi ty jesteś — cały blady — spętany —
oni teraz męczą ciebie — słyszę jęki twoje. — {pada
na kolana) Przebacz mi, Ojcze — Matka pośród nocy
przyszła i kazała {mdleje) '
MĄŻ (chzvjfta go zv odjęcia). Tego nie dostawało. — - Ha!
dziecię własne przywiodło mnie do progu piekła! —
Maryo! nieubłagany duchu — Boże! i Ty druga Maryo,
do której modliłem się tyle! —
Tam poczyna się nieskończoność mąk i ciemności —
nazad — muszę jeszcze walczyć z ludźmi — potem
wieczna walka. — [iicieka z sjnem)
CHÓR GŁOSÓW {zv oddali). Za to, żeś nic nie kochał,
nic nie czcił prócz siebie, prócz siebie i myśli twych,
potępion jesteś — potępion na wieki. —
z. Krasiński, Tom I.
66 ZYGMUNT KRASII4SKI
Sala IV zamku Świętej Trójcy — Mąt — kobiety, dzieci y
kUku starców i Hrabiów klęczących u stóp jego — Ojciec
Chrzestny stoi w środku sali — Tłum w głębi — zbroje
zawieszone j gotyckie filary , ozdoby y okna —
MĄŻ. Nie — przez syna mego — przez żonę niebo-
szczkę moją, nie — jeszcze raz mówię — nie. —
GŁOSY KOBIECE. Zlituj się — głód pali wnętrzności
nasze i dzieci naszych — dniem i nocą strach nas
pożera. —
GŁOSY MĘŻCZYZN. Jeszcze pora — słuchaj posła —
nie odsyłaj posła. —
OJCIEC CHRZESTNY. Całe życie moje obywatelskiem
było i nie zważam na twoje wyrzuty, Henryku. —
Jeślim się podjął urzędu poselskiego, który w tćj
chwili sprawuję, to że znam wiek mój i cenić umiem
całą wartość jego — Pankracy jest reprezentantem
obwatelem, że tak rzekę . . .
MĄŻ. Precz z oczu moich, stary. —
{^la stronie do Jakóbd)
Przyprowadź tu oddział naszych. —
{Jakób wychodzi — Kobiety powstają i płaczą — męż-
czyźni się oddalają o kilka kroków)
BARON. Zgubiłeś nas, Hrabio.—
DRUGI. Wypowiadamy ci posłuszeństwo. —
KSIĄŻE. Sami ułożymy z tym zacnym obywatelem wa-
runki poddania zamku. —
OJCIEC CHRZESTNY. Wielki mąż, który mnie przy-
słał, obiecuje wam życie, bylebyście przyłączyli się
do niego i uznali dążenie wieku. —
KILKA GŁOSÓW. Uznajemy — uznajemy. —
MĄŻ. Kiedyście mnie wezwali, przysiągłem zginąć na
tych murach — dotrzymam, i wy wszyscy zginiecie
wraz ze mną. —
Ha! chce się wam żyć jeszcze. —
Ha! zapytajcie ojców waszych, po co gnębili i pa-
nowali. —
{do Hrabiego)
A ty czemu uciskałeś poddanych? —
NIE^BOSKA KOMEDY A 67
(do drugiego)
A ty czemu przepędziłeś wiek młody na kartach
i podróżach daleko od Ojczyzny? —
(do innego)
Ty się podliłeś wyższym, gardziłeś niższemi. —
(do jednej z kobiet)
Dlaczegoźeś dzieci nie wychowała sobie na obroń-
ców — na rycerzy — terazby ci się zdały na coś —
aleś kochała żydów, adwokatów — proś ich o życie
teraz. —
(staje i wyciąga ramiona)
Czego się tak śpieszycie do hańby — co was tak
nęci, by upodlić wasze ostatnie chwile? — naprzód
raczćj za mną, naprzód, Mości Panowie, tam, gdzie
kule i bagnety — nie tam, gdzie szubienica i kat mil-
czący, z powrozem w dłoni na szyje wasze. —
KILKA GŁOSÓW. Dobrze mówi — na bagnety! —
INNE GŁOSY. Kawałka chleba już niema. —
KOBIECE GŁOSY. Dzieci nasze, dzieci wasze. —
WIELE GŁOSÓW. Poddać się trzeba — układy —
układy! —
OJCIEC CHRZESTNY. Obiecuję wam całość, że tak
rzekę, nietykalność osób i ciał waszych —
MĄŻ (przyblita się do Ojca chrzestnego i chwyta go
za piersi). Święta osobo Posła, idz skryć siwą głowę,
pod namioty przechrztów i szewców, bym ją krwią
twoją własną nie zmazał. —
(wchodzi oddział zbrojnych z Jakóbeni)
Na cel mi wziąść to czoło zorane zmarszczkami
marnćj nauki — na cel tę czapkę wolności, drżącą
od tchnienia słów moich, na tej głowie bez mózgu. —
(Ojciec chrzestny się wymyka)
WSZYSCY (razem). Związać go — wydać Pankracemu. —
MĄŻ. Chwila jeszcze, Mości Panowie. —
(Chodzi od jednego żołnierza do drugiego)
Z tobą, zda mi się, wdzierałem się na góry za dzikim
zwierzem — pamiętasz, wyrwałem cię z przejjaści. —
5*
68 ZYGMUNT KRASIŃSKI
(do innych)
Z wami rozbiłem się na skałach Dunaju — Hieroni-
mie, Krzysztofie, byliście ze mną na Czarnćm morzu. —
{do innych)
Wam odbudowałem chaty zgorzałe. —
(do innych)
Wyście uciekli do mnie od złego pana — a teraz
mówcie — pójdziecie za mną, czy zostawicie mnie
samego, z śmiechem na ustach, żem wpośród tylu
ludzi jednego człowieka nie znalazł? —
WSZYSCY. Niech żyje Hr. Henryk — niech żyje! —
MĄŻ. Rozdać im, co zostało wędliny i wódki — a po-
tćm na mury. —
WSZYSCY ŻOŁNIERZE. Wódki — mięsa — a potem
na mury. —
I\IĄŻ. Idź z niemi, a za godzinę bądź gotów do walki. —
JAKÓB. Tak mi Panie Boże dopomóż. —
GŁOSY KOBIECE. Przeklinamy cię za niewiniątka
nasze. —
INNE GŁOSY. Za ojców naszych. —
INNE GŁOSY. Za żony nasze. —
MĄŻ. A ja was za podłość waszą. —
Okopy Siińątej Trójcy — Trupy naokoło — działa potrza-
skane — broń łeżąca na ziemi — Tu i owdzie biegną,
żołnierze — Mąż oparty o szaniec^ Jakób przy nim —
MĄŻ (szablę cłtow aj ąc do pochwy). Niema rozkoszy, jak
grać w niebezpieczeństwo i wygrywać zawżdy, a kiedy
nadejdzie przegrać — to raz jeden tylko. -
JAKÓB. Ostatniemi naszemi nabojami skropieni odstą-
pili, ale tam w dole się zgromadzą i niedługo wrócą
do szturmu — darmo, nikt losu przeznaczonego nie
uszedł, od kiedy świat światem. —
]MĄŻ. Niema już więcćj kartaczy?
JAKÓB. Ani kul, ani lotek, ani śrutu — wszystko się
przebiera nareszcie. —
NIE-BOSKA KOMEDYA 69
MĄŻ. A więc syna mi przyprowadź, bym go raz jeszcze
uściskał —
(yakób odchodzi)
Dym bitwy zamglił oczy moje — zda mi się, jakby
dolina wzdymała się i opadała nazad — skały w sto
kątów łamią się i krzyżują — dziwnym szykiem także
ciągną myśli moje. — (siada na murze)
Człowiekiem być nie warto — Aniołem nie warto. —
Pierwszy z Archaniołów po kilku wiekach, tak jak my
po kilku latach bytu, uczuł nudę w sercu swojćm
i zapragnął potężniejszych sił. — Trza być Bogiem lub
nicością. —
[Jakób przychodzi z Orciem)
Weź kilku naszych, obejdź sale zamkowe i pędź do
murów wszystkich, co spotkasz. —
JAKÓB. Bankierów, i Hrabiów, i Książąt. — [odchodzi).
MĄŻ. Chodź synu — połóż tu rękę swoją na ^ dłoni
mojćj — czołem ust moich się dotknij — czoło matki
twojćj niegdyś było takićj samej bieli i miękkości. —
ORCIO. Słyszałem głos jej dzisiaj, nim zerwali się męże
twoi do broni — słowa jej płynęły tak lekko, jak wonie,
i mówiła: — »Dziś wieczorem zasiądziesz przy mnie.« —
MĄŻ. Czy wspomniała choćby imię moje? —
ORCIO. Mówiła: — >Dziś wieczorem czekam na syna
mego.« —
MĄZ {na stronie). U końca drogi czyż opadnie mnie
siła? — Nie daj tego. Boże! — Za jedną chwilę odwagi
masz mnie więźniem twoim przez wieczność całą. —
(/rlośnó)
O synu, przebacz, żem ci dał życic — rozstajemy
się — czy wiesz, na jak długo?
ORCIO. Weź mnie i nie puszczaj — nie puszczaj —
ja cię pociągnę za sobą. —
MĄŻ. Różne drogi nasze — ty zapomnisz o mnie wśród
chórów anielskich, ty kropli rosy nie rzucisz mi z góry —
O Jerzy — Jerzy — O synu mój! —
ORCIO. Co za krzyki — drżę cały — coraz groźnićj —
coraz bliżćj — r huk dział i strzelb się rozlega — go-
dzina ostatnia, przepowiedziana, ciągnie ku nam. —
70 ZYGBfUNT KRASIŃSKI
MĄŻ. Spieszaj, spieszaj, Jakóbie. —
{Orszak Hrabiów i Książąt przechodzi przez dolny dzie-
dziniec — Jakób z kołnierzami idzie za nim)
GŁOS JEDEN. Daliście odłamki broni i bić się każecie. —
Gł.OS DRUGI. Henryku, ulituj się. —
TRZECI. Nie gnaj nas słabych, zgłodniałych, ku mu-
rom. —
INNE GŁOSY. Gdzie nas pędzą — gdzie?
MĄŻ {do nich). Na śmierć. — {do syna) Tym uściskiem
chciałbym się z tobą połączyć na wieki — ale trza mi
w inszą stronę. —
{Orcio pada trafiony kulc^
GŁOS W GÓRZE. Do mnie, do mnie, duchu czysty —
do mnie, synu mój! —
MĄŻ. Hćj! do mnie, ludzie moi! {dobywa szabli i przy-
kłada do ust leżącego) Klinga szklanna jak wprzódy —
oddech i życie uleciały razem. —
Hćj! tu — naprzód — już się wdarli na długość
szabli mojćj — nazad, w przepaść, syny wolności! —
{Zamieszanie i bitwa)
Inna strona okopów — słychać odgłosy walki — Jakób
rozciągnięty na murze — Maż nadbiega^ krwią oblany —
MĄŻ. Cóż ci jest, mój wierny, mój stary? —
JAKÓB. Niech ci czart odpłaci w piekle upór twój
i męki moje. — Tak mi Panie Boże dopomóż. — {ufniera)
MĄŻ {rzucając pałasz). Nie potrzebnyś mi dłużćj — wy-
ginęli moi, a tamci klęcząc wyciągają ramiona ku zwy-
cięzcom i bełkoczą o miłosierdzie! — {spoziera naokoło)
Nie nadchodzą jeszcze w tę stronę — jeszcze czas —
odpocznijmy chwilę. — Ha! już się wdarli na wieżę
północną — ludzie nowi się wdarli na wieżę północną —
i patrzą, czy gdzie nie odkryją Hrabiego Henryka. —
Jestem tu — jestem — ale wy mnie sądzić nie bę-
dziecie. — Ja się już wybrałem w drogę — ja stąpam
ku sądowi lioga. — {Staje na odłamku baszty wiszą-
cym nad samą przepaścią)
' NK-BOSKA KOMEDYA ^ I
Widzę ją całą czarną, obszarami ciemności płynącą
do mnie, wieczność moją, bez brzegów, bez wy sep,
bez końca, a pośrodku jćj Bóg, jak słońce, co się wie-
cznie pali — wiecznie jaśnieje — a nic nie oświeca. —
{krokiem dalej się posuwa)
Biegną, zobaczyli mnie — Jezus, Marya! — Poezyo,
bądi mi przeklęta, jako ja sam będę na wieki. — Ra-
miona, idźcie i przerzynajcie te wały. — {skacze w prze-
paść)
* * *
Dziedziniec zamkowy — Pankracy — Leonard — Bian-
chetti na czele tłumów — przed nierni przechodzą Ifra-
biowicy Książęta, z tonami i dziećmi, w łańcuchach —
PANKRACY. Twoje imie.>
HRABIA. Krzysztof na Yolsagunie. —
PANKRACY. Ostatni raz go wymówiłeś — a twoje?
KSIĄŻĘ. Władysław, Pan Czarnolasu. —
PANKRACY. Ostatni raz go wymówiłeś — a twoje?
BARON. Aleksander z Godalberg. —
PANKRACY. Wymazane z pośród żyjących — idi. —
BIANCHETTI {do Leonarda). Dwa miesiące nas trzy-
mali, a nędzny rzęd armat i ladajakie parapety. —
LEONARD. Czy dużo ich tam jeszcze? —
PANKRACY. Oddaję ci wszystkich — niech ich krew
płynie dla przykładu świata — a kto z was mi powie,
gdzie Henryk, temu daruję życie. —
RÓŻNE GŁOSY. Zniknął przy samym końcu. —
OJCIEC CHRZESTNY. Staję teraz jako pośrednik mię-
dzy tobą a niewolnikami twojemi — temi przezacnego
rodu obywatelami, którzy, wielki człowiecze, klucze
zamku S. Trójcy złożyli w ręce twoje. —
PANKRACY. Pośredników nie znam tam, gdzie zwycię-
żyłem siłą własną. — Sam dopilnujesz ich śmierci. —
OJCIEC CHRZESTNY. Całe życie moje obywatelskićm
było, czego są dowody niemałe, a jeślim się połączył
z wami, to nie na to, bym własnych braci szlachtę . . .
PANKRACY. Wziąść starego Doktrynera — precz, w je-
dną drogę z niemi. ^
{Żołnierze- otaczają Ojca Chrzestnego i niezoolnikózc)
72 ZYGMUNT KRASIŃSKI
Gdzie Henryk ? czy kto z was nie widział go żywym
lub umarłym? — Wór pełny złota za Henryka — choćby
za trupa jego. —
(oddział zbrojnych schodzi z murów)
A wy nie widzieliście Henryka?
NACZELNIK ODDZIAŁU. Obywatelu Wodzuf udałem
się za rozkazem Generała Bianchetti ku stronie zachod-
niej szańców, zaraz na początku wejścia naszego do
fortecy i na trzecim zakręcie bastyonu ujrzałem czło-
wieka rannego i stojącego bez broni przy ciele dru-
giego — kazałem podwoić kroku, by schwytać — ale
nim zdążyliśmy, ów człowiek zeszedł trochę niźćj, sta-
nął na głazie chwiejącym się i patrzał chwilę obłą-
kanym wzrokiem — potem wyciągnął ręce jak pły-
wacz, który ma dać nurka, i pchnął się z całćj siły
naprzód — słyszeliśmy wszyscy odgłos ciała, spada-
jącego po urwiskach — a oto szabla znaleziona kilka
kroków dalćj. —
PANKRACY {biorąc szablą). Ślady krwi na rękojeści —
poniźćj herb jego domu. —
To pałasz Hrabiego Henryka — on jeden z pośród
was dotrzymał słowa. — Za to chwała jemu, giliotyna
wam. —
Generale Bianchetti, zatrudnij się zburzeniem wa-
rowni i dopełnieniem wyroku. —
Leonardzie! — {wstępuje na basztą z Leonardem)
LEONARD. Po tylu nocach bezsennych powinien-
byś odpocząć. Mistrzu — znać strudzenie na rysach
twoich. —
PANKRACY. Nie czas mi jeszcze zasnąć, dzićcię, bo
dopiero połowa pracy dojdzie końca swojego z ich
ostatniem westchnieniem. — Patrz na te obszary — na
te ogromy, które stoją w poprzek między mną a myślą
moją — trza zaludnić te puszcze — przedrąźyć te
skały — połączyć te jeziora — wydzielić grunt każ-
demu, by we dwójnasób tyle życia się urodziło na
tych równinach, ile śmierci teraz na nich leży. — Ina-
czćj dzieło zniszczenia odkupionym nie jest. —
LEONARD. Bóg Wolności sił nam podda. —
NIR-BOSKA KOMEDY A 73
PANKRACY. Co mówisz o Bogu — ślizko tu od krwi
ludzkićj. — Czyjaź to krew? — za nami dziedzińce
zamkowe — sami jesteśmy, a zda mi się, jakoby tu był
ktoś trzeci. —
LEONARD. Chyba to ciało przebite. —
PANKRACY. Ciało jego powiernika — ciało martwe —
ale tu duch czyjś panuje — a ta czapka — ten sam
herb na nićj — dalćj, patrz, kamień wystający nad
przepaścią — na tćm miejscu serce jego pękło. —
LEONARD. Bledniesz, Mistrzu. —
PANKRACY. Czy widzisz tam wysoko — wysoko r —
LEONARD. Nad ostrym szczytem widzę chmurę pochyłą,
na którćj dogasają promienie słońca. —
PANKRACY. Znak straszny pali się na nićj. —
LEONARD. Chyba cię myli wzrok. —
PANKRACY. Milion ludu słuchało mnie przed chwilą —
gdzie jest lud mój? —
LEONARD. Słyszysz ich okrzyki — wołają ciebie —
czekają na ciebie. —
PANKRACY. Plotły kobiety i dzieci, że się tak zjawić
ma, lecz dopiero w ostatni dzień. —
LEONARD. Kto? —
PANKRACY. Jak słup śnieżnej jasności stoi ponad
przepaściami — oburącz wspart na krzyżu, jak na
szabli Mściciel. — Ze splecionych piorunów korona
cierniowa. —
LEONARD. Co się z Tobą dzieje? co Tobie jest? —
PANKRACY. Od błyskawicy tego wzroku chyba mrze,
kto żyw. —
I-EONARD. Coraz to bardzićj rumieniec zbiega ci
z twarzy — chodźmy stąd — chodźmy — czy słyszysz
mnie? —
PANKRACY. Połóż mi dłonie na oczach — zadław mi
pięściami źrenice — oddziel mnie od tego spojrzenia,
co mnie rozkłada w proch. —
LEONARD. Czy dobrze tak? —
PANKRACY. Nędzne ręce twe — jak u Ducha, bez
kości i mięsa — przejrzyste jak woda — przejrzy-
ste jak szkło — przejrzyste jak powietrze. — Widzę
wciąż! —
74 ZYGMUNT KRASIŃSKI
LEONARD. Oprzyj się na mnie. —
PANKRACY. Daj mi choć odrobinę ciemności! —
LEONARD. O Mistrzu mój! —
PANKRACY. Ciemności — ciemności! —
LEONARD. Hćj! obywatele — hćj! bracia — Demo-
kraty, na pomoc! — Hćj! ratunku — pomocy —
ratunku! —
PANKRACY. Galilaee, vicisti! [Stacza się zv odjęcia
Leonarda i kona)
IRYDION.
Et ciincta terrarum snbacta. —
Lucanus.
Aestuat ingens
Uno in corde pudor mixtoque insania luctu
Et Furiis agitatus amor et conscia virtus.
Aeneidos, Lib. X.
POŚWIĘCONE MARYI
NA PAMIĄTKĘ DNI
JEDYNYCH I ZBIEGŁYCH.
Tak, g?os znajomy wróci do niej
po latach wielu. ^
WSTĘP.
Już się ma pod koniec starożytnemu światu — wszystko,
co w nim żyło, psuje się, rozprzęga i szaleje — Bogi
i ludzie szaleją.
A jako Jowisz, pan na niebie, tak Rzym, pan na ziemi,
kona i szaleje. — Fatum jedno spokojne, niewzruszone,
rozum nieubłagany świata, patrzy z wysoka na wiry
ziemi i nieba.
Wśród zamętu wznoszę pieśń, która mi gwałtem
z piersi się dobywa. — Niechaj duch zniszczenia ku
pomocy mi będzie — niech moje natchnienie kręci się
i toczy się, rozlega na wsze strony jako piorun burzy,
która grzmi teraz nad wiekami przeszłości i wszelkie
życie strąca do otchłani — a potem niech umiera jako
ów po dokonaniu dzieła. — Tam nowy świt na wscho-
dzie! Ale mnie już nic do niego.
Gdzie postacie, które tak dumnie i wzniosie kro-
czyły dawniej po twoich siedmiu wzgórzach, o Rzymie? —
Gdzie patrycyusze twoi z nożem ofiarnym i włócznią
w ręku, z sercem pełnem tajemnic, z chmurą zgrozy
na czole, ojcowie rodzin, ciemiężcy plebejanów, okró-
ciciele Włoch i Kartagi? Gdzie Westalka, wstępująca
w milczeniu z ogniem świętym na schody Kapitolu?
Gdzie mówce twoi, panowie dusz tysiąców, stojący
ponad falami ludu, gwarem poszeptów obwiani i bu-
rzą poklasków ? — Gdzie żołnierze Legionów bezsenni,
ogromni, z twarzą spiekła od słońca, ochładzaną zno-
jem, rozjaśnianą połyskami mieczów ? — Wszyscy zni-
knęli jedni po drugich — przeszłość ich zagarnęła i jak
matka tuli do łona. — Nikt ich nie wydrze przeszłości!
80 ZYGMUNT KRASIŃSKI
Miasto nich podnoszą się nieznane dotąd kształty,
ni piękne jak pół-Bogi, ni silne jak olbrzymy Tytań-
skich czasów, ale dziwaczne, migające złotem, z wian-
kami na czole, z puharami w dłoni, a wśród kwiecia
sztylety, a wśród biesiad trucizny, a w ich tańcach
konwulsyjne podrzuty — niby to życie bez granic
wśród pieśni i jęków, ryku Hyjen i nawoływań gladya-
torów. Śmiech z takiej wiosny umajonej krwią i wo-
niami spiekły eh kadzideł! — Śmiech z takiego życia! —
Ono przejściem tylko, ono nic nie utworzy, nic nie zo-
stawi po sobie, prócz krzyków kilku i sławy marnego
skonania!
Motłoch i Cezar — oto jest Rzym cały! —
Izydo, matko wiadomości i milczenia, stopy twoje
zbryzgane pianą morza, okryte pyłem długiej podróży,
obca mowa brzmi na około ciebie — i stoisz na fo-
rum romanum i dotąd się rozpatrzeć nie możesz, kędy
sama jesteś, kędy brzegi Nilu.
Z pagórków Armenii, z nizin Chaldei, Mitra też, pan
młodości i śmierci, ciągnie ku Rzymowi i już stanął
w lochach Kapitolu i nożem ofiarnym potrząsa wśród
głuchej nocy nad trupami ofiar.
W portykach Greckich, w słodkim cieniu koryn-
ckich filarów, barbarzyńskim chodem stąpa syn pół-
nocy — stanie czasami i na toporze wsparty szuka
błękitncmi oczyma, czy gdzie nie spotka Odyna, Boga
ludów swoich.
Odyn Cymbrycki dotąd się nie zjawił — żal mu
borów sośnianych i śnieżnej pościeli i szarego nieba
i chórów Walhalli. — Ale chwil kilka jeszcze — i on
puści się na pielgrzymkę do Rzymu!
Naprzód, Bogi i ludzie! — Drogi wasze się pokrzy-
żują od wschodu na zachód, od północy na południe. —
Miejsca dla was nie będzie. — Idźcie więc i kołujcie,
błądźcie i wracajcie potćm.
Tak zwykle przed śmiercią bywa.
Naprzód, Bogi i ludzie! — szalejcie do woli — ostatni
to szał, ostatnia to gonitwa wasza — a Fatum z was
się urąga, krzyż godłem swoim wzięło i wy wszyscy
wcześniej czy później padniecie przed krzyżem.
IRYDION Si
Z tego świata, co się zżyma i kona, wycisnę myśl
jedną jeszcze — w niej będzie miłość moja, choć ona
jest córą szaleństwa i zwiastunką zguby!
Naprzód w szał, naprzód w tan, Bogi i ludzie, w około
myśli mojej — bądźcie muzyką, co przyśpiewuje jej ma-
rzeniom — burzą, pośród której ona się przedziera,
jak błyskawica — bo imię Jej nadam, postać nadam,
i choć poczęta w Rzymie, dzień, w którym Rzym zginie,
nie będzie Jej ostatnim. — Ona trwa, dopóki ziemia
i ziemskie narody — ale za to w niebie dla niej miej-
sca niemasz! —
Gdzież jesteś, synu zemsty? — w jakiej ziemi leżą
zwłoki twoje? — Duch twój pomiędzy jakiemi du-
chami? —
Ze świata gruzów wywołałem cienie umarłych —
w nocy na forum stanął senat przedemną — schylone
widma, obarczone pamięcią podłości — i między niemi
nie było ciebie!
Gladyator powstał z lochów cyrku i szedł na czele
swoich przy świetle księżyca — przebici wszyscy —
usta sine powtarzały w śnie śmierci: Morituri te salu-
łanł, Caesar — ale pomiędzy niemi nie odkryłem
ciebie. —
Na Palatynie, na wzgórzu ruin i kwiatów, panów
świata dla mnie wzruszyły się prochy — płynęli prze-
demną — dyadema krwią zlutowane trzymało się ich
czoła — każdy na czole niżej miał znak potępienia —
purpura na ich barkach powiewała, a z za niej świeciły
gwiazdy przez otwory wydarte sztyletami zabójców —
ale i tam nie ujrzałem ciebie.
Męczenników Chrystusa słyszałem śpiewy i modły, —
Dźwięki te wzlatywały z katakómb i szły prosto ku niebu —
był tam głos jeden niewieści, smutniejszy, piękniejszy
nad inne — znany tobie kiedyś, ale teraz sam jeden
nie związany z twoim.
Gdzież jesteś, synu zemsty, synu pieśni mojej! Już czas
zmartwychwstać, by deptać po zwłokach olbrzyma —
pamiętasz? — przysiągłeś. — Wyrzekłeś się nadziei, wiary,
z. Krasiński, tom I. 6
8ź ZYGMUNT KRASiKSKI
miłości, by raz tylko, raz jeden spojrzeć, a potem za-
nurzyć się tam, gdzie miliony
Godzina dobija — bo kędy miasto wieczne pano-
wało, dziś grób szeroki, rozwarty, napełniony kośćmi
i gruzem, opleciony pelzającem i bluszczem i ludem. —
Powstań — chodź — wzywam cię — Ja i straszniejsza
potęga jeszcze, od której cię wybawić nie zdołam, ale
imię twoje oderwę od ciała twego i ono na zagubę nie
pójdzie wraz z tobą!
Zdała odemnie! — nie dla was te dzikie manowce —
w Kampanii rzymskiej zostańcie u stóp Appeninów, to-
warzysze moi. — Ja pójdę, ja go raz jeszcze chcę ujrzeć
przed zgonem, przed śmiercią na wieki!
W tej jaskini leżącej wśród mroków przepaści, on
na marmurowem łożu rozciągnięty, bez oddechu, bez
sennych poruszeń, bez żadnego marzenia, czeka na prze-
budzenie — obiecane — straszne i na dzień sądu, bliższy
dla niego, niż dla reszty świata!
Starożytne próchna świecą na około, jak oczy sfin-
ksów — wąż z łuską promienistą spi od wieków przy
stopach Jego — rysy zasępione, spalone gorączką, sen
tak długi chłodu po nich rozlać nie potrafił.
Kształty jego ciała podobne do kształtów greckiego
posągu i takich już dzisiaj niema na tej ziemi — nogi
białe, jak marmur paryjski, w czarnych koturnach, zło-
żone na czarnej pościeli. — Stąd i zowąd, pod niemi,
nad niemi, mchy i bluszcze się wiją.
Tunika biała na piersiach spoczywa — odłamek
lampy w dłoni i miecz rdzą stoczony u boku spoczywa t—
a druga ręka opuszczona, martwa i palce jej skurczone,
jak gdyby zasnął w rozpaczy.
On cały zawieszony leży między snem a śmiercią —
między ostatnią myślą, którą pomyślał przed wiekami,
a tą, która niedługo w nim się obudzi, między potę-
pieniem życia całego a potępieniem wieczności!
Nim powstaniesz, opowiem twe dzieje.
W Chersonezie Cymbrów, w ziemi srebrnej poto-
ków, Ojciec twój niegdyś stąpał brat za brat z królami
IRYDION 83
morza, choć przybył z odległych stron, choć cudzą
miał grecką mowę i twarz greckiego pół-Boga.
Ale polubiły go niewiasty i męże, bo powieściami
długie słodził noce, a we dnie pierwszy był do walki
biesiady. — Manowce szarego oceanu bitą drogą mu
były — w połysku gwiazd niebieskich wyczytywał po-
gody i burze — najcięższą włócznią przerzucał najwy-
ższe maszty i za wichrami goniąc spokojne miał czoło.
Na lądzie róg jego dzwonił po dolinach i skałach —
Niedźwiedź nigdy mu się nie potrafił odjąć — a kiedy
wrócił z łowów lub rozbicia, kładł się na mech, na pa-
procie, i spełniając gęste puhary opowiadał gonitwy,
zapasy, rozboje — na dalekich wodach dom Jego na-
bijany kością słoniową i złotem — sługi, niewolniki,
stojąc na progu pod lasem filarów, patrzą na morze,
zasiane wyspami błyszczącemi jak gwiazdy i wyzierają
Jego powrotu — ale on się nie śpieszy, bo polubił
dźwięk trąb konchowych i śpiew kapłanek Odyna —
bo młodość swoją puścił na błędy i zmienne losy, by
później dokonać wielkiego zamiaru — i puhar podnosi
do ust, i pije zdrowie Króla mężów, starego Sigurda. —
»Grimhildo, córo Sigurda, lud mój od wieków nosi
kajdany i jęczy — wraz z ludem moim sto innych
ludów po wszystkich brzegach mórz południowych
usiadło na żwirze i płacze.
>Żeby ich wyzwolić, trza mi twojej piersi natchnio-
nej! Ja sam rodem jestem niewolnik, ale duchem mści-
ciel — wrogi moje silne jak tytany — żeby ich pod-
kopać i obalić, trza mi twojćj piersi natchnionej! —
Dziewico poświęcona Odynowi, ty wejdziesz w progi
moje, ty będziesz towarzyszką moich trudów, i dzieci
nasze kończyć będą dzieło moje — a ono się prze-
ciągnie w późne wieki wieków!*
Tu ojciec twój umilkł i stopniami ogarniał ją po-
tęgą wzroku i milczenia swego — ona stojąc na skale,
spoziera na szarą nieskończoność morza, z rozpuszczo-
nym włosem, z zamglonemi oczyma, bezsilna, szalona
miłością. — Już Odyna pawęź jej nie zasłoni, porzuci
stopy ołtarza i pójdzie z obcym na dalekie brzegi.
>Hermesie, dawniej wojowniki nasze nie śmieli spój-
6*
84 ZYGMUNT KRASII^SKI
rzeć na czoło moje. — Tyś się zjawił jak bohatyr zstę-
pujący z Walhalli, tyś rzekł >Grimhildo« i patrz, ja
muszą być niewolnicą twoją«. —
»Nie znam ojczyzny twojej, wrogów twoich nie znam,
kraj, do którego mnie ciągniesz, nigdy we śnie nawet
nie ukazał się przedemną, a pójdę, pójdę nieszczę-
śliwa — zhańbiona pośród dziewic — przeklęta gniewem
Ody na — tylko pozwól raz jeszcze mi zasiąść na świętym
głazie i odśpiewać pieśń ostatnią!*
Amfiloch Hermes szedł za dziewicą na pokładach
mchu, na warstwach granitu, przez święte bory szro-
nem obwisłe, wśród ryku wodospadów — sosny tłu-
mem cisnęły się wszędzie; z ich tłumu czasem szkielet
dębu się wydostanie uwieńczon jemiołą. — Wyżej niebo
gorzkie, ołowiane — po bokach tysiąc manowców krąży
i woła za sobą na puszczę — ale Dziewica zna ścieżki
wiodące do Boga, z którym idzie żegnać się na wieki.
Wodzowie hord, panowie gruntów, królowie morza,
majtki ich i towarzysze stoją w półkolu przed posągiem
Ody na i czekają na kapłankę. — Jeden tylko Sigurd
z pokolenia Bogów, Król wszystkich, usiadł na pniu
ściętej sosny i ogromną dłonią zakrył czoło — pierś
jego nadyma się pod pancerzem z łusk rybich — ale
milczy i wszyscy za nim milczą — słychać tylko szum
morza bijącego o skały za borem.
Grimhilda przeszła pośród nich z oczyma wlepio-
nemi w posąg Odyna, ku któremu stąpała w groźnej
powadze. — A cudzoziemiec pozostał z tyłu, wśród
onszaku swoich, z założonemi rękoma na korynckiej
zbroi, oparty o drzewo.
Pod występującem sklepieniem jaskini, na głazie
tajemnicami zapisanem , usiadła i zdała się marzyć. —
Bóg północnych plemion stoi nad nią, broda jego
i włosy skrzepłe lodem, przyprószone śniegiem, oczy
szklanne, rażące, w olbrzymiej dłoni maczuga krwią
ofiar zbroczona, a w piersi głęboka rana, którą zadał
sobie, kiedy dopełniwszy ziemskiego wcielenia zażądał
wrócić do biesiad Walhalli.
IRYDION 85
Sen jej trwał długo i teraz powoli z niego się budzi,
zwolna podnosi ramiona, mówi jeszcze tłumionym gło-
sem: >Znam cię, panie, wśród bohatyrów twoich —
Duch twój czarnym strumieniem zbliża się do łona
mego — huczy w około mnie jak potok, co rozrywa
głazy — Ja tam, gdzie wiry twoje — Ja tam, gdzie
wszechmocność gniewu twego — siła twoja moją —
słuchajcie mnie wszyscy*.
Odrzuciła nagle powieki z po nad pałających zrze-
nic — ręce wywarła ku tłumowi i ręce jej drżały, jak
w chwili konania — w głosie jej były dźwięki zarwane
z mowy bohatyrów, co wstąpili na chmury i teraz
wśród burzy przelatując wołają na dzieci swoje:
>Po co biegniecie dniem i nocą, bracia moi? — -Syny
ludu mego, kto was pędzi z t^łur — Kto wam kazał
porzucić ziemię srebrną potoków?
» Olbrzymy przykute podnieśli się z śniegów, na
których leżeć mają aż do końca świata, podnieśli się
na pół i, bijąc łańcuchami o szczyty z lodu, w nozdrza
chwytają zapach krwi z oddali. —
>Czy słyszycie, jak młot Thora wpył druzgoce hełmy
i puklerze, czaszki i piersi ludzkie? — Śmiech karłów
rozlega się w przestrzeni — włócznia Horgiebrudy za-
wieszona nad ziemią całą!
»Kto wam podoła, o potomki moje? — Coraz dalej
pędzicie ku miastu wielkiemu — Tam czeka na was
biesiada — puhary pienią się pełne krwi nieprzyja-
ciół — Każdemu z was przygotowane jest miejsce —
Zasiądźcie w chwale, syny moje!«
Głos jej upadł nagle i w szmer się zamienił — oczy
szukają czegoś w świecie widzeń, który się przed nią
roztacza — usta wysilają się na słowo jakieś. — To
słowo powstaje, rośnie w głębinach jej duszy, jak wąż
okrąża jej serce i jak wąż ucieka, kryje się znowu —
ona darmo za niem goni, cała blada, nieszczę-
śliwa, mdlejąca. — Jeszcze chwila — może go wyrwie
z łona, bo wzrok jej płonie, twarz nowym zajaśniała
szałem :
»Miasto, miasto na siedmiu wzgórzach pali się po-
żarem — kruszce drogie, przejrzyste kamienie, topią
86 ZYGMUNT KRASIl^SKJ
się i płyną — Ciała topią się na krew i płyną — Zamek
wielki i Bóg wielki na nim runął!
»Na pomoc, Odynie — umrę, jeśli nie wypowiem ta-
jemnicy twojej — imię jego — kto mi powie imię jego ?«
1 opadła głowa matki twojej i zawarły się jej usta —
król dotąd trzyma dłoń na twarzy, ani razu nie spojrzał
na córkę i wszyscy stoją niewzruszeni, bo nikt nie śmie
przystąpić do świętego głazu. —
A więc Bóg twój oniemiał i ty z nim umilkłaś na
wieki — ponad twojemi ustami cisza grobowa — na
czole twoim lodowatość śmierci. — Ale ten, który ci
inną Ojczyznę obiecał, nie opuści ciebie — ruszył się
z pod cieniów dębu i sam natchniony stąpa ku tobie. —
Krzyk oburzenia powstał w tłumie, królowie morza
włóczniami uderzyli w puklerze — siwe Skaldy wy-
rzekli przekleństwo. — Ale on już przeszedł straszną
zagrodę, już nachyla się nad Tobą, podaje ci rękę
i rzecze:
> Przez imię Roma, imię wrogów moich i twoich,
wołam cię do życia, powstań Grimhildo« ! . . . I odwrócił
się i krzyknął trzy razy: Roma — a Dziewica obudzona
podniosła się, powtórzyła raz jeszcze słowo tajemnicze,
powtórzyła głosem pożegnania cichym i niewieścim,
i poszła za cudzoziemcem, jak żona za mężem. —
Teraz ojciec twój, senny młodzieńcze, stoi na po-
kładzie i z uśmiechem niedowiarstwa w ocean pełne
wylewa kielichy na cześć Posseidona, potem ku maj-
tkom się odwraca i mówi: > Silniej żagle, dzielniej wio-
sła trzymajcie, a Bóg Trójzęba wnet uśmierzy te fale«. —
Pod ich stopami drży każda belka, jak ciało nie-
wiasty — u widnokręgu ciemności warstwami się pokła-
dły — z ich łona płyną bałwany zbierając się w kłęby,
to rozpuszczając się w nurty, jak niegdyś wąż Piton,
nim legł pod strzałami słońca — naprzemian pękają
tonie i spajają się białemi pianami — naprzemian w szu-
mie wiatrów głuche oddechy i przeraźliwe jęki.
Pod dachem wspartym stękaj ącemi słupami usiadł
Hermes na futrach wywiezionych z Chersonesu Cym-
ik
IRYDION 87
brów i spokojnym głosem tłumaczył dziewicy świat,
do którego się zbliżała — opisywał jej wyspę o win-
nicach i gajach w pobliżu wielkiego lądu — on tam
ma swoich oraczy i kupców, dom i okręty swoje. —
Tam skarbce jego pełne kosztowności i broni — i ta
broń zda się kiedyś! bo w tamtych stronach ród ludzki
nie hasa pod wodzą bohatyrów — ale ujarzmiony,
hańbę swoją ubiera w złoto, marmury, jedwabie i liże
stopy miasta wznoszącego się na między-morzu.
To miasto niegdyś w obliczu świata stało się Bo-
giem kłamstwa i ucisku — pod jego tchnieniem śmier-
tełnem brat powstał na braci, syn na ojca, zdrajca na
ojczyznę, i, jako czas niezużyte, ono pożarło wszystkich
królów ziemi! Tu pogoda zeszła z czoła ojca twego
i stał się podobnym do burzy, która statkiem miotała.
> Hellada moja niegdyś była duszą narodów — pieśni
jej były paniami świata — Barbarzyńców zuchwałych,
co przyszli od wschodu, odpędziła szczękiem szabel
i dźwiękiem strun swoich.
> Ogień niebieski, wydarty Bogom, jej tylko jednej,
jej tylko dostał się w udzielę — nieszczęśliwa zaufała
miastu przeklętemu. — Dzicz z między-morza przypły-
nęła do jej wysp szczęśliwych, do jej mirtowych nad-
brzeźów. — Nie zdobyli jej bronią, ale rozdzielili jadem
pochlebstwa, upoili nektarem obietnic!
W tej chwili rozejdą się chmury — wiatr je rozpruł
na zachodzie i kilka gwiazd zamignęło. — Hermes raz
tylko rzucił okiem i kiedy znów tonęły w wyziewach,
krzyknął do sternika: >na prawo, całą noc na prawo,
a o tej samej porze jutro przepłyniem Gadesu cieśni-
nę!* — I dalej tuląc ją do łona rozpowiada o przodku
Filopemenie, przedostatnim z ludzi, którzy walczyli
przeciw miastu podlącemu — po nim raz jeszcze król
barbarzyniec wyszedł w pole i przegrywał lat trzydzie-
ście^ aż legł własną ręką przebity — od dnia tego nikt
już trzeci się nie zdarzył na obronę ziemi!
Chwilą milczenia, chwilą rozpamiętywania uczcił pa-
mięć wielkiego Mitrydata, potem wrócił do smutnej
powieści — ona słucha z niewzruszonemi , pałającemi
oczyma. — »Grimhildo, Bóg twój dał ci zgadnąć na-
88 ZYGMUNT KRASIŃSKI
tchnieniem to, co sam wydobywałem nieraz pracą
nienawiści, domysłem nadziei, z nocy przyszłych wie-
ków — cieszmy się, królewska córo — bo miasto nie-
prawości po zabiciu wszystkich żyjących i wolnych,
rozpoczęło teraz samobójstwo swoje!
»Skarby wyssane z całej ziemi już im wkrótce nie
wystarczą — ' niedługo oręż z ich rąk się wysunie —
wśród rzezi i festynów dobijają im ostatnie chwile. —
O żono moja, śmiej się z tych fal i wichrów, bo my tu
nie zginiem, my będziem częścią wielkiego zniszczenia « !
Po tych słowach głos bohatyra przybrał jeszcze
bardziej gorzkie i szyderskie dźwięki — wspominał
o Bogach Hellady, potężnych kiedyś, którym dzisiaj już
rzadko kto wierzy — wyrocznie ich oniemiały oddawna,
ale posągi stoją dotąd, bo świat stary odzwyczaić się
nie może od nałogów młodości — wszystkie Bogi ziemi
objawiły się w mieście przekleństwa. — Jedne piękne,
podobne nieśmiertelnym, bo greckiego dłuta — inne
potworne, wyrosłe na piaskach pustyni, po szczytach
gór dalekich — ale on wie, że jest tylko Bóg jeden,
który przed wiekami położył dłonie na wirach chaosu
i zwyciężył go na wieki.
»Imie Jego«, zapyta kapłanka Odyna.^
> Przeznaczenie* — i poszedł ku sterowi łodzi, bo
podwajała się burza.
Czy pamiętasz wyspę Chiarę, na której wzrośliście
ty i siostra twoja. Boska Elsinoe? — Czy pamiętasz
wyprawy ojca, kiedy na maszty zarzucał żagle, nie
trójkątne, greckie, ale barbarzyńskie, podłużne, sam
w dackim kołpaku, z toporem Cymbrów w dłoni z zatoki
wymykał się nocą i puszczał na manowce archipelagu ?
Wszystkie myśli Jugurthy i Mitrydata odżywały
w jego duszy — ku dzikim plemionom latały nieustan-
nie chęci jego i prace. — To gdzie błota meockie,
gdzie pustynie i wiatronogie rumaki, to gdzie Syrty
w głębiach Afryki i jadem zaprawione strzały, błąkał
się na przemian szukając nieprzyjaciół nieprzyjacielowi
swemu — dłonie królów dzikich ściskając, ucząc się
IRYDION 89
ich mowy, broń ich zatykając na piersi swojej, sypiąc im
dary i rozżarzając ich chucie obietnicą rozkoszy i łupów.
Wtedy matce twojej boleśno schodziły dnie i nocy.
Ale niewolnik żaden, obcy żaden, nie wyczytał cierpie-
nia z jej rysów; usta jej nie drżały, kiedy rozkazowała.
Czasem tylko wziąwszy was oboje za ręce, wiodła
przez długie portyki w głąb pałacu. Tam, w framudze
nabijanej mchem i konchami, stał wojownik z głazu.
Dzikość nieśmiertelna marszczy mu skronie; —
w ręce trzyma czaszkę zabitego wroga; a u stóp Jego
bryły lodu wykute z paryjskiego marmuru.
Przed nim schyla głowę matka twoja i duma nad
ubiegłą Ojczyzną: >Irydionie mój, Sigurdzie mój, ty
ziemi srebrnej nie obaczysz nigdy, ni dziada twego,
króla mężów. — Patrz: — oto Bóg mój święty - na-
tchnienie moje straszne, to pan Walhalli, niezwalczony
Odyn«. — I córkę przyciskając do piersi: >Gdzie ojciec,
Elsinoe, mów, gdzie Hermes tej chwili; — słyszę wia-
trów szumy i fal żałobne jęki. — Okręt jego pośród
wód nieskończonych, nachylony, odarty z źaglów, lub
może na bezbożne wyrzucony brzegi ale nie — on
zwycięży burze, on odejmie się dzikim, i wróci do nas
z chwałą pół-Boga«.
A kiedy róg przybywającego odezwał się od morza,
kiedy bliżej zagrzmiał wśród gajów cytrynowych, kiedy
nocną rosą obwisły, spiekły słońcem i dżdżami zczer-
niony rzucał się Hermes w objęcia żony i oko jego
czarne, namiętne, blaskiem nadziei pałało — wtedy
znów bywały dni pogodne i szczęśliwe na Chiarze, za-
pominała kapłanka o gorzkich przeczuciach, a wy bie-
gałyście swobodnie, rozkosznie, po trawnikach wśród
kwiatów, po nadbrzeżach wśród muszli , po salach
marmurowych wśród trójnogów i kadzideł, odpoczy-
wając na łonie matki, na ojca kolanach; a on co wieczór
błogosławiąc wasze głowy do snu pochylone: >Pamię-
tajcie, powtarzał, nienawidzić Romy. — Dorósłszy,
niech każden z was ściga Ją przeklęstwem swoim — Ty że-
lazem i ogniem — Ty natchnieniem i niewiasty zdradą* —
Czasem też do Chiary prokonsul lub pretor lub
wyzwoleniec jaki Cezara przybywali w goście — wtedy
90 ZYGMUNT KRASIŃSKI
Hermes kazał zastawiać długie łoża i stoły — Lesbijskie
wino płynęło strugami — brzmiały głosy niewolnic,
niewolników lutnie, pieśniami starego Homera. — »Ana-
kreonta, Anakreonta* wołali Rzymianie — wtedy z szy-
(lerskim uśmiechem ojciec twój skinąwszy na śpiewa-
ków Rzymianom pełniejsze nalewał kielichy, świeże
rozdawał wieńce, a kiedy wpadli w szum i żarty, znie-
nacka mówił o dziejach przeszłości, o chwale państwa,
wspominał z Kartagą przewalczone boje, wycięte Var-
rusa Legiony i Hiszpańskie Sertoryusza bunty — i pił
zdrowie Imperatora, aż puhar pękał w palcach Jego!
Już zbliża się trzynasta rocznica dnia, w którem ka-
płanka opuściła Bogów. — Głos jej dziczeje, kiedy woła
na dzieci swoje — wzrok jej dziczeje, kiedy je tuli do
łona — wspomina ojca, siostry, wodzów ludu i napół
przerywane słowo pożegnania z ust jej wypada. — Przed
jednym Hermesem upokarza się jej obłąkanie. > Czego
ci nie dostaje, Grymhildo moja, królewska córo?« —
— »Czy słyszałeś o zemście duchów nieśmiertelnych .> —
na czas tylko ja byłam twoją — u krańców ziemi leży
wyspa okuta lodami — góra na niej buchająca płomie-
niem. — Tam przykuty olbrzym śmierci już ramie wy-
ciągnął, już nachyla dłoń ku otchłani, by rzucić kłębek
śnieżny życia mego*.
Hermes dłoń rozciąga nad jej skroniami. — Cień
jego rąk, gdyby strumień pokoju, spada na jej czoło,
wlewa się do duszy. > Patrz na to niebo gorejące, na
to morze iskier — gdzie chmury twej północy i nie
użyte Bogi twoje? — gwiazda Amfilocha cię broni —
ona cię nie wyda złym duchom*. — Ale i Jemu ciężar
jakiś serce przyciskać zaczyna.
Jakiż to krzyk uderzył o wnętrzne sklepienia i rozbił
się aż na filarach portyku? — Spieszą niewolnicy
w głębie pałacowe do komnaty Pana. — Tam na por-
firowem łożu rozciągnięta kapłanka, a wódz Grecki stoi
u wezgłowia z pochyloną głową i depce czarę, na któ-
rej brzegach ostatnie krople się sączą. — Oni spuścili
oczy, słuchają, czekają, a kiedy się odwrócił, zadrżeli
IRYDION 91
wszyscy — bo pierwszy raz w życiu boleść wyższa nad
siły rysy mu kaziła — odwrócił się — wskazał, by mu
syna przyprowadzić i córkę.
»Grimhildo! teraz Ja twego Pana wyzywam! — Tam,
gdzie wśród bohatyrów krew pije na najwyższym tronie
pałacu swego, tam niechaj dojdzie przeklęstwo Amfilocha
Greka — o żono! nie opuszczaj mnie — daremno —
daremno — kilka kropel tylko zostało — cały puhar
trucizny wrze w piersiach twoich, o Grimhildo moja!«
Podniosła się i bladą była, jak posąg na sarkofagu:
-Widziałam go po trzykroć w nocy — szedł z Wal-
halli podobny do czarnego oceanu i wołał na mnie:
o kapłanko moja*.
>Nad śpiącym Irydionem, nad śpiącą Elsinoe za-
wiesił ramiona ciężkim odziane żelazem i groził im
w potędze swojej — przeklinał ich życie ziemskie, jeśli
nie pójdę do Niego*.
>Na czas tylko byłam twoją. — Tam, pod jego sto-
pami leży nóż ofiarniczy i zasłona czarna, wieniec po-
grzebny kapłanek. — Ty go złożysz przy mnie, ty mi
ją rzucisz na skronie po śmierci* —
I schodzi ku niemu po stopniach z marmuru —
kibić wyniosła podana naprzód, śnieżne ręce wycią-
gnięte, drżące, jak gdyby cienie śmierci rozgarnąć
chciała, a fałdy szaty białej wloką się za jej stopami. —
Zeszła, na mężu się oparła — on ją opasał ramieniem
i ku przybytkowi stąpać zaczynają. — On idzie krok
za krokiem, walczy z nieznaną potęgą, zatrzymał się
i wzrok cisnął ku niebu, jakim Prometeusz ze skały,
Laokoon z nadbrzeżów morza wyrzucał Bogom nędzę
tej ziemi; ale do jęków się nie zniża, milczy i znów
idzie dalej — Przeznaczenie ich obojga porywa za sobą.
Wzrok Jej zlał się wtedy ostatni raz na głowę twoją,
Irydionie — u stóp Odyna żegnała cię imieniem dzia-
dowskim >Sigurdzie, bądź mi kiedyś postrachem dum-
nych — Elsinoe, duch mój będzie zawżdy z tobą —
pamiętajcie o ziemi potoków i o Bogu moim — o dzieci
moje, ja dla was umieram*. — Usta jej zbielały — sine
cienie łamią się po twarzy i naprzemian to woła, to
odpiera was od zatrutego łona.
92 ZYGMUNT KRASII^SKI
Nagle myśl Jej porzuci przytomnych i wraca w inne
strony i czasy. — Tam ojciec duma stary — tam ją
królowie morza przeklinają — wyciągnęła rękę — umie-
rając prorokować będzie: » Bracia moi, do boju — na
siedmiu wzgórzach namioty wasze — na szczycie Ka-
pitolu biesiada wasza - a tam nizko, w dole, zgrzyta
i płacze w łańcuchy spętana, zdeptana Roma, Roma,
Roma« —
I upadła przed Bogiem swoim. — Amfiloch podniósł
ją w objęcia — chciała ramieniem obwiązać mu szyję —
opadło ramie. — Sama na wznak się chyli, włosy jej
zlewają się na dół coraz niżej i niżej , aż z Jego rąk
drętwiejących na marmur stoczyło się ciało. —
Przykląkł i czarną zasłonę, wieniec pogrzebny ka-
płanek, złożył na Jej czole — potem wstaje w dzikim
obłąkaniu i woła: > Gdzie topór z Chersonezu Cymbrów,
niewolnikif* — podali mu go drżące niewolniki — on
go wziął, ścisnął i zbierając wszystkie siły śmiertelne
przeciw nieśmiertelnym, stąpa ku posągowi. — Żelazo
podniósł, trzy razy błyskawicę ważył ponad głową,
a za czwartym razem obalił Boga, wroga swego, i zdeptał
w milczeniu rozpaczy! —
Taki ród twój, taka przeszłość twoja, potomku Fi-
lopemena, wnuku króla mężów, senny Irydionie! —
a teraz Ojciec twój porzucił dom przodków na Chiarze
i z urną Grymhildy płynie ku Rzymowi. — On stracił
tę, którą kochał — osiądzie więc pośród wrogów
i przynajmniej pełnem sercem nienawidzieć będzie,
a dzień przepowiedziany, dzień zniszczenia, nadciągnie
tymczasem! —
PIERWSZA CZĘSC.
Sala w pałacu Irydiona w Rzymie. — Z obu stron
rządy kolumn ginące w głęói — pośrodku fontana
i kadzidła^ palące sią w trójnogach — Irydion pod
posągiem ojca sivego — Niewolniki zapalają śzviatła
w lampach z alabastru. —
PIERWSZY NIEWOLNIK. Syn Amfilocha oparł głowę
o nogi umarłego —
DRUGI NIEWOLNIK. O zimne stopy z marmuru,
i zasnął —
TRZECI NIEWOLNIK. A tymczasem w Gineceum sio-
stra Jego, pani nasza, mdleje i płacze —
CZWARTY NIEWOLNIK. Przez Polluxa, słyszałem
z ust pewnych, źe porwą ją dziś wieczorem murzyny
Heliogabala.
PIERWSZY NIEWOLNIK. Pokój Jemu — wychodźmy,
bracia, wychodźmy. — (j>rzechodzą)
IRYDION. Przesunęli się jak cienie, szanując spokój
ducha mojego. — O Ojcze, dla nich i dla wszystkich
dotąd we śnie leżę — ty jeden wiesz, źe ja czuwam.
{wstaje i idzie do tarczy dronzozvej, na której puginał
zazvieszony) Zmierzch zapada, godzina już blizka. —
Oni przyjdą zaraz — w podobną godzinę stary Brutus
musiał własnych synów zabijać. — [uderza o tarczę)
Elsinoe — Elsinoe — !
Ot! idzie ku mnie jak widmo nieszczęścia — wie-
niec cyprysowy włożyła na skronie — matka Jej nie-
gdyś tak stąpała pod gniewem Odyna. —
EŁSINOE (wchodząc\ Czy już przybyli służalcy, czy
już zaszedł rydwan przeklętego!
94 ZYGMUNT KRASIŃSKI
IRYDION. Nie jeszcze — ale chciałem raz ostatni cię
natchnąć duchem ojca mego —
ELSINOE. O Bracie
IRYDION. Wiesz sama, że Cezar nalega w szale — że
senat przezwał cię już Boską i posągi twoje stawiać
rozkazał po świątyniach miasta — wiesz sama, żeś
nie siostra moja, żeś ty nie jasnowłosa Elsinoe, na-
dzieja domu rodzinnego, pieszczota serca mego —
Tyś ofiarą naznaczoną za cierpienia wielu i za hańbę
ojców twoich!
ELSINOE. Tak — uczyliście mnie tego od dzieciństwa
i gotowa jestem. — Ale jeszcze nie dzisiaj, nie jutro —
trochę później, aż sił nabiorę, aż nasłucham się nauk
Masinissy i rozkazów twoich — aż do dna puhar
waszej trucizny wypiję! —
IRYDION. Wybrana, gotuj się do losów twoich. —
Spieszno nam po drodze, na której stąpamy. —
ELSINOE. Przypomnij sobie, kiedyśmy igrali na tra-
wnikach Chiary, jam cię tak kochała, o bracie, jam
zawsze skronie twoje różami wieńczyła i mirtem —
Oh! zmiłuj się nademną! —
IRYDION. Niewiasto, ty mnie kusisz do litości — da-
remno, daremno!
ELSINOE. Na co próśb i żalów tyle. — Zdarzało się za
dawnych czasów, że można było śmiercią odkupić się
ludziom i Bogom — patrz — tam błyszczy twój sztylet,
Irydionie — przyspieszmy sobie nicość, Irydionie!
IRYDION. Bluźnisz myślom ojca mego. — Trza żyć
i cierpieć, by wielki Duch Amfilocha rozradował się
pośród cieniów — o siostro, dawniej dla zbawienia
narodów dosyć było życia jednego człowieka — dziś
inne czasy — dziś cześć poświęcić trzeba! {Obejmuje
ją ramieniem) Dziś w róże się uwieńczysz, w uśmie-
chy się wystroisz — o biedna, złóż tu głowę skazaną —
ostatni raz w domu ojcowskim brat cię przyciska do
łona. — Żegnaj mi w całej urodzie świeżości dziewi-
czej — już ja ciebie nie ujrzę młodą — nigdy, nigdy
już! — On cięprzepsuje tchnieniem zatrutem, on...
ale on zginie, czy ty rozumiesz siostro? on zginie
wraz z całem państwem swojem!
IRYDION 95
ELSINOE. Teraz na twojej piersi, o bracie, a za chwil
kilka na czyjej?
IRYDION. Te filary drżą na podstawach swoich, plamy
jakieś czarne biegają między niemi. — Bogi, nie dajcie
mi upaść u wejścia do areny — Masinisso, przy-
bywaj! —
GŁOS Z ZA FILARÓW. Ktc się waha, ten urodził się
do słów, nie do czynów. — Śmiechem go w^itać i śmie-
chem go żegnać będę — (wchodzi Masinisso) posłan-
niki Cezara już idą ku twojemu pałacowi. —
IRYDION. Ty, na którego czole napisane słowo — po-
tęga — ty, co stoisz nad grobem tak wyniosły, jak za
dni twojej młodości, natchnij mnie siłą w tej wyrocz-
nej chwili!
MISINISSA. Gdzie dziewice wybrane — gdzie wieniec
z kwiatów dla oblubienicy Cezara? (zrzuca cyprysy
z głowy Elsinoi) Dziś zaczyna się dzieło nasze!
(Z gł^di sali wchodzą shiżebnice z drogiemi szaty)
CHÓR SŁUŻEBNIC. Jaką była Afrodyta wstając z błę-
kitnego Oceanu, pośród tęcz piany morskićj, pośród
woni Zefirów, taką ty będziesz — niesiemy ci róże,
kadzidła i perły!
IRYDION. Weź jej ramie, starcze, (prowadzi siostrę pod
posąg Amjilocha) Słuchaj mnie, niewiasto, jak gdybym
umierał, jak gdybyś już głosu mego nigdy usłyszeć
nie miała —
Wejdziesz w progi nienawistne, będziesz żyła wśród
przeklętych, ciało twoje oddasz synowi sprośności —
ale duch twój niech czystym i wolnym zostanie —
osłoń go tajemnicą, uczyń go niedostępnym, jako
niegdyś był przybytek, w którym matka nasza pro-
rokowała!
ELSINOE. Biada, biada sierocie!
IRYDION. Nie daj nigdy Cezarowi zasnąć na piersi
twojej — niechaj wszędzie słyszy pretoryanów woła-
jących do broni, Patrycyuszów knujących spiski, lud
cały walący do bram pałacowych — a to czynić bę-
dziesz powoli, dniem po dniu, kroplą po kropli, aż
go szałem otoczysz i wyssiesz całe życie z serca
9Ó ZYGMUNT KRASIŃSKI
Jego. — Teraz powstań — zbliż głowę (kładzie race
na jej włosach) — poczęta w pragnieniu zemsty,
wzrosła w nadziei zemsty, przeznaczona niesławie i za-
gubię, poświęcam cię Bogom Manom Amfilocha Greka!
ELSINOE. Głosy Erebu odzywają się zewsząd — o matko
moja!
CHÓR NIEWIAST (otaczając ją). Czemu drżą członki
twoje pod śnieżną zasłoną, pod wstęgami z purpury,
któremi obwiązujem ci piersi? — czemu bledniesz
pod wieńcem, który splotliśmy dla ozdoby czoła
twojego?
IRYDION. Patrz — mdleje nieszczęśliwa!
MASINISSA. Nie — ona żyć zaczyna, jako żyć jej
trzeba. — Czy widzisz, jak te usta spienione pracują?
ELSINOE. Rzucam próg ojcowski , Bogów domowych
nie wynoszę z sobą, wieniec mój święty, nieskażony,
cisnęłam między popioły rodzinn^o ogniska. — Ojciec
mnie skazał, brat mnie skazał. — O, ja nie wrócę
nigdy, ja idę na mękę i długą żałobę!
Matko! do Odyna w prośby za córą twoją! — Spiesz
się, matko — nie proś o długie życie. — Natchnienia,
tylko natchnienia! Dzieci śmiertelnych pierś moja
nigdy nie wyda, ale przyszłość poczynać się będzie
w mem łonie!
Roma zaufa miłości mojej — Roma zaśnie w obję-
ciach moich!
(Eutychian wchodzi na czele Etyopów niosących dary)
EUTYCHIAN. Trzy razy święty, po trzykroć fortunny
Imperator, Cezar i August i Kapłan najwyższy i Try-
bun i Konsul, przysyła synowi Amfilocha pozdrowie-
nie, a boskiej siostrze Jego sto konch purpurowych,
sto kubków ametystowych
ELSINOE. Natchnienia, natchnienia wśród męczarni!
IRYDION. Stało się! — (cJiwyta ją za ramią i prowa-
dzi do Eutychiana) Masz jasnowłosą.
EUTYCHIAN. Rydwan z kości słoniowej czeka na córę
szczęścia! —
IRYDION. Pięćdziesięciu Gladyatorów moich daruję
Cezarowi — ona lubiła patrzeć na ich gonitwy —
IRYDION 97
Idźcie — oni pośpieszą za wami. — (uderza w tarczą —
orszak niewiast i Etyopów wychodzi z Elsinoą)
CHÓR GLADYATORÓW {w głąbi). Czy natrzeć na
zwierza, czy wroga obalić, czy twoją siostrę obronić?
{wchodzeń)
IRYDION. Bracia Grecy i Barbarzyńcy, wykupieni prze-
zemnie z paszczy ludu Rzymskiego! — bądźcie mi
wiernemi aż do dnia łupów!
CHÓR GLADYATORÓW. Dopóki nie ugrzęzną ciała
nasze w mule z krwi i piasku, sprężyste, nagie, gibkie
ciała nasze!
IRYDION. Słyszycie jeszcze ich kroki i głosy — w ślady
za niemi — krótkim mieczom waszym powierzam głowę
Elsinoi; a kiedy staniecie w obliczu Imperatora, głę-
boki pokłon oddajcie nowemu panu!
CHÓR GLADYATORÓW. Niech zginie — niech zginie
przed czasem! {przechodzą)
IRYDION. Stare gnębiciele świata — zdziercy Hellady —
syny fałszu i wiarołomstwa , poświęciłem wam nie-
tkniętą dziewicę. — Nieśmiertelne Bogi, gdziekolwiek
jesteście, wysłuchajcie prośbę moją — niech ona będzie
przedostatnią ofiarą, wydaną na pastwę Rzymowi, a ja
z tylu nieszczęśliwych, wybranych po wszystkich stro-
nach ziemi, wydartych groźbą i mękami, zapomnianych
po mękach i zgonie, niechaj będę ostatnią!
MASINISSA. Sigurdzie!
IRYDION. Nie nazywaj mnie takiem imieniem — lub
daj mi Królów morza, otocz mnie ludem dziada mo-
jego, a z purpury Cezarów nici jednej nie zostanie! —
Ale droga moja wytknięta wśród ciemności — .gdzie-
kolwiek wytężę ramiona, tam zapory twarde jak że-
lazo, ruchome jak węże, i wśród nich czołgam się bez
bytu, bez życia!
MASINISSA. W nędzach i miernościach ludzkich niechaj
będzie twoja nadzieja i wiara, bo Los postawił cię
u bram walącego się miasta — otoczył cię wiekiem
przesilenia i zgrzybiałości, którego sam częścią nie
jesteś — na skargi będzie czas kiedyś, później kie-
dyś kiedyś
IRYDION. Ah! hańba tym Nazareńczykom , co wolą
z. Krasiński, Tom I. 7
98 ZYGMUNT KRASIŃSKI
ginąć jak bydło, niźli bić się jak męźe — oni, oni to
mnie wstrzymują!
MASINISSA. Aleksyan, syn Mammei, codzień do nich
zstępuje i naradza się z pierwszemi Kapłany. — Jeśli
go nie uprzedzisz, on szalę przeważy, on zmiecie He-
liogabala, on swoje państwo nazareńskiem uczyni
i Rzym trwać będzie w późne wieki wieków!
IRYDION. Nie — przez Thora, Ja mu przyrzekam, że
nie będzie Cezarem!
MASINISSA. W katakómbach los Rzymu się rozstrzy-
gnie. — Idź — znamię ich na twoich piersiach, woda
ich na twojem czole, niech tajemnice ich w twoich
ustach będą. — Zaszczepiaj zemstę w imieniu Boga nie
zemszczonego dotąd. — Gdzie Jego ołtarze, gdzie Jego
chwała na powierzchni ziemi ? — A kiedy będziesz ich
wiódł i uzbrajał, kiedy w ich ręce kłaść będziesz za-
kazane miecze, o, wtedy, synu mój. Duch mój będzie
z tobą! (Zbliża sią i opiera sią na jego ramieniti)
Czy pamiętasz noc, w której Ojciec twój umierając
wołał: >Masinisso, powierzam ci syna i myśl moją«. —
Ja wtedy nachyliwszy się nad nim, jak teraz nachylam
się nad tobą: »0 Hermesie, tam, wśród cieniów, do któ-
rych zstępujesz, zapytaj się o Masinissę, a one ci od-
powiedzą: on nigdy nie opuszcza, komu przyrzekł
towarzyszyć do końca!
»0 Hermesie, duchy nasze trójcą połączone i nic ich
rozerwać nie zdoła*. —
IRYDION. To się działo o podobnej godzinie — tylko,
że Elsinoe była przy mnie i płakała w moich obję-
ciach! —
MASINISSA. Dziś to samo powtarzam. — Wierz i ufaj
do końca — razem na ziemi — razem przed zgonem
i po zgonie Rzymu — o dziecię moje wybrane, nie-
rozłączym się nigdy, nigdy
IRYDION. Z twojej wyschłej piersi nurty siły płyną. —
Daj rękę. Starcze. — Tak, razem przed zgonem i po
zgonie Rzymu! (pada na krzesło przed posągiem)
To się działo o podobnej godzinie. — Wzrok umie-
rającego płonął, jak wschodząca gwiazda — wtedy
przysiągłem Czy słyszysz te wściekłe okrzyki ? —
99
Cezar rozdał ludowi puginały i sesterce, a lud się ra-
duje z rozkoszy Cezara! — \Togą zarzuca na głową)
Zostaw mnie sam na sam z piekłem serca mego!
Świątynia w lochach pod Kapitolem — Olbrzymi posąg
Mitry w głąbi — słychać oddalająca, się muzykę —
wychodzą kapłani i wieszczbiarze — Heliogabal w sza-
tach Arcykapłana i Elsinoe się zostają.
HELIOGABAL. Widziałaś moją potęgę, jasnowłosa Gre-
czynko. — Rozmawiałem z Bogiem światła i Geniu-
szami nocy, a pierwsi kapłani wschodu dziwili się
moim słowom i ofierze —
ELSINOE. W pogardzie u córy lodów miękkie, roz-
wiązłe Bogi, w dymach kadzidłowych tonące, dźwię-
kami fletów obwiane, oblane krwią trwożliwych jeleni
lub niemowląt — i słońce dyamentowe, co na twoich
piersiach jedwabnych połyska, nie wyrówna słońcu po
nad śniegami p()łnocy. —
HELIOGABAL. Żmijo, którą kocham, czegóż żądasz
więcej ?
ELSINOE. Gdzie Odyn, Pan matki mojej, kuty ze stali
i dębu, na dżdźe, szrony i wichry spokojny, niewzru-
szony, z czarą, w której krew bohatyrów się pieni —
od południa skały ścielą mu się w poręcze Tronu i on
oparty o skały patrzy na morze północy, które szy-
bami lodu u stóp Jego pryska, {podnosi wieniec hya-
cyntów i rzuca na Heliogabala) Zwiędłe kwiaty, idźcie
do mdłego kwiecia — ale córa kapłanki Cymbrów nie
dotknie się puchu, (odchodzić
HELIOGABAL. Zostań się, przez tajemnice Baala, zo-
stań się, nimfo. — Jam Arcykapłan, jam piękny, jam
Apollo Delijski — niegdyś Legia cała okrzyknęła
mnie Cezarem dla gładkości liców moich. — Nimfo,
zostań, rozkazuję tobie. — Jam August, Antonin, Aure-
lius, pan Rzymu, Afryki, Indyi. — Czego milczysz?
czemu spojrzenia twoje tak zimne i przebijające? Obsy-
pałem cię zausznikami, naramiennikami, purpurą, dro-
giemi szafiry, zastawiłem ci biesiady, o jakich nie ma-
7*
100 ZYGMUNT KRASIŃSKI
rzyło się kochankom Sardanapala, stu lwów zagryzło
się wczoraj przed tobą — wygnałem wszystkie nało-
żnice, a ty zawsze jak marmur nieugięty, połyskujący
i mroźny!
ELSINOE. Przeszkadzasz mi, przeszkadzasz, dziecino
karmiona móżdżkami ptasząt. — Byłam wśród Wal-
halli, wśród naddziadów moich siedzących na tronach,
każdy z trumną wroga pod stopami — gwar słów
twoich przerwał myśU moje dalekie — niepojęte. —
Co ty chcesz? — czego pragniesz odemnie? pora już
późna. — Bogów moich najlepiej mi wzywać o takiej
porze. — Żegnam cię, Auguście — Cezarze — Aure-
liuszu
HELIOGABAL. Jasnowłosa, naj urodzi wszą, naj kształ-
tniej sza, zaklinam cię, błagam ciebie, patrz, jak drżę
cały, jak umieram przed tobą — Bogi i Boginie! —
w całej Azyi takiej głowy, takiego łona, takich oczów
lazurowych żaden z was nie stworzył! —
ELSINOE. Ciszej — tam głos matki mojej wśród wichrów
się przedziera!
HELIOGABAL. Położę się na stopniach ołtarzami cało-
wać będę palce białych nóg twoich, (zbliża się do niej)
ELSINOE. Na mnie trza żelaznych ramion i ust brzmią-
cych pieśnią straszną, pieśnią bitew. — Idź do Preto-
ryanów, sługo Pretoryanów!
HELIOGABAL {padając przed ołtarzem). Przeklęta, Ty
zginiesz zawcześnie — przed całym ludem^ każę cię
rozbić na krzyżu! — O urodziwa! — słuchaj. — Jeśli
ci nie dosyć Cezara, dam ci Mitrę. — Każę cię ogłosić
Mitry kochanką. — Ja wszystko mogę. —
Chwilę jeszcze bądź przy mnie — lepiej mi, kiedy
stoisz choć z daleka. — Ja biedny, ja tak młody, "a już
otoczony spiskami i śmiercią. — Nudno mi, nudno
i wszystkie strony świata nic mi nie pomogą. — Krew
ludzi i zwierząt, woń kadzideł i kwiatów nie służy już
Heliogabalowi. — Czy słyszysz? Czy chcesz, bym sko-
nał z wściekłości? — Nimfo — Elsinoe! — Tu razem,
obok siebie, z dłonią w dłoni, skronie oparłszy o skro-
nie, zaśnijmy! —
ELSINOE. Tak — spij, dopóki nie przyjdzie Centuryon
i nie zamorduje Cezara. — Nieszczęśliwy, powiedz mi,
gdzie zbroja twoja? Nieszczęśliwy, temi palcami z wo-
sku ty rękojeści miecza utrzymać nie potrafisz! —
Czekaj. — Ja pójdę i Bogów moich się zapytam, czy
został jeszcze ratunek dla ciebie. — (7vycho(hi)
HELIOGABAL. Na pomoc Imperatorowi, na pomoc! —
{wchodzą wieszczóiarze, kapłaity, Eutychian)
CHÓR KAPł.ANÓW. Co się stało synowi słońca, panu
tajemnic i ofiary? Usta Jego pianą zroszone, gwiazda
przepychu pękła na Jego piersiach — a wzrok w obłę-
dach swoich, w kołowaniach swoich zda się żądać roz-
koszy, to znów słabiej e i zda się żąda snu wiecznego.
HELIOGABAL. Furye rozdzierają członki moje. — Ja
wiem, ja wiem ....
EUTYCHIAN. Ezwe Bacche! Uczeń mój piany na wzór
ciebie, kiedyś Indye po pianemu zdobywał. —
HELIOGABAL. Aleksyan przytknie mi stal zimną do
szyi: >daj gardło, Cezarze!* — Brońcie mnie —
każdemu z was dziesięć Talentów. —
EUTYCHIAN. Sam pierwszy za dziesięć Talentów prze-
biję Cezara. —
HELIOGABAL. Litości nademną! — Słońce mścić się
będzie nad wami. —
CHÓR. Powstań, boski Cezarze. — Tyś naszym panem
i ziemia cała poddana woli twojej. — Bogi nieprzy-
jazne, zazdroszcząc ci chwały, trapią cię zgubnem wi-
dzeniem — ale ta mara się rozpłynie w ogniu wie-
kuistym, w świetle przenaj czystszym Mitry, jak fala
mętna w oceanu lazurach, jak ciało Semeli w potędze
Jowisza!
HELIOGABAL {podnosząc sią). Podajcie mi ręce, nie-
wolniki — kto was tu sprowadził? — Ja chcę, by
ona weszła do łoża mego — czy słyszycie? by ciało
jej drżało w moich ramionach — inaczej wszyscy, ile
was tu stoi przedcmną, zginiecie pod kłami Lampartów!
EUTYCHIAN. Me hercule! Jam na Lwa zasłużył. —
HELIOGABAL. Milcz — dziś żartów nie chcę — gdzie
ona? —
CHÓR. Jej postać wschodzi z pośród ciemności — Jej
Bóg cudzy walczy z naszym Bogiem!
102 ZYGMUNT KRASIŃSKI
HELIOGABAL. Milczcie — słuchajcie. —
ELSINOE {w głąbi na głazie Hieroglifami okryty ni).
Pytałam się ich wszystkich. — Oni zrazu milczeli sie-
dząc na tronach swoich, każdy, jak zasnął po odbytej
biesiadzie. —
Pytałam się ich wszystkich. — Jednego czarna zbroja
chrzęsła. Jeden tylko się przebudził i wzniósł niedo-
pitą czarę ku ustom spokojnym. —
Pytałam się ich wszystkich — a tam, gdzie czara
ust się dotknęła, kropla krwi się wyśliznie i lecąc
przez niebiosa spada mi na czoło. —
HELIOGABAL. Mów, boska moja! — wszak jeszczem
nie potępiony — wszak nie zginę przed czasem? —
ELSINOE. Wszyscy na kolana. — Wyrok Bogów grzmi
w duszy mojej. —
HELIOGABAL {przyklękając). Przebacz, wielki Mitro.
EUTYCHIAN {przyklękając). Dobranoc, wielki Mitro. —
CHOR {przyklękając). Niech przepadnie cudzoziemka,
święty, potrójny, szybkolotny Mitro!
ELSINOE. Wtedy ujrzałam na ziemskich równinach
męża zbrojnego w żelazo i zgrozę. — Czoło jego było
spokojne, jak powierzchnia wód głębokich — w pra-
wicy jaśniał miecz zwycięstwa. —
Poznałam — nie zrozumiałam — nie ufałam sobie. —
Ale imię Jego powtórzyły wichry nocne i głos zleciał
od szczytów Walhalli: »0n zbawi Cezara* —
HELIOGABAL. Imię, imię?
ELSINOE. Sigurd, syn Kapłanki. — {zchodzi z głazu
i zbliża się do Heliogabala) Nie tarzaj się więcej
w prochu — powstań, a wy oddalcie się wszyscy! —
{wychodźca)
Nędzny! gdyby ci przyszło wsiąść na kark bałwa-
nom i jeździć po nich, jak na koniu bez wędzidła —
żebyś musiał leżeć na śniegu otoczony stadami kru-
ków i całą noc patrzeć w lodowate oko księżyca —
biedny ty z purpurą twoją i Bogami twemi! Ale nie
drzyj, nie rozpaczaj, bo cię wyrwie z toni syn Amfi-
locha Greka!
HELIOGABAL. Kto? brat twój — Irydion — prawda!
czarna jego zrzenica dziwne sieje połyski. — O, gdyby
IRYDION 103
ten lud cały nosił jedną głowę tylko, którąby zwalić
można jednem cięciem! Wtedy jabym zasnął na twoich
piersiach, zasnął spokojnie! Irydion Amfilochides! —
On będzie moim dobrym Geniuszem — powtórz raz
jeszcze!
ELSINOE. Daj rękę, dziecię, i nie lękaj się, dopóki moje
Bogi czuwają nad Tobą. [wyprowadza go)
Inna cząść pałacu Cezarów — Peristyl — W środku jego
przed ołtarzem ofiary siedzi Mammea — Alelisander
Severus przed nią — W głąbi przysionełz oddzielony
ciasnem przejściem.
MAMMEA. Kilka razy widzieli łzy w jego oczach, ale
nikt nigdy nie dostrzegł uśmiechu na jego twarzy —
rysami, mówią, że przypominał Platona, tylko, że coś
surowszego panowało mu z czoła. — Podania naj-
sroższych nawet nieprzyjaciół jego w t6m się zga-
dzają. —
ALEKSANDER. Godzien bardziej serce moje lgnie do
jego nauki. —
MAMMEA. Wierz słowom moim — w niej jedyna mą-
drość na ziemi i jedyna nadzieja po zgonie. —
{Ulpianus ukazuje się w przysionku)
(zastając) Toś ty, Domicyanie?
ALEKSANDER. On sam, mój Domicyanus, najukochań-
szy z ludzi, mistrz mojego dzieciństwa! (idzie i rzuca
się w jego odjęcia)
ULPIANUS. Bądź dobrej myśli — i ty Augusto, bo
fortunne przynoszę wam wieści. —
MAMMEA. Ah! jakże długo milczałeś! jakich smutnych
przeczuciów nabawiłeś mnie! — chwała nieśmiertel-
nym Bogom, że się nie ziściły. —
ULPIANUS. Nie odpisywałem z Antyochii, bo lękałem
się, żeby kto moich listów nie przejął. — Im dzieło
bliższe celu, tem ciszej pielęgnować je trzeba, a nasze
już wkrótce pono dojdzie upragnionego końca!
MAMMEA. Mów, mów —
ULPIANUS [obzierając się). Czy te ściany głuche i nieme ?
104 ZYGMUNT KRASIŃSKI
ALEKSANDER. Nuż śmiało patrz — ja głośno wołam,
że pod tem jarzmem krótkie życie mi już obmierzło. —
Wczoraj jeszcze karzeł Imperatora, ten garbaty Ro-
boam, przyniósł mi kosz pełen zatrutych owoców,
który odepchnąłem nogą!
ULPIANUS. Nie unoś się, Aleksyanie — jeszcze cierpli-
wość niech panuje w tobie — skromność niech ci z oczu
wyziera lękliwie i wrogi twoje niech cię nazwą dzieckiem.
Pokojem myśli i powagą ciała dzieją się wielkie
czyny. — Cóżby z tego wynikło, gdybym był wpadł
do Antyochii, do Laodycei, do Efezu, do Smirny i za-
czął wołać o pomstę, świadcząc się Bogami, że He-
liogabal tronu i życia nie godzien? — byłem ja tam
wszędzie, ale milczącem okiem obejrzałem naprzód
tłumy ludu i kohorty Legionów. Każdego skargi wy-
słuchałem na pozór obojętnem uchem, a dopiero, kie-
dym się przekonał, że dojrzewa ziarno nienawiści, że
wszyscy równie pragną zmiany, rzekłem w sobie: »Czas
nadszedł. — Iskra rzucona, pożar w całej Azyi wznieci «
i z Trybunami, z Kwestorami, z Pretorami tu i owdzie
rozmawiając, tu i owdzie zawierając ugody, tym uka-
załem zyski, innym wyższe urzęda, każdemu z twojego
wyniesienia poczyniłem cel i nadzieję zgodną z jego
własnemi chęciami. — Wtem nadeszła wiadomość, że
cię brat mianował Konsulem Cezarem — przeczuwając,
że w tej łasce czarny podstęp ukryty, natychmiast przy-
biegłem do Rzymu iw imieniu Legionów przynoszę ci
obietnicę świetniej szego losu. — Dozwól tylko czasowi
jeszcze nieco upłynąć, a uderzy o brzeg naszego zba-
wienia! —
ALEKSANDER. Czemuż odkładać do jutra? —
ULPIANUS. Bo w Rzymie Imperator otoczony ludem,
który go za Naumachie kocha i Pretoryanami, którzy
czczą w nim rozrzutności Boga. — Wiem ja wprawdzie,
że lud kocha Cezara, dopóki go nie zamorduje — wiem
także, że Pretoryanie, obozujący za miastem, oddawna
sprzyjają naszym zamiarom. —
ALEKSANDER. Trybun Arystommachus kazał mi oznaj-
mić dzisiaj jeszcze, że w każdej chwili gotów odwa-
żyć życie za mnie i Mammeę. —
IRYDION 105
ULPIANUS. Arystommachus jedyny w godzinie wybu-
chu — ale przedtem niechaj milczy, jeśli może, bo tę
jedyną tylko przysługę nam wyświadczyć zdoła. — Są
tam inni, rozważniejsi i sprawniejsi od niego. — A straży
pałacowej, a żołnierzy, rozsypanych w mieście, czyż za
nic nie liczysz? czy nie wiesz, że codzień kąpią się
w łaskach Cezara? — Aleksyanie, i wschód cały jeszcze
nie do nas należy. — Syryjczycy nie zapomnieli, że
znali Heliogabala dzieckiem w Emezie — później arcy-
kapłanem w świątyni słońca, — Zresztą pamiętaj: że
ten, który włada, samem imieniem władzcy stoi długo
jeszcze, choć podpory jego mocy spróchniały — u lu-
dzi marne słowo jest także potęgą!
MAMMEA. Nie zaprzeczam prawdy słów twoich, ale
śpiesz się, o ile możesz, bo stoimy nad grobem, oto-
czeni nasłannikami jego szaleństwa i złości — w ka-
żdej chwili na tych licach roztoczyć się mogą znaki
trucizny — i biedne to dziecię moje, chwała moja,
przyszłość moja przyjdzie głowę pochylić i skonać na
łonie matki! —
ULPIANUS. Dziś jeszcze będę w namiocie Arystom-
macha i u Lucyusza Tubero. {zbliża się do Aleksandra)
Następco Augusta nie lękaj się, by parka dni twoje
przecięła, nim dostąpisz władzy nad ludźmi — nie —
Bogi zmiłują się nad tem miastem znękanem — ale
kiedy ją osiągniesz, strzeż się jadu ukrytego w tunice
Deianiry — w purpurze Cezarów!
MAMMEA. Czyż nie wiesz, że w synu moim ostatnia
nadzieja i ostatnia chluba Rzymu? Z myśli Platona,
z słów Chr}'stusa uczyłam go miłości ludzi — on znie-
ważonym i uciśnionym poda rękę brata! —
ULPIANUS. Ale niech wie zarazem, że niesfornych
wygubić trzeba — po wszystkich targach Azyi wi-
działem rzymskich rycerzy pobratanych z wyzwoleń-
cami. — Tam w krzesłach kurulnych rządzą światem,
łokieć i szalę trzymając w dłoniach — stamtąd rozsy-
łają gońców z udanemi wieści, by się ceny wznosiły
lub zniżały — tam konfiskują dobra, a odwołujących się
do senatu wtrącają w czarne lochy lub przybijają do
krzyża — widziałem — i w zgrozie odwróciłem oczy! —
I06 ZYGMUNT KRASIŃSKI
ALEKSANDER. Potomki wielkich Konsulów, Dykta-
torów!
ULPIANUS. Ich okrucieństwa dziś nam wiernie po-
służą. — Po nich, jak po szczeblach, ja cię do tronu
powiodę — ale kiedy na nim zasiądziesz, niech te
schody runą w otchłań nogą twoją zrzucone — a na
to trza więcej, niż nauk Chrystusa!
ALEKSANDER. Znam trudy, które mi się dostały
w udzielę — nocy schodzą mi na rozpamiętywaniu
czynów Dackiego Trajana — albo mu wyrównam, albo
zginę młody!
ULPIANUS. Aleksyanie, wspomnij także na Rzeczpo-
spolitą i tam przypatrz się mężom, którzy w togach
chadzali. — Ah! cóż nam zostało z ich świętych przy-
kładów — gdzie lud rzymski, którego prawa brzmią
mi dźwięczniej, niż pieśni Homera, niż marzenia Pla-
tona ? Kto dziś obaczy w tem mieście twarz bez skazy,
kto usłyszy śmiech szczerego wesela? Wszystkie czoła
przyprószone siwizną bez czynów — marną starością
strachu lub znudzenia! Wróżbiarze, sofisty, śpiewacy,
tancerki zalegają Forum — i wieki już przeszły od
dnia, w którym Julius pchnął konia w bród Rubikonu.
Wstecz nie podobna się wrócić. — Za dni Kassiusza
już za poino było. — Bogów tylko prośmy o Pana,
w którego prawicy odmłodnieje państwo, choćby mia-
sto różdżki oliwnej zabłysnąć w niej miało — żelazo
Liktorów!
MAMMEA. Znałam na wschodzie ludzi posępnych i świę-
tych — oni mówili, że nadchodzą czasy i lepsze i nowe,
że po tylu nędzach zjawi się Cezar, który uzna ich
Boga!
ULPIANUS. Nazareńczycy! — Augusto, strawiłem ży-
cie na myśleniu o rzeczach boskich i ludzkich i nie-
dbam o te krety, nurtujące starą ziemię naszą!
MAMMEA. Z ślepego przesądu nie otrząsłeś się jeszcze. —
ULPIANUS. Jowiszu kapitoliński, nie słuchaj jej słów
bezbożnych. — Jam stary Rzymianin. — Jam wyrósł
wśród pamiątek wolności i chwały, choć ich za dni
życia mego już nie było na ziemi. — Państwo chy-
lące się do upadku wydało tych mdłych gorszycieli,
iAydion 107
ale za naprawą jego musi nastąpić ich zguba! (chwy-
tając Aleksandra za rękę) Tern tylko, czem wzrosło,
odbudujesz miasto — nieugiętem męstwem i tajemni-
czemi obrzędami naddziadów. — Wszystko inne niech
przepada, cudze Bogi i ludzie cudzy! —
ALEKSANDER. jMatka moja poważa chrześcijan, bo
w ich przepisach ukryte są skarby stałości i cnoty —
patrz, Domicyanie, na oczy jej zroszone łzami — ona
lubi chrześcijan, bo oni mi sprzyjają. —
ULPIANUS. Użyj ich więc za narzędzie, które skruszysz
potem. — To moje ostatnie słowo o nich. {słychać
muzykę) Flety syryjskie! — Może Arcykapłan Mitry
przychodzi odwiedzić kochanego brata. —
MAMMEA. Nie. — On codzień o tej samej porze scho-
dzi do ogrodów Palatynu z kochanką. —
ULPIANUS. Słyszałem o tej Grcczynce wiele zawiłych
powieści na wschodzie — przybyli z Rzymu twierdzili,
że brat długo się przypodchlebiał, a potem niecnie ją
przedał Cezarowi. —
MAMMEA. 1 wierzyłeś temu.^ —
ULPIANUS. Włosy moje siwe oddawna przestały dzi-
wić się podłości, choć jej może czarne dotąd nie
pojmują. —
]\1AMMEA. Ale pamiętasz Amlilocha, od kiedy przy-
płynął za dni jeszcze wielkiego Septyma na Italskie
brzegi — widziałeś zawsze godność niezrównaną w po-
stawie i słowach jego — czy na dworze, czy w włas-
nym pałacu, on zawsze wyglądał, gdyby drugi Cezar
w Rzymie! —
ULPIANUS. Prawda — ale pamiątka jego wyniosłości
mało tu znaczy, bo najczęściej syny wielkich ojców
czołgają się poziomo w hańbie znikczemnienia. — Niech
mi lud i senat rzymski odpowiedzą! —
ALEKSANDER. I moje też słowo nie stanie na świa-
dectwo przeciwko Grekowi — choć nigdy nie znać
młodzieńczej otwartości na jego bladych rysach, jednak
cóś *szlachetnego żyje w całej jego postaci — nie wiem,
co drzemie w głębi tego serca — wiem tylko, że tam
ni strachu ni uniżenia niemasz! —
ULPIANUS. Jakże więc wytłómaczyć to, co się stało?
loS ZYGMUNT KRASIŃSKI
ALEKSANDER. Ślepem zrządzeniem nieubłaganej ko-
nieczności — kilka razy Imperator spotkał Irydiona,
idącego z Elsinoą. — Kilka razy do cyrku Flaviana
razem przybyły ich rydwany. — Sam wtedy widzia-
łem, jak zaraz bratu mojemu nabrzmiały żyły po skro-
niach i jak złote lejce, któremi lwów swoich kierował,
z dłoni wypuścił. — I, przez niebieską Wenus! wszyscy,
którzy tam stali, pożerali ją także wzrokiem, bo pię-
kniejszej nie widzieli nigdy!
ULPIANUS. Dawniej, kiedy u ojca bywałem, ona jeszcze
greckim obyczajem zamknięta w Gineceum ni czyj emu
oku widzialną nie była. —
ALEKSANDER. Powiadam ci, że w całym Rzymie ta-
kiej drugiej nie znaleść! — Byłem w sali Narcyssa,
kiedy Heliogabal czekał na nią pierwszej nocy porwa-
nia — oparty o mnie zgrzytał i szczypał mi ramie,
bo wtedy jeszcze dość łaskaw był na mnie. — Ja drża-
łem z oburzenia i litości , zdawało mi się czasem, że
słyszę odgłosy walki — wtem wbiega prefekt preto-
rium, wiesz, nadworny błazen, Eutychian i do ucha
szepnie panu swemu: »Idzie Jasnowłosa*. — Weszły
karły i karlice, czarni rzezańce i lidyjscy fletniarze. —
> Idzie Jasnowłosa* powtórzył Imperator i skoczył, ale
natomiast wstąpił do sali orszak Gladyatorów w ciem-
nych tunikach — wszyscy nieznajomi na dworze. Brat
mój opuściwszy głowę ugryzł mnie ze strachu, lecz
Eutychian z grubym śmiechem oświadczył, że syn Am-
filocha tych ludzi darował siostrze i Cezarowi. — Za
ich rozstępującemi się rzędami ukazała się dopiero
Elsinoe! —
ULPIANUS. Napół zemdlona, niesiona na ręku słu-
żebnic?
ALEKSANDER. Nie — owszem, stanęła pośrodku sali
i żadnego znaku bojaźni, hołdu, poszanowania nam
nie złożyła. — Zrazu miała schyloną głowę, ale wnet
podniosła kibić i czoło, wnet spojrzała ognistemi oczy-
ma, gdyby pani nas wszystkich. — Cezar zawołał ją
bliżej — ani postąpić, ani odpowiedzieć raczyła —
wtedy skinął na nas i wyszliśmy wszyscy!
in.PIANUS. Stara krew Helleńska, w której coś bo-
IRYDION 109
skiego zostało — a brat, czy bywa u dworu, czy widuje
siostrę ?
MAMMEA. Słychać, że raz odwiedził Cezara i że długo
z nim bawił — zwykle zaś stroni od ludzi, siedzi
w pałacu swoim, otoczony niewolnikami i barbarzyń-
cami, którym dobrodziejstwa sypie.
ULPIANUS. I ojciec niegdyś to samo zwykł czynić. —
MAMMEA. Rozkosz go nie wabi, zbytek nie łudzi —
a choć widno, że myśl zacięta go dręczy, umie pano-
wać nad sobą i milczeć. —
ULPIANUS. A gdyby ta myśl była żądzą zemsty za
krzywdy siostry? — trzeba ufność jego pozyskać —
zrazu błędne wskazywać mu cele — wreszcie prawdę
z zasłon obnażyć. — Niechaj duma i skarby jego staną
się naszemi sługi ! — Lecz teraz mówcie, skąd poszło,
że potwór tak zokrutniał osiągnąwszy, czego pragnął? —
Ta niewiasta wpływ na nim wywarła niepojęty dla mnie!
A1.EKSANDER. Eutychian głosi, że ona dotąd nie uległa
jemu — a od chwili porwania zamknął się w perystylu
Agrypiny i odtąd ustały biesiady pałacowe.
ULPIANUS. Tajemnica nie długo trwać będzie — on
. ją zamorduje, by spalić na stosie arabskich kadzideł,
a na wystawienie jego wydrze pierwszemu lepszemu
życie i dobra, oskarżywszy go wprzódy o zbrodnię
zelżonego majestatu. — Lecz przed tem sam może —
^lAMMEA. Nie, Domicyanie, nie chcę, by zginął śmiercią
poprzedników — panowanie mądrości i dobrego nie
zacznie się mordem syna siostry mojej — powtarzam ci, że
nadchodzą czasy miłosierdzia. — Ty go usuniesz od tronu
i każesz zanieść, jak śpiące dziecię, na ziemię wygnania!
ULPIANUS. Na toby trzeba Nazareńczyka. — Nieda-
leko od tych miejsc Brutus zamordował ojca swego —
a ta lekka dusza nie miałaby pójść, kędy poszły stro-
skane, wielkie cienie pierwszego z Cezarów!
MAMMEA. Biada mi! —
NIEWOLNIK \ivchodząc). Irydion, syn Amfilocha, przy-
szedł powitać Severa, Cezara Konsula, i szlachetną
matkę jego! —
LH.PIANUS. Zdarzyło się w porę. —
[^Irydion zv chodzi)
ZYCłMUNT KRASIŃSKI
MAMMEA. Czyż zawsze z posępnem czołem ? — czyż boska
Sofi-a nie zdoła pogodniej szem oświecić je promieniem?
IRYDION. Niech ci Rzymianin, co zginął pod Filippami,
odpowie, Augusto, ile mu owa boska przyniosła otu-
chy. — Zresztą nie poczuwam się do wyrazu liców
moich. — Duch mój wewnątrz spokojny i zimny, niczego
nie żałuje, niczego nie pragnie i niczego się nie spo-
dziewa. — lakże zdrowie twoje, Cezarze? czy Bogi
modłom twoim sprzyjają w tych czasach?
ALEKSANDER. Dziś właśnie spełniły się życzenia
moje. — Najmilszy mój Domicyanus przybył z An-
tyochii!
IRYDION. Witam cię, mężu konsularny. — Jeśli dobrze
zapamiętam, uczęszczałeś niegdyś w progi ojca mego. —
ULPIANUS. Mowy Amfilocha brzmią dotąd w uszach
moich. — Żyjeż starzec, który często siadywał przy
jego ognisku?
IRYDION. Masinissa?
ULPIANUS. Podobne imię. — Ojciec twój zapoznał się
z nim na syrtach Getulów, jak sam opowiadał, wśród
dnia skwarnego, zbłąkany pogonią za tygrysami. —
IRYDION. On dotąd, jak za dni ojca mego, siady wa
przy ognisku naszem. —
ULPIANUS. Pytam się o niego, bo nieraz mnie zasta-
nowił myślą dziwną i gorzkiem słowem; raz utrzymy-
wał, że Tyberius był największym z Cezarów!
ALEKSANDER. Jakto, przez Bogi Many Antonina?
ULPIANUS. Dowody Jego wyszły mi już z pamięci, to
jedno przypominam sobie, iż tak sztucznie władał
niemi, iż tak dzikie pomysły rozwijał o przeznaczeniu
ludzi, żem milczał w przerażeniu. —
MAMMEA. Nie życzę sobie widzieć tak okropnego
mówcy! —
ULPIANUS. Lecz kiedy czaro wne wpływy jego rozumu
odeszły odemnie, uspokoiłem się, jak człowiek, co wy-
trzeźwia się z pijaństwa i własne odzyskuje myśli —
bo jakżeż nie przeklinać tych, co miasto sprawiedli-
wości ucisk ludziom rozdając, obywateli za to, że nie
zwierzęta, posyłają pod rózgi i topory Liktorów? Nie-
prawdaż, synu Amfilocha r
IRYDION. Tak lub nie — ile dusz, tyle serc i sądów!
MAMMEA (do Aleksandra). Na twarzy niewzruszonej
uważaj tę wargę spaloną, to oko w płomieniach!
ALEKSANDER. Matko, ja chcę mu dobre, szczere słowo
powiedzieć!
MAMMEA. Czekaj jeszcze!
ULPIANUS. Jednak sam nie więzisz ni katujesz nie-
wolników, choć masz słuszne prawo śmierci nad niemi,
nie odpychasz ubogich Swewów, Daków, Markoma-
nów żebrzących w mieście. — Tak wieść głosi o Tobie!
IRYDION. Matka moja barbarzynką była!
ULPIANUS. A syn jej chce wmówić we mnie, że jest
Epikurej czykiem !
IRYDION. Przez Zeusa Olimpijskiego, stoikom nie udaje
się teraz. —
MAMMEA. Ja może lepszych kolei nie obaczę nigdy —
ale on, ale ty, Irydionie, wstępujecie w złotą bramę
życia — młodość jeszcze jak sen nad wami ulatuje
i radzi wam: byście ufali słodszym przeczuciom — ani
tobie, ani jemu jeszcze rozpaczać nie wolno!
ALEKSANDER. Daj rękę, synu Amfilocha. — Nieszczę-
ście, jak miłość wiąże ludzi z sobą — bądźmy przy-
jaciółmi, a może kiedyś razem będziemy się cieszyć!
IRYDION. Dzięki wam, szlachetni Rzymianie! znać was
nadewszystkich ukochały Bogi, kiedy wam zostawiły
nadzieję. — Lecz wcześniej czy później na was i na
mnie przyj dziś koniec jeden — śmierć i zapomnienie!
ULPIANUS (do Mammei). Albo sztuką Danaów nas zwo-
dzi, albo go Jowisz odlał z kruchego metalu, (głośno)
A gdyby złudzenie prawdą się stało — gdyby cień,
który miasto zalega, ustąpił, jak chmura przed po-
myślnym wiatrem, a światło cnoty samo jedne zostało,
cóżbyś uczynił?
IRYDION. Uczciłbym nieśmiertelnych ofiarą i dziękczy-
nieniem. —
ULPIANUS. A dla przyśpieszenia dnia takiego nicbyś
nie przedsięwziął? — Czy rozumiesz mnie? gramy
w przypuszczenia, jak inni w koście — rozmawiamy
o niepodobieństwach, by prędzej uleciał czas, który
nam cięży!
1 1 2 ZYOMUNT KRASIŃSKI
IRYDION. Rozumiem cię lepiej, niż Ty mnie pojmu-
jesz. — •
ULPIANUS. A więc?
IRYDION. Przez Odyna, powiedz takiemu dniowi, by
zawołał na mnie, a ja mu odpowiem!
ULPIANUS. Pamiętaj!
ALEKSANDER. Pamiętaj!
IRYDION. Nie zapomnę tej chwili, Rzymianie! Zoba-
czymy się, mężu konsularny! —
ULPIANUS. Gdzie idziesz.^ —
IRYDION. Czeka na mnie grono przyjaciół u stóp Awen-
tynu i zastawiona biesiada i nowe jakieś pieśni Sykul-
skiego Poety. — Idę ich słuchać, by prędzej uleciał
czas, który nam cięży!
ULPIANUS. Młodzieńcze, idziesz ducha własnego za-
pomnieć na łonie rozpusty. —
IRYDION. Lucius Mummius nic nam nie zostawił, prócz
rozkoszy i śmierci. — Długiego życii Aleksandrowi
i Auguście Mammei. (wychodzi)
ULPIANUS {patrząc za odchodza,cj'm). Z tego wosku,
kto wie, czy będzie wam można stronnika ulepić. —
Inna część pałacu Cezarów — podłużne Atrium z sa-
dzawką pośrodku — mozaiki, freski zvystawujące Fau-
nóiVy Satyrózv, nimfy — na słupach jaspisowych ka-
mienne żółwie, skorpiony, krokodyle — wzdłuż ścian
posągi Wenery i Bachchusa. — Tu i ówdzie grona
dworzan — pretoryanów ■ — tanecznic — muzykantów —
karłów — EutycJiian, prefekt pretorium — Rtipilius —
Eiibtilhis — jego par asy ty. —
EUTYCHIAN. Eroe BaccJie! dla tego nic mi nie ubę-
dzie, bo cóż zdoła Cezara oderwać odemnie — jednak
takich gości wcale mi nie potrzeba na dworze —
i dzisiaj Imperator chce go widzieć — i dzisiaj kazał
mi tu czekać na niego.
RUPILIUS. Pół-Bogom podobny Eutychianie —
EUTYCHIAN. Mów: pół-boski. — Imperator jest całym
Bogiem — ja zaś po Imperatorze pierwszy. —
IRYDION 113
RUPILIUS. A więc, pół-boski Eutychianie, pozbawmy
go wierzchniego światła. — Niechaj >dulces moriens
reminiscitur Argos «! —
EUTYCHIAN. Evoe! — tylko mi nie przy wódź wierszy
Marona. — Nasi starzy za Augusta nie pojmowali
sztuki, {zamyśla się)
RUPILIUS. Nie mieli wyobrażenia o sztuce. —
EUBULLUS. Nic zgoła się nie domyślali, co to poezya!
RUPILIUS. Bez żadnej wyobraźni. —
EUBULLUS. Mniej, jak bez żadnej. —
EUTYCHIAN. Zgoda, trza usłać mu drogę do cieniów. —
Tymszasem posłuchajcie tej pieśni. — Boski ją Neron
dla swoich karłów napisał. —
RUPILIUS. Oto był zaszczyt muzyki i rytmu. —
EUBULLUS. Prawdziwy brat sióstr dziewięciu. —
CHÓR KARŁÓW. Stoim z ubocza, a na szczycie wieży
pan nasz stroi lirę swoją — u stóp jego wśród nocy
czarnej i mglistej pali się miasto Bogów!
On wzniecił te ognie — on chciał widzieć, jak Troja
gorzała przed laty — on żyć nie mógł, jak żyją śmier-
telni ! — płomieńmi więc się otoczył i stał się panem
dramatu z ognia!
Dźwiękami jego nęcone, ze wzgórza na wzgórze co-
raz bliżej wśród jęków i szumów podskakują ognie. —
Nad miastem, co przepada, inny Rzym rośnie w po-
wietrzu. — On dziko świetnieje w piramidach z iskier
i słupach syczących płomieni!
A my klaszczem w dłonie, krzyczemy z radości. —
Dzień zniszczenia nadszedł wysokim i pięknym. — Na
falach Flegetonu pałace i świątynie nikną — a nam
nic nie będzie — nas ocalił mistrz sztuki i dźwięku!
FILOZOF {zbliżając się do Eutychiand). Ty, co niejako
wszystko możesz i jesteś drugim Bogiem w Rzymie,
racz dozwolić Anaksagorowi Neoplatończykowi dwa
razy na tydzień głośno czytać i mówić w Termach
Karakalli. —
EUTYCHIAN. Jakie twoje zasady? — jakich Bogów
wyznajesz? Czyś trzeźwy, czyś piany, kiedy uczysz
ludzi? —
FILOZOF. Bogiem moim Jedność w Jedności Jednością
z. Krasiński, Tom I. 8
1 14 ZYGMUNT KRASIŃSKI
poczęta, wszystkim niejednościom z konieczności prze-
ciwna i zawarta sama w sobie, wzierająca w siebie
samą.
EUTYCHIAN. Satis est — tą nauką nie przewrócisz
państwa; {do Rupiliusd) chyba go Tyresias w piekle
zrozumie. —
RUPILIUS. Chyba Cerber z trojaką paszczęką.
EUBULLUS (do Rupiliuszd). Znamienity Rupiliuszu, ka-
załeś mi wczoraj coś zapisać na tabliczkach. —
RUPILIUS. Czytaj, mój miły. —
EUBULLUS {czyta). > Pojutrze Gladyator Sporus i Ty-
grys Ernan*. —
RUPILIUS. O trzy razy szczęśliwe przypomnienie —
wielki Eutychianie! —
EUTYCHIAN. Co?
RUPILIUS. Z siebie uczynię ofiarę dla ciebie. —
EUTYCHIAN. Przez Isysa, Anubisa lub jakiegokolwiek
Egipskiego bałwana, wdzięczny ci jestem — ale cóż
takiego? —
RUPILIUS. Z Maurytanii sprowadziłem Tygrysa centko-
wanego złotem i hebanem — w nozdrzach gdyby krew
świeża ludzka, w ogonie siła dwóch koni. — Mam Gla-
diatora dzielniejszego od wszystkich nadwornych, czło-
wieka, co mi się zaprzedał z głodu, prawdziwego Kro-
toniatę. — Sprosiłem zatem wszystkich miłych moich
na biesiadę i już założyłem się z Carbonem o cztery
przeciwko jednemu, że Sporus zamęczy Ernana — ale
kiedy losy nas zmuszają, trza do innej walki użyć
Gladyator a! —
EUTYCHIAN. Stój. {do Pretorianów) Zaśpiewajcie wa-
szemu wodzowi. — Evoe flety i strony w brzęk! {do
Rupiliuszd) teraz mów dalej. —
CHOR PRETORYANÓW. Niech żyją koście i wino —
sesterce i róże. — Dopóki czara się pieni, dopóki
Plutus się uśmiecha, stopy nasze do tańca, ręce go-
towe do boju. — Daj nam choćby czarne po syrtach
murzynki, choćby śniade po lasach Germanki! Partów
i Getów starym obyczajem nie chodzimy ścigać. —
Ojce nasze leżą w grobie, z niemi nużące pochody. —
Tu, na łożach, tu, czoło ustroiwszy bluszczem, tu,
IRYDION 115
W Rzymie, czekamy na wrogów — niech nadejdą —
wtedy z objęć czarnowłosych, wśród dźwięku szkla-
nic, porwiemy się do tarczy i odporu — do miecza
i rzezi! Teraz Evoe! niech żyją koście i wino, sesterce
i róże! —
EUTYCHIAN. Choćby się nie udało, to krzywoprzy-
sięźesz? —
RUPILIUS. Świadcząc się wszystkiemi Bogi Chaldei
i Syryi. —
EUTYCHIAN. Jacta est alea — dziś jeszcze. —
RUPILIUS. Otoź i nasz Grek bladawy. —
{Irydion wchodzi i idzie ku Eutychianowi)
EUTYCHIAN. Aż dreszcz po mnie przeszedł — w oczach
jego cóś piekielnego — mówią, że jego ojciec był
czarnoksiężnikiem. — (opiera sią na Rupiliuszti)
RUPILIUS {usuwając się). Pół-Bogom nie wolno się
lękać. —
IRYDION. Stawiam się na godzinę naznaczoną. — Euty-
chianie, prowadź mnie, gdzie przykazano tobie!
EUTYCHIAN. Tak — zaraz, znamienity Greku, {do
Rupiliusza) Jaki człowiek, jaka duma. — Vae ca-
piti ej us! —
RUPILIUS {do Eutychiana). Zdrój Lethe wyleczy go
z pychy. —
IRYDION. Na dworze Cezara wy wszyscy czas tracić
lubicie. — Idźmy! —
EUTYCHIAN. Tędy, szlachetny Irydionie. — {wychodźca)
Inna część pałacu Cezarów — szczyt wieży otoczony
kolumnadą, — Heliogabal, Elsinoe. —
ELSINOE {odchodząc). Powierzam cię Bogom i sile
jego! —
HELIOGABAL. Ty okrutna! —
{Irydion wchodzi, Elsinoe zatrzymuje się)
ELSINOE. Księżyc wschodzi — wrą ognie i kipi tru-
cizna! {znika)
HELIOGABAL. O ratuj mnie — lub, jeśli nie możesz
8*
Il6 ZYGMUNT KRASIŃSKI
ocalić, nie zwodi, nie udawaj, wyznaj od razu, a ja
ciało moje białe przebiję tą złotą klingą, (zdejmuje pu-
ginał z filaru) Czy widziałeś kiedy takie szmaragdy?
IRYDION. Skąd boskiemu Cezarowi przyszło dzisiaj
myśleć o zawczesnym zgonie?
HELIOGABAL. Cyt, przyjacielu! — mylisz się, jeśli
sądzisz, źe Cezar nie zdoła się zabić — a z tego pu-
haru jeśli wypiję Elizejskie pola? (bierze szarą z Trój-
noga) Sto nurków przepadło w morzu, nim jeden tę
perłę wydostał — niezrównana!
IRYDION. Z tej czary pić będziem zdrowie Słońca, ale
pod innem niebem, wśród innych ludzi. —
HELIOGABAL. Spojrzyj mi w oczy. — Czy ty nie kła-
miesz? ah! odwróć oczy. — Bogi w nich szczerym
ogniem zapisały, że matka twoja czarownicą była. —
Przystąp bliżej filarów — trzymaj się kraty — mów,
co widzisz w dole? —
IRYDION. W głębi dziedziniec iskrzy się od drogich
kamieni, gdyby jasnolite dno czarnej przepaści! —
HELIOGABAL. Sam, sam wybierałem topazy, beryle
i ostre kanty Chrysolitów i krwawe Onyksy. — Dzień
jeden i noc całą brukowali ten podwórzec, a ja nie
zasnąłem, nie odszedłem, aż skończyli — wtedy ich
wszystkich stracić kazałem! —
IRYDION. Kogo? —
HELIOGABAL. Podłe niewolniki! — co się pytasz
o nich ? — Oni poprzedzili pana swego. — Czyż w Rzy-
mie kto powinien wiedzieć, że się Cezar do śmierci
gotuje? — było ich stu tylko i chłopiąt dwoje! — Ah!
ja nie oddam w ręce ludu śnieżnych członków moich —
ja tu głowę moją świętą rozbiję — niech po dyamen-
tach krew moja spływa do Erebu! —
IRYDION. Cóż grozi tak nieodzownie?
HELIOGABAL. Aleksyan — przebrzydłe imię — Ale-
ksyan! aby zginął przed czasem. — Aleksyan! po-
trójnej Hekacie głowę jego poświęcam — on, on, Ale-
ksyan, czarne waży myśli i gotuje zdradę. —
IRYDION. Opatrzne oko moje wytężone nad nim i nad
matką jego. —
HELIOGABAL. Nie przerywaj mi — nie broń go, jeśli
IRYDION 117
miłe ci powietrze, którem oddychasz — słuchaj — na
to, byś słuchał, przyjść ci kazałem. — Szpiegi mi do-
nieśli, źe z Ulpianem się naradza, źe od kilku dni
bledszym się wydaje, źe w zadumaniu to odwija, to
przypłaszcza pukle — a ten Ulpianus, co przyleciał
z Antiochii, ha! czy wiesz, co on zamyśla?
IRYDION. Słyszałem często o nim, jako o zawołanym
prawniku. —
HELIOGABAL. Ty go chwalisz? — o Bogi nieśmier-
telne! — a ja ci mówię, źe bez tego człowieka od lat
trzydziestu żaden spisek się nie obszedł. — Domicya-
nus Ulpianus. — Słodki na pozór w mowie, ale stoik
nieubłagany, zawsze gotów zabić panującego, lub jeśli
się nie uda, samego siebie — istny spisek chodzący,
jedzący, pijący — żywe przekleństwo dla jakiegokol-
wiek rządu — miecz Damoklesa nad głową moją —
i ty mi go chwalić będziesz! — prawnik zawołany! —
proh! Jupiter! nie tylko jego, jabym same prawo za-
mordował — mówże, co robić?
IRYDION. Nie rozpaczać, kiedy jeszcze cicho i spo-
kojnie, a jeśli przyjdzie do niebezpieczeństwa, na mnie
polegać! —
HELIOGABAL. A jeśli już odzywają się wróżby mo-
jego pogrzebu? — jeśli przeciw Bogom siostry twojej
inne, silniejsze, się podnoszą? {/ist rozzvijd) patrz —
Symmach Niger opisuje mi straszne znaki, co się
objawiły nad Dunajem — o wschodzącem słońcu, oto-
czone świętym orszakiem Bacchusa, wśród głów blusz-
czem umajonych, wśród rąk, potrząsających Tyrsami,
widmo Aleksandra Macedońskiego stanęło na szero-
kiem błoniu. — Zbroja lśniła się na piersiach jego,
ta sama, którą nosił, kiedy zmiótłszy Daryusza szedł
podbijać Indye. — Hełm złoty gorzał na pochylonej
głowie. — Za nim stąpali wodzowie polegli oddawna. —
Ludy Moesyi i Tracyi bili przechodzącym głębokie
pokłony i cisnąc się za niemi doszli aż do brzegów
morza. — Tam w powietrzu rozwiały się umarłych cie-
nie! (opiera sią o kolumną) podaj mi Falernu. — {bierze
puhar) Tak, Aleksander Severus z rąk Macedończyka
weźmie państwo i życie moje! Dii, avertite omen! —
Il8 ZYGMUNT KRASIŃSKI
IRYDION. Alboź wyszło ci z pamięci, że syn wielkiego
Septymiusa niegdyś ukochał matkę twoją? Alboź za-
pomniałeś, że dusza Macedończyka żyła w boskich
piersiach jego? a teraz, kiedy bohatyr, co był opie-
kuńczym duchem ojca twego, z grobu powstaje, by
chwałę ci zwiastować, ty bledniejesz i potrzeba ci
wina — pociech — ręki przyjaciela, byś nie zemdlał
i na ziemię nie runął. — Hańba ci, synu Karakallil
HELIOGABAL. Nie — nie — on Aleksandrowi, on
wschodzącemu słońcu się uśmiechał blademi ustami —
mnie twarz każda, głos kaźden, lud, senat, pretorya-
nie, Rzym cały śmiercią grozi. — Ja czuję, że mnie
razem, zgodnie, krok za krokiem odrywacie od słod-
kiej matki ziemi, i wszyscy, ilu was jest wleczecie do
piekła!
IRYDION. Bądź lepszych myśli. — Czyż w odwiecznej
walce między człowiekiem a miastem, człowiek nigdy
wygrać nie zdoła?
HELIOGABAL. Co mówisz!
IRYDION. O losach waszych! Zginęliście jedni od mie-
cza, drudzy od trucizny, inni z rąk własnych, wszyscy
wśród hańby i przerażenia, zdradzeni przez powierni-
ków — przeklęci od nieprzyjaciół. — Dlaczegóż je-
dnym trybem zawsze dziać się mają sprawy ludzkie?
Rzym dotychczas knuł spiski , mordował Cezarów —
niech Cezar stanie się spiskowym, niech Cezar ude-
rzy na wroga! —
HELIOGABAL. Kto? jak? widzę potęgę na czole two-
jem, ale jej nie pojmuję! —
IRYDION. Czyż te pałace, świątynie, cyrki, czyż ten
zamek trzy razy spalony z starym Bogiem swoim
nigdy upaść nie mają? Czy nie słyszałeś o miastach
wschodu piękniejszych i ogromniej szych, co niegdyś
były cudem dla dludzi, pieszczotą dla Bogów? a dziś
tumany piasku przechadzają się po nich i na zwalonych
arkadach samotne skowyczą hyeny! Czyż Hierozolima
z rojami wściekłych obrońców oparła się wszystko
niszczącym losom? a jednak miała Boga samotnego
i silnego jak Fatum! — Idź i zapytaj się pustyń,
z czego powstały! — A te wzgórza osadzone marmu-
IRYDION 119
rami i granitem, czyż to nieśmiertelne Bogi? Patrz
na nie i zrozumiej słowa moje. — Oto prawdziwy
Aleksyan , oto wróg twój mściwy, rozciągnięty u nóg
twoich, ale nadymający się dniem i nocą, by obalić
ciebie. — Jeśli go nie ubieżysz, biada ci, nieszczęśliwe
dziecię, w ramionach Olbrzyma, (chwyta go za rąką)
Wznieć silną wolę w sobie — ten świat, który ci
wskazuję, wyzwij do boju! Stań się, czem kilku było
na ziemi, Niszczycielem — a te gmachy piane życiem
tysiąców, te wille rozigrane w promieniach słońca, te
Trofea, te wszystkie pamiątki i rozkosze ludzi oddamy
w puściźnie po ludziach skorpionom i wężom!
HELIOGABAL. Teraz przejrzałem! Nieraz to samo
czułem, pragnąłem. — Ha! jaka chwała dla Mitry,
kiedy Jowisz kapitoliński piasek gryźć będzie — ale
czyje ramie podejmie się czynu? kto powstanie na
święty zamek i na wieczne miasto? —
IRYDION. Syn kapłanki i Amfilocha greka. —
HELIOGABAL. Czy myślisz, że jaki żołnierz pójdzie
za tobą lub za mną w tak ostatecznej chwili ? a sena-
tory, a rycerze, a lud wreszcie cały! Bój się nieśmier-
telnych — co tobie się stało, co ty zamyślasz, Iry-
dionie? —
IRYDION. Z natchnienia Bogów Cezara ocalić! —
HELIOGABAL. Strach mnie ogarnia. — Gieniusz, mia-
sta zwyciężył wszystkich — jażbym się miał targnąć
na niego! ■;—
IRYDION. Żyj więc w trwodze, dopóki nie skonasz
w mękach. —
HELIOGABAL. Dopełnij zlecenia Bogów, potężny śmier-
telniku — purpurą cię obłoczę — zdejmę sandały z nóg
własnych i do twoich je przy wiążę, jedno bądź mi ku
pomocy, nie opuszczaj mnie, wybaw mnie od śmierci!
IRYDION. Zbawić cię tylko mogę rozpędzeniem Senatu,
wycięciem Pretoryanów i przeniesieniem stolicy! —
HELIOGABAL. Senat rozegnać, to jeszcze, to jeszcze
potrafim — ale reszty dokonać? —
IRYDION. Dawniej Katylinie, później szemi laty Nero-
nowi nie brakło na poźarnikach. — Łatwiej rozrzucić
w perzynę to, co żyje dzisiaj, niż zbudować w głazy
1 20 ZYGMUNT KRASIŃSKI
to, CO ma żyć jutro. — Zresztą ci, co się zostaną na
zgliszczach, zwać się jeszcze będą Rzymianami. — Długo
jeszcze kilka pałaców rozpadły eh na chaty zwać się
będą Rzymem. — Zostawić zgrzybiałym dzieciom to
imię drogie — ale siły żywotnej, ale siły pochłania-
jącej już nie będzie w tych miejscach. — Cezarze,
w dniu wielkiego morderstwa ja sam ludzi ci dosta-
wię i stanę przy boku twoim! —
HELIOGABAL. Skąd — jakich — gdzie oni?
IRYDION. Nie tobie jednemu Rzym wszystkie dni życia
powlekł śmiertelnemi ciemności. — A niewolnicy,
a Gladyatorowie, a barbarzyńcy, a wyznawcy proroka
nazaraeńskiego ? Ty na czele, oni w ostatnich ciągną
szeregach, ale ich i ciebie zarówno gieniusz Romy
przeznaczył bolesnemu życiu i haniebnej śmierci! Zbij-
my więc ich nędzę w jeden podrzut zemsty, na jedną
chwilę tylko — a panowie amfiteatru, a żołnierze pre-
torium nie dotrzymają kroku tylu zgłodniałym, na-
miętnym i wściekłym! —
HELIOGABAL. Dobrze — dobrze — a potem, czyż oni
nas samych nie pożrą — gdzie się podzieć wśród ta-
kiego zgiełku? Kto skróci ich zuchwałość, czem pra-
gnienie krwi zgasiemy w ich piersiach ?
IRYDION. W pierwszych dniach zemsta i chciwość upiją
się krwią i złotem wśród pożaru miasta. — Następnie
ich ramiona i chęci, związane tylko wspólną nienawi-
ścią Rzymu, rozprzągną się i każdy wróci do przesą-
dów wiary swojej, lub do zwyczajów swojego narodu. —
Wtedy już rozdzielonych i osłabłych na wschód po-
ciągniem za sobą, obietnicami lepszej jeszcze rozko-
szy. — Tam wymrą od skwarów nieznośnego słońca,
wymrą od zbytków, na które się rozpaszą obyczajem
zwycięzców i dzikich — a reszta rozpłynie się i wy-
schnie wśród ludów, które cię kochają i Boga twego
wyznają. — Naprzód więc bez trwogi, ale w milczeniu
śmierci — inaczej nigdy nie dorwiemy się życia! —
HELIOGABAL. Jo triumphe! Tyś z Prometeuszem ra-
zem chodził po ogień do niebieskich progów. — (klaszcze
w dłonie) O, gdybym nową świątynię zbudował w Eme-
zie — o, gdybym żyć mógł wśród wieszczbiarzy moich!
1^:^
IRYDION. Młode państwo założysz na miejscach, w któ-
rych wziąłeś życie — wolny od bezsennych nocy, razem
Arcykapłan i Cezar, podobny starożytnym Pół-bogom
Nilu, słodkie dni pędzić będziesz wśród dymów aloesu
i mirry, wśród tonów cytary i fletu. — Gdzie spojrzysz,
tam czołgać się będą niewolniki ciche i stopę wegniesz
w ich karki czarne. — Co zażądasz, stanie się two-
jem — co każesz ludziom zapomnieć, zapomną — co
każesz pamiętać, zapamiętają — wielkie imiona prze-
szłości zgasną w obliczu twojego — a nie będzie już
wtedy senatora lub prawnika, coby marząc o Rzeczy-
pospolitej śmiał przedrzyiniać twoją Mitrę chaldejską,
natrząsać się z obwisłych rękawów wschodniej szaty
twojej! —
HELIOGABAL. Przemierzłe Kwiryty! niby ich stara
toga, ich fibule, ich tuniki piękniejsze! Mitro, słuchaj
mojej przysięgi — obym nigdy do twoich promieni
się nie dostał, oby gieniusze nocy członki moje rozer-
wali, jeśli wszystkich Bogów Rzymu spętanych w łań-
cuchy nie rzucę przed twoje ołtarze. — Synu Amfilocha,
co radzisz, uważam za dobre i pożyteczne — przez Baala
i Astarata, zburzymy to miasto — radź dalej tylko! —
IRYDION. Kaź potajemnie skarby twoje wywieźć do
Emezy. — Zabawiaj lud igrzyskami, pretoryanów hoj-
nemi datkami — a tymczasem ściągaj do miasta z legii
windelickich zaciążne Goty, z nadreńskich zaciążne
Cheruski — w miarę, jak będą przybywać, ja zapoznam
się z niemi — matka nauczyła mnie dzikiej mowy
północnych! —
HELIOGABAL. Zapominasz o włoskich legiach, stoją-
cych w Efezie, w Tarsus, w Pergamie, w Milecie. —
IRYDION. Wyszlij gońca do pretora Yariusa, by je
zgromadził i naj spieszniej szym pochodem udał się na
Partów. — Zajętych nad Kaspią przykremi utarczki
dojdzie wieść o tem, co się stało w Rzymie — wtedy
jednych złowi nieprzyjaciel, drudzy się rozsypią, inni
przybiegną połączyć się z nami i żyć z łask dworu
twojego. —
HELIOGABAL. Bitne to kohorty — pomyśl jeszcze —
może niebezpiecznie?
122 ZYGMUNT KRASII^SKI
IRYDION. Nie lękaj się nikogo po zniszczeniu Romy. —
Bezkarnie deptać można po ciele, z którego wyleciała
dusza — a my samą duszę państwa, duszę świata wy-
drzem i zabij em! —
HELIOGABAL. A gdyby nas Aleksyan uprzedził tym-
czasem ? Zamiejskie pretoryany szemrzą coraz bardziej
i piosnki nucą o jego odwadze. — Ulpian senat przy-
ciągnie. — Obudzą mnie w nocy, przerżną mi gardło
IRYDION. Ty wprzódy wyrzeczesz nad niemi >Salve
Aeternunn. — Tylko Eutychianowi nie zwierzaj się z ni-
czem — przybierz zimną i spokojną postać — odwiedź
Aleksyana i Mammeę — a kiedy z niemi będziesz
rozmawiał, niech słowa słodkiemi, niech spojrzenia
twoje spokój nem i będą. — Uwierząli czy nie, zawźdy
to ich wstrzyma na czas jakiś od stanowczego dzia-
łania. —
HELIOGABAL. Uśmiechnijcie się, Bogi! Mitro, rozjaśnij
zasępione czoło! — Venero, matko lubieżności, połóż
się na modrych falach, lecącemi otoczona syny! Bac-
chusie, pij zdrowie Heliogabala! Dajcie róż i Falernu! —
Chodź, najmilszy z ludzi — rozciągniem się na purpu-
rze — pić będziem i chwalić Bogów za to, że wróg
nasz zginie! {skacze mu na piersi) Ten pocałunek weż
od Cezara — nieprawdaż — wonne usta moje i gładkie
czoło wzorem naj śliczniej szej dziewicy? — Chodź. —
Ja i Elsinoe panować będziem na Syryjskich wybrze-
żach, tam, gdzie święte gwiazdy rozmawiają z ludźmi
o losach przyszłości, {wy chodzą)
Ogród Cezarów na palatyńskim wzgórzu, — Pod po-
sągiem Diany Elsinoe i Irydion, —
ELSINOE. Dalej iść nie sposób, za długoby mi wra-
cać było. — Lecz ty nie opuszczaj mnie jeszcze. —
IRYDION. Spieszno mi także — ostatnia czerwień sło-
necznych promieni już umiera na szczytach Amfiteatru,
a nim wrócę do siebie, muszę zamiejskich pretorya-
nów odwiedzić. —
IRYDION 123
ELSINOE. Nie proszę o długie godziny — błagam o jedne
chwilę tylko, (kładzie głową na podstawie posągu) Spoj-
rzyj na twarz niepokalanej — patrz, obwiała ją tunika
zmierzchu — o, jabym mogła była kochać, jak ona, kiedy
wśród cichej nocy oparta na łuku złotym spuszczała
się przez fale błękitu, by marzyć nad sennym Endy-
mionem! — a teraz pójdź, zapytaj się ludzi, na co
wyszła siostra twoja? »Między Poppeą i IMessaliną,
odpowiedzą ci, postawiono Jej ołtarze «. —
IRYDION. Kto się poświęcił dla dobra ludzi, powinien
o ich sądzie zapomnieć. — Czy wiesz, kto jest Bogiem
Nazaarenów? Ten, co dla zbawienia braci sam przy-
stał na hańbę Krzyża! — O Elsinoe, i nam podobne
dostały się Losy!
ELSINOE. Ty już cudze wiary przejmujesz! szukasz
pociechy u tych, któremi pogardzili ludzie! Ale ty
znasz Aleksandra, wiesz, jak go wychowała Mammea,
słyszałeś o nim przepowiednie starców, że zrówna
kiedyś boskiemu Aureliuszowi! — wczoraj w przy-
sionku Dejaniry napotkałem Jego. — Zatrzymał się
i spojrzał — pierwszy wzrok był niepewny, drżący —
drugi już mocniejszy, wyrazistszy — wreszcie odwrócił
się w milczeniu pogardy.
IRYDION. On i wszyscy żyjący w tem mieście prze-
znaczeni zgubie. —
ELSINOE. Precz, precz, ja nie żądałam zemsty — od-
wołaj, odwołaj!
IRYDION. Biedna, uspokój się. — Nieszczęśliwa, jakże
ci teraz — w nagłej bladości zdałaś się omdlewać
przed chwilą?
ELSINOE. Lepiej mi, lepiej — daruj — nie do takich
żalów powołały mnie Bogi — idź — ja wrócę, kędy
mnie furye czekają — ja pójdę stopy wikłać z gadem,
.co nieustannie pląsa naokoło — tam zawczesna sta-
rość w nagrodę upodlenia i męki — tam konwulsya
wstrętu — ale cicho, cicho — ty nie znasz tajemnic
dziewiczego łona!
IRYDION. Ah! ty, coś nie dawno płonęła życiem tak
promiennem, nimfo ruchu i piękności, gdzieżeś się
podziała? Tę łzę, co spływa po twarzy mojej, wylałem
I 24 ZYGMUNT KRASIŃSKI
dla ciebie. — Lecz teraz oddal się — pamiętaj na
wyroki Odyna i dotrwaj do końca.
ELSINOE. O bracie!
IRYDION. Pogardzonemu szałów przysparzaj, doniszczaj
rozum Jego i życie. — Vale!
ELSINOE. Niechaj cienie Amfilocha i Grimhildy będą
naokoło ciebie vale!
Sala Amfilocha w nocy, — Irydion wchodzi z Masy-
nissą — za niemi przełożony nieziwhiikótv. —
IRYDION. Czegóż chciał, Piladzie?
PILADES. Ani słowa nie przemówił — jedno zasiadł
i postanowił czekać na ciebie. — Myśmy zwykłym oby-
czajem domu twojego dali mu chleba, mięsa i wina. ; —
IRYDION. Niech wejdzie. —
{wychodzi Pilades)
MASINISSA. Strzeż się tego człowieka. —
IRYDION. Czemu .> —
MASINISSA. Ten człowiek przychodzi cię zabić — •
masz! {miecz mu podaje)
IRYDION. Jeśli prawdziwe twoje przeczucie, szkoda tej
kartagskiej stali. — Tym puharem, z którego pijał
Amfiloch, roztrzaskam mu głowę, [zachodzi Gladyator)
Czego chcesz, niewolniku.^ —
GLADYATOR. Przez chwilę być sam na sam z tobą. —
IRYDION. To mój powiernik — mów śmiało przed
nim. —
GLADYATOR. Pan rzekł do mnie: »Miasto darcia się
z tygrysem zamorduj Greka, a będziesz w^olnym*. Lecz
ten, który mnie przysłał, sto razy gorszym jest od
ciebie, (rzuca sztylet na posadzką) Niechaj przepadnie
niewola! —
IRYDION. Kto cię przysłał .>
GLADYATOR. Człowiek nowy, podlec i tchórz, okrutnik
i lichwiarz. —
IRYDION. Ha! to pewno Rzymianin! —
GLADYATOR. Zgadłeś — Aetius Rupilius. —
IRYDION 125
IRYDION. Nadworny błazen nadwornego błazna, (kła-
dąc puhar) wiedziałem o tern — patrz — czaszka twoja
rozpaść się miała na odciski tej rzeźby korynckiej ! —
GLADYATOR. O synu Amfilocha, nie przeląkłem się
ciebie. — Rosiej szym i dzikszym parłem stopą piersi
na piasku Areny — ale głodny byłem — jeść mi dali
w pałacu twoim — spragniony byłem — dali mi wina
w pałacu twoim — i czekając na ciebie, słyszałem
braci Gladyatorów, którzy imię twoje błogosławili. —
Teraz bądź zdrów, ja zginę jutro pod kłami tygrysa. —
IRYDION. Nie — ty żyć będziesz i zemścisz się nie-
woli twojej na panach twoich. — Ho! Pilades!
{Pilades wchodzi)
Sto sesterców wydać temu człowiekowi i tunikę
i pierścień żelazny, jaki noszą domownicy moi. — Imię
twoje?
GLADYATOR. Za dni dzisiejszych zowią mnie Spo-
rusem. —
IRYDION. W mowie twojej prostej coś dumnego się
odzywa. — Ostatek jakiejś przeszłości żyje w tobie,
jak promień lampy, wymykający się ze szpary Sarko-
fagu. — Jeszcze raz pytam się o imię twoje?
GLADYATOR. Niegdyś przodków moich na wzór Jo-
wiszów czcił lud i senat rzymski — ale co przeszło,
przeszło. — Imię moje: Lucius Tiberius Scipio! —
IRYDION. Marzysz niewolniku — ród ten wygasł już
oddawna. —
GLADYATOR. Ale tylko w pamięci ziomków — ostat-
niemu z naszych, o którym świat wiedział. Nero zabrał
żonę, pałac w Rzymie, imiona w Italii, Sycylii i Afryce —
i posłał go na wygnanie do Chersonezu — syn jego
po latach wielu wrócił do miasta o żebranym chlebie —
odtąd jesteśmy nędzarze, a ojciec mój już był Gla-
dyatorem! —
IRYDION. I nikt was nie poratował w Rzymie?
GLADYATOR. Ki o miałwspomódz starego Patrycyusza?
Czy prawnuki naszych Liktorów, dziś bogate Pany?
Czy Imperator, wróg przeszłości, morderca pamiątek?
Ojciec mój, hakami wywleczony z Amfiteatru, skonał
120 ZYGMUNT KR A SIŃSKI
W spoliarium, przeklinając Bogów. — O! niech prze-
padnie miasto, które opuściło wnuki swoich konsulów.
[podnosi sztylet) Jedno słowo tylko, a pójdę Rupiliusa,
tego dzisiejszego Rzymianina, zabić! —
IRYDION. Śmierć jednego jest szałem dziecka tam,
gdzie trza śmierci tysiąców. — Zachowaj się na szersze
pole, do lepszego dzieła. —
GLADYATOR. Jeśli dzień taki lub owaki blizki, w któ-
rym można będzie mścić się i łupić, to ci przywiodę
Yerresa, Kassiusza, Sullę — wszyscy z dawnych, jako
ja, i wszyscy w nędzy!
IRYDION. Każdy z nich znajdzie schronienie pod temi
filary — na teraz dom mój niechaj będzie waszym. —
Vale. —
MASINISSA. Idź, żądaj zemsty sercem całem, a losy ci
jej nie odmówią. —
[Gladyator wychodzi)
IRYDION. Wygrywam, starcze, wygrywam! Ah! Tryum-
fatory dawne, coście braci moich spętanych w łańcu-
chy wiedli obok królów w kajdanach, zburzy ciele Kar-
tagi, Koryntu, Syrakuzy, patrzcie! — ostatni Scipio
stał się sługą i Greka narzędziem — przyszedł żebrać
u niego i jadła i mordów! — Ah! doczekałem się upadku
przeklętych i dumnych. — Masinisso, tym kielichem
pij zdrowie Scypionów! (nalewa mu i daje)
MASINISSA. Długiego powodzenia rodowi Scipionów!
[oddaje w race Irydiona)
IRYDION [pije i rzuca puhar). A jako ten kamień drogi,
niechaj ' pryśnie pycha Romy! —
MASINISSA. Pochłaniamy stopniami cudze wole i siły —
rośniemy, Sigurdzie, ale dopóki Nazaret nie wrócony
na naszą wiarę, dopóty nie zdołamy walczyć wstępnym
i z wy ciężkim bojem! —
IRYDION. Starzec -Bóg, przed którym oni zginają
kolana i myśli, ku czarnym sklepieniom długo trzymał
wzniesione ramiona, wzywał ducha i wpoił tego ducha
w skronie moje rękoma drźącemi, z których sączyła
się woda tajemnicy — grono bladych, wynędzniałych
braci śpiewało, powtarzając imię moje nowe: >Hiero-
IRYDION 127
nim, Hieronim* a ich głos ciągnął się, jak pogrzeb
nadpowietrzny, niewidomy — w tej pieśni jednak były
słowa nadziei!
MASINISSA. I znamię ich zawiesiłeś na piersiach? —
IRYDION. Zawiesiłem. —
MASINISSA. Przycisnąłeś do ust w pokorze? —
IRYDION. Przycisnąłem. —
MASINISSA. Dobrze — teraz ich serca się rozdzielą ! —
IRYDION. Już zaczęły się mieszać — w starych, w tych,
którzy odbyli męczeństwo i niebo, jak twierdzą, roz-
twarte nad sobą widzieli, napróźno chciałem rozniecić
iskrę zapału — odpowiadali mi zawsze te same słowa —
jak strumień, co zawsze o jedne rozbija się żwiry:
> Przebaczenie — Zapomnienie — Miłość zabójcom* —
ale młodsi, świeżo namaszczone żołnierze, niewolniki,
barbarzyńcy, pielgrzymy, co odwiedzili pustynie Egiptu,
coś dzielniejszego czują. — Ich wzrok się płomieni na
wzmiankę obelg i męczarni. — Ich serca przynajmniej
czegoś pragną na świecie. — Zrazu błogosławią złemu,
co ich gniecie, ale wreście, kiedy krew zagra im po
żyłach, chcącym niechcącym wyrywam przekleństwo. —
MASINISSA. Na to, byś wcielił królestwo nie tej ziemi
w namiętności ziemi, trza ci niewiasty. — Oni ubó-
stwili córę dzieciństwa i wczesnej starości; z łupów
cielesnych rozkoszy wydumali parę tajemniczą, oni
przed niewolnicą męża schylili czoła. — Z tylu dziewic,
które tam więdnieją w modlitwach i postach, jedną
wybierz i rzuć im ponad dusze. — Uczyń ją zwier-
ciadłem myśli twoich — niech je odbija i ciska na
okół bez pojęcia, bez czucia — ale siłą, co w pier-
siach męża góruje porwana i zniszczona! —
IRYDION. Znam jedną — wszyscy darzą ją imieniem
błogosławionej i świętej przed czasem, a ona lubi mi
rozpowiadać niebiosa
MASINISSA. Tknąłem i odbrzękła mi struna — nie-
prawdaż, oko jej czarne jak węgiel, błyszczące jak
żary — ród Metellów kończy się na niej ? —
IRYDION. Wiesz — po co się pytasz?
MASINISSA. Pamiętaj chwalić jej Boga, każdą ranę
J^o chwalić, z każdym gwoździem, co przebił Jego,
128 ZYGMUNT KRASIŃSKI
Żałośnie się pieścić. — Ona się kocha w tem ciele
rozkrzyźowanem, w tych rysach, które sobie wyma-
rzyła pięknemi, gasnącemi w zwycięstwie miłości. —
Ona ich nie widziała, kiedy konały ze wstrętem bólu,
w milczeniu osłabienia, zmazane krwią, z wichrem,
gwiżdżącym wśród włosów! — Słuchaj, przeprowadź
Jej myśl od niego do siebie — on daleki, on był
kiedyś na ziemi, on nie wróci nigdy. — Ty żyjesz
i jesteś przy niej. — Ty będziesz Jej Bogiem! Alma
Venus i Eros, sprzyjajcie! —
IRYDION. Ah! kto zbada tajnie Jej bytu, kto schwyci
źródła Jej życia? — ona żyje ciemnościami w tych
puszczach podziemnych, widoma i niepojęta, nacecho-
wana boleścią i z niej wyłudzająca urodę. — Sam Fi-
dyaszby jej kształtów wszechmocnem nie zatrzymał
dłutem — ona całą piękność swoją uniesie z sobą
razem w ostatniem westchnieniu! Przeciwko niej ja
słaby jestem! —
MASINISSA. Czego się wahasz i wątpisz? ona twoją
być musi — nie dla marnej rozkoszy, ale że rozum
mój, że dzieło nasze żąda jej zguby, jak zapytanie
odpowiedzi i dźwięk dźwięku następnego — kiedy Jej
głowa opadnie na łono twoje, kiedy pierś Jej zadrży,
jak pierś każdej niewolnicy i dusza niebieska zapomni
siebie samej w ciała pożarach — wtedy w katakóm-
bach znajdziesz wiernych służalców, o synu! — wtedy
duch mój będzie z tobą i zemsta stanie się ciałem.
(odchodzi)
IRYDION. Masinisso!
MASINISSA. Czego żądasz?
IRYDION. Błagam cię — powiedz mi jak przyjaciel —
nie — daj wyrok jak sędzia — od czasu, w którem
śmiałem się dziecinnie, w którem niewiadomie, we-
soło, trącałem o krzywdy i hańbę pokolenia mego, aż
po dziś dzień, każde słowo, sprawę, wszystkie chęci
moje odwołaj, przelicz — rozumiesz?
MASINISSA. Czemu wzrok twój tak zmętniał i głos
twój taki rozdarty, zbłąkany?
IRYDION. Wszak co świętem i łubem było dla drugich,
było zawsze świętokradztwem dla mnie? Wszak dzikiej
IRYDION 129
cnoty ślubowanej Furyom dochowałem wiernie ? Dotąd
niema na mnie ani skazy litości , ani plamy źdu ? —
MASINISSA. Ale też niema czynu, syna ręki twojej. —
Dopóki to dziecię w powiciu nicości, dopótyś sam
jeszcze nieznany i słaby — w tym samym dniu, o tej
samej chwili, staniesz się ty przez dzieło twoje i dzieło
twe przez Ciebie samego!
IRYDION. Ah! w tych piersiach coś niepotrzebnego
zostawiły Bogi — czuję jad, co podchodzi mi skronie
i do ócz się tłoczy. — Niewiasty ten jad nazywają
łzami! — Powiedz! wszak ja kiedyś miałem być czło-
wiekiem ?
MASINISSA. I jesteś nim właśnie w tej chwili nikczem-
ności. — Ty nie wiesz, że kaźden z was zdołałby
zostać Wszechmocnym myślą własną, nieubłaganą,
zażartą — ale Wróg przewidział i zawiesił w łonie
waszem serce — bojazń, ułudę, podłość, którą tulicie,
jak niewolniki, którzy przystali na hańbę. — Tem on
was rozdwoił i rozrzucił nizko i daleko. — Tem on
panuje na długo i żaden go nie strąci, choć każden
mógł go strącić!
IRYDION. O kim mówisz? kto mnie nędznym i nie-
szczęśliwym uczynił? Jednego tylko znam zabójcę
wszystkich chwil moich — Rzym się nazywa.
IMASINISSA. Jest inny Rzym, który zaginąć nie może!
On nie na siedmiu wzgórzach, on na gwiazd milionach
oparł stopy swoje! On nie ród ludzki, marny jeden,
ale plemion Anielskich wielkich i urodziwych krocie
znękał. — Z was wszystkich on ma tylko błaznów,
z nich męczenników i w każdej chwili, jako wy w oma-
mieniu chwalicie, oni w mądrości i piękności swojej
o pomstę wołają!
IRYDION. Co ty mi zwiastujesz, ty straszny, niezgłę-
biony ?
]VIASINISSA. Walkę!
IRYDION. Gdzie? Kiedy?
MASINISSA. Po zgonie Rzymu! — Wszędzie, kędy
twój Duch zdoła czuć i myśleć!
IRYDION. Bez końca, bez końca więc ?
MASINISSA. Ja sam cię do niej powiodę — na pa-
Z Krasiński, Tom I. 9
130 ZYGMUNT KRASIŃSKI
dole obłąkanych wygrywaj tymczasem dzieje swoje
zatrute przez wroga!
Przeciw niemu i Jego służalcom obrócisz kiedyś
czoło w pełności rozumu!
IRYDION. A zwycięstwo, czy będzie zwycięstwo ? Czy
kiedy zdejmę tu, czy na jakiej gwieździe, ciężką zbroję
moją? Czy kiedy opuszczę głowę bez oczekiwania,
bez niebezpieczeństwa, wolny, ukochany, kochający,
szczęśliwy ?
MASINISSA. Nie pytaj się przed czasem! — Idź na-
przód, panuj zwierzęciu w sobie, naucz się być sa-
motnym na ziemi, jako on jest na szczytach świata;
naucz się cierpieć, jak cierpią Duchy potężniejsze od
ciebie! — Bo nim dojdziesz tego, na co wyróść mo-
żesz, ogień cię przetrawi razy tysiąc, konanie cię prze-
tworzy razy tysiąc, gniew Jego cię odepchnie razy
tysiąc. — Będziesz jak fala rzucana pod obłoki i strą-
cana w przepaście — tylko, że ona martwa, ślepa,
głucha, a w tobie nieśmiertelne czucie!
IRYDION. Jakibądź nieprzyjaciel mój, przed nim nie
uniżę Ducha. — Noc późna — wrócisz jutro rano —
jutro pomówimy jeszcze. — Idź teraz — prawda, prawda!
nie miałem litości nad siostrą, miałżebym Jej, nieznanej
żałować ?
MASINISSA. Pamiętaj na słowa moje; bo miną kie-
dyś narody tej ziemi, ale mój rozum nie przeminie.
[odchodzi)
IRYDION (zrzticając chlamydą). Idź — ty mi ciężysz —
(rzuca pierścień) precz — ty mnie palisz — chciałbym
włosy zmieść ze skroni — one mną nie są — one do-
legają mi. — Gdzie Ja? Irydionie, pokaż mi się! Mę-
czarnio, co żyjesz w głębi łona tego, wynijdź — kto
ty jesteś, niech ujrzę, raz niech się dowiem! [zdejmuje
sztylet z nad tarczy) Powiedz mi, ogniku nocny, modra
klingo, czy ty zdołasz wyssać mnie z piersi moich ? —
ale słyszysz, na zawsze! — Nie, nie, tyś także złudze-
niem! — Katon gdzieś się obudził i tam już inny Cezar
stał nad nim, trząsając mieczem i kajdany! [rzuca
sztylet i depce) Kłamco, coś zwiódł tyle dusz cierpią-
cych marną obietnicą nicości — ja urągam się tobie —
IRYDION 131
ja, czy tu, czy tam, niewolnik! ja nie spocznę nigdzie —
leż w kurzawie, żmijo fałszu ! — (pbciera czoło) Nieznośnie
temu, który zaginąć nie zdoła — który kona wiecznie,
a nie skona nigdy! (stąpa po salt) Jaka pustynia mil-
czenia i spoczynku. — Jeden ją zalegam nieuśpioną
myślą. — Noc mi wieniec z gorączek i trosków na
czole złożyła. — Dzięki wam za taką purpurę. Bogi
piekielne! {staje przy posągu) Ojcze! kiedy spojrzę na
rysy twoje, zda mi się, że słyszę obietnicę świętą. —
Nieszczęśliwa Hellado! ty mnie przyciśniesz do łona, —
Tryumfator pędzi — u kół rydwanu Jego skrępowane
Rzymiany — ich czoła pękają za osi gorejących obro-
tem! Ha! nie dbam o męki nieskończone, byleby dzień
ten, jeden dzień taki, czoło mi w laury okwiecił! {klęka)
Ale czyż i ją mam zgładzić także } Ojcze, daruj Jej —
ona nie cierpi, jak my wszyscy, bo ma swoją wiarę
i przyszłość nieskończoną. — Dumnych mordować —
nędznych tysiące zepchnąć do Erebu — skazaną do-
bić — ah! to w losach moich wyrytem było — ale
szczęśliwą znieważyć, ale ufającą oderwać od nadziei,
ale promienną zniszczyć! {porywa się) Syn Amfilocha
gnany jędzami, jak niegdyś Orestes! — {lampę bierze)
Idźmy zasnąć — błogosławieństwo Larów nad tym
domem spoczywa. To miasto, to ojczyzna —
błogo w niem i lubo — gwiazda pomyślności, znać,
świeciła nad kolebką naszą! {wychodzi)
DRUGA CZĘSC.
Katakomby — w środku ciemnicy zawieszona lampa. —
Dwa Sarkofagi w głąbi — od każdego rozchodzą sią
ulice^ ginące w oddali. — Ściany zasułe nadgrobkami
ułotonemi w piętra, — Biskup Wiktor. — Aleksander Se-
verus w żołnierskim płaszczu z zasuniętym kapturem, —
WIKTOR. Wieki, co przeszły, były dziecinnemi czasami
ludzkości. — Im bardziej stworzenie zbliżać się będzie
do Stwórcy, tem źarliwszą miłością goreć będzie ku
niemu i braciom swoim. — Miecza nikt nie znajdzie
na ziemi, ani ręki kata, a ten błogosławiony już dzi-
siaj, kto uwierzył w przyszłość takową i stał się jej
przyśpieszycielem !
ALEKSANDER. O, gdybym mógł w dniu jednym dzieło
sprawiedliwości, obietnicę ust twoich, ziemi objawić!
WIKTOR. Synu, nie spodziewaj się tego snu domarzyć,
bo każdemu dostała się jedna fala w nieskończoności —
pęd jej słabszy lub silniejszy, ale ona płynie dni kilka
tylko. — Żyj więc i przemiń, jak reszta braci twoich,
ale działaj według światła zlanego na ciebie. — Stań
się pocieszycielem, byś mógł kiedyś stać się wybranym
na lewicy Chrystusa i patrzeć, jak inni natchnieni
kończyć będą przez ciąg wieków, co zacząłeś w po-
korze i miłości Ducha.
ALEKSANDER. O! niech błogosławieństwo twoje zleje
się na głowę Aleksandra. — Cezar wkrótce nie zaprze
się Jego, (schyla sią) przygotuj ich do zmiany — przy-
zwyczaj ich do imienia mojego, ojcze! — o to cię prosi
Mammea. —
IRYDION 133
WIKTOR. Jak ja ciebie w tej chwili, niech cię kiedyś
cały lud twój pobłogosławi i pamięć twoją syny sy-
nów ludu twego. — Wstań, pomazańcze Chrystusa!
ALEKSANDER. Słyszę kroki czyjeś — ojcze, w godzi-
nie walki bądź moim dobrym Geniuszem! {wychodzi)
(Przeciwnemi drzwiami wchodzi Irydion w płaszczu
Pretoryanind)
IRYDION. Chwała Panu w niebiesiech! (składa miecz,
włócznię i zbroję u wejścia) broń ziemskich gwałtów
niech drzemie u progów mieszkań Jego!
WIKTOR. Czekałem na ciebie, Hieronimie — sługi twoje
dziś z rana przynieśli ciało brata ściętego pod mau-
soleum Cecylii Metelli. — ■ Tam zgromadzeni wierni
z ich rąk je odebrali — pogrzeb Jego przejdzie tędy
za chwilę — dzięki ci, Synu! —
IRYDION. Uczyniłem powinność moją. — Teraz przy-
bywam od przysionka Cezarów — na pobladłych ry-
sach Dworzan myśl strachu się zataczała — preto-
ryanie zamiejscy burzyć się zaczynają przeciwko Im-
peratorowi. —
WIKTOR. Powierzchnia ziemi odmienia się w swoich
pychach, jak barwy morza za lada powiewem — ale
to nie powinno mieszać spokój nóści grobów! — módlmy
się w cieniu palmy męczeńskiej, zerwanej przez Ata-
nadora!
IRYDION. Ojcze, dozwól słów kilka jeszcze. — Wszak
w twoim ręku przyszłość nasza, wszak jednem skinie-
niem możesz tysiące nas rzucić na szalę, a gdzie one
zaważą, tam będzie zwycięstwo!
WIKTOR. W niewidzialnem królestwie walczyć mogę
przeciw książęciu świata modłami i ofiarą, a jeśli
wszyscy połączycie się ze mną w obliczu Pana, obie-
cuję wam zwycięstwo!
IRYDION. Ja mówię teraz o bliższych zapasach, o pręd-
szym tryumfie! Ojcze, cierpiemy jak ludzie, spodzie-
wamy się jak ludzie i posady nam ziemskiej potrzeba. —
Dotąd potęga nienawistnych ściskała nas zewsząd, tak,
żeśmy woleli umierać, niż kłaniać się rozpuście lub
czcić kłamstwo na ziemi. — Lecz dzisiaj to, co gubi
134 ZYGMUNT KRASIŃSKI
narody, stanęło u bram tego miasta — zgrzybiała sta-
rość i duma bez granic. — Heliogabal sił nie ma do
utrzymania swoich, Aleksander do ustalenia nowych
rządów, a resztę sił doniszczą w zbliźającem się star-
ciu — pomiędzy niemi obuma czyż każdy, co uwierzył
w Chrystusa, nie radby krzyż wyrwać z wnętrzności
ziemi i zatknąć na Forum romanum? — ojcze, widzę
chmurę zgrozy na czole twojem. — Daruj, że pałam
miłością ku braciom uciśnionym — daruj, żem śmiał
ci ogłosić, że nadeszła pora ugodzić w samo serce
pogaństwa i Romy!
WIKTOR. Z litością słuchałem słów twoich! Napróźno
wodę chrztu wylałem na głowę twoją! Napróźno tłu-
maczyłem ci świat ducha. — Tyś go nie pojął, nie
zrzuciłeś starego człowieka. Tyś w żelazie i ogniu
położył nadzieję doczesnego zbawienia. — Ciężkie winy
twoje! (słychać pieśni pogrzebowe) Czy słyszysz te
Hymny, płynące wśród grobów, jak ostatnie szumy
burzy, w której Jedyny skronie opuścił i skonał? —
Czyż On wzywał na pomoc Aniołów, czyż On wołał
o pomstę do ojca? —
IRYDION. A więc nędza i poniżenie naszym działem
na zawsze? —
WIKTOR. Mylisz się w hardości twojej, kiedy chwilę
czasu nazywasz wiecznością! — Zaprawdę ci mówię,
że w tych cmętarzach śpią goście tylko — że nie
tylko na progach niebieskich, ale i na płaszczyznach
bólu. Miłość przemoże nareście. — Zaprawdę, zapra-
wdę, ludy pokłon jej oddadzą, i nie będzie Cezara,
któryby przed nią nie uderzył czołem. — Czy znasz
tę postać? [wskazuje rzeźbą na sarkofagu)
IRYDION. Lutnia Helleńska, Ojców moich czworo-
dźwięczne struny. — To Lykaoński Orfeusz! —
WIKTOR. Jako on, podług waszych pamiątek, dzikie
rozpieścił zwierzęta, tak Jezus dusze milionów spoi
brzmieniem żyjącego słowa — patrząc na tę lutnię
ziemską, pojmij roje duchów, pracujące nad światem,
i dźwięk u stóp krzyża poczęty, rozlegający się już
pomiędzy narodami. — On żyje sobą samym i sił nie
czerpa na ziemi! (znak krzyża kreśli nad czołem) Uwierz
IRYDION 135
i nie grzesz więcej! — Ostrzegłem cię teraz, jak ojciec
rozżalony błędami syna — później, jeśli winę powtó-
rzysz, napomnę cię, jak pasterz trzody, ukaram, jako
sędzia ludu!
CHÓR W POBLIŻU. Z głębi przepaści wołamy do"cie-
bie, Panie! —
Duszę zamordowanego weź na łono twoje! —
Daj jej odpoczynek w chwale twojej! —
Ona odlatując przebaczyła katom! —
( Wchodzi orszak, mączennik na marachy głowa ścięta na
piersiach spoczywa — męże w czarnych sukniach z po-
chodniami — za niemi niewiasty w białych szatach^
WIKTOR. Podajcie mi znak świadectwa i męki, święty
na ziemi i niebie! (^przynoszą 7nu Prochristum — bie-
rze je i składa na piersiach umarłego) Własną krew
twoją, wylaną za syna człowieka^ daję ci do trumny,
byś z nią kiedyś zmartwychwstał w dzień sądu. —
{przyklęka i razem wszyscy) Ty, coś kształt nieszczę-
śliwych przybrał, by nieszczęśliwych ocalić, złóż z nas
złości nasze i wrzuć w głębokość morską wszystkie
grzechy nasze — a temu, który zaczął drugą piel-
grzymkę — ostatnią, uiść się w prawdzie twojej!
GŁOS DZIEWICY. Daj mu ujrzeć święte oblicze twoje!
INNY GŁOS. Daj mu wiosnę, wiosnę, której nie miał
na ziemi. —
IRYDION. A nas wybaw od pokusy zemsty. —
CHÓR. Zemsty?
WIKTOR. Szczęśliwi, którzy umierają dla Pana. — Oni
zwyciężyli przed czasem, (wznosi ręce nad tłumem)
Powstańcie i zanieście zwłoki do cmętarza Faustyna.
{staje na czele — przechodzą zwolna — Irydion jeden
tylko zostaje z tyłu — od orszaku niewiast oddziela
się na wyjściu Kornelia Metelld)
KORNELIA. Czemu nie łączysz się z nami?
IRYDION. Tej nocy w innym miejscu być muszę. —
KORNELIA. Gdzie, Hieronimie?
IRYDION. Tam, gdziebyś drżała o zbawienie duszy,
choć stamtąd wznidzie chwała ludu twego. —
KORNELIA. Wiem, że się coś strasznego na cmętarzach
136 ZYGMUNT KRASriCSKI
gotuje. — Widziałam dzisiaj towarzysza twojego, Sy-
meona z Koryntu — przechodząc, trącił mnie i nie
obejrzał się i szedł dalej z lwią skórą na barkach,
z okiem wbitem w próżnią przestrzeni — w tem oku
bunt się palił i srogie natchnienie. — Oh! ja nieszczę-
śliwa! —
IRYDION. Czemu, Kornelio ? przecież sam Pasterz, Oj-
ciec, Sędzia ludu, sam Wiktor codzień powtarza, żeś
pierwsza wśród sióstr twoich i że znak wybrania już
spoczął na twojem czole. — Czegóż żądać więcej na
ziemi ?
KORNELIA. Niezwykły to głos twój, bracie!
IRYDION. Zdaje się tobie.
KORNELIA. Ah! czy ty ten sam, z którym klęczałam
na cmętarzu Eufemii, którego uczyłam modlitwy mo-
jej — Hieronimie, czy to ty?
IRYDION. Ja, siostro. —
KORNELIA. Modliłam się tyle, pokutowałam tak ciężko
dni i nocy tyle!
IRYDION. I zasiądziesz w niebiesiach. — Któżby wątpił,
Kornelio ?
KORNELIA. O, nie za siebie — nie!
IRYDION. Za kogóż?
KORNELIA. Za jednego z braci moich. —
IRYDION. Za jednego z braci? (zbliża się do niej)
KORNELIA. Jaki ty straszny!
IRYDION. Mów prawdę, mów imię Jego, ktokolwiek
jest, twoim będzie! — Spiesz się tylko, niewiasto! —
Nie długie chwile nam zostały — czasu nie będzie
potem na ślub przed krzyżem, a ja was obojgu połą-
czyć chcę, odesłać gdzie daleko, byście żyli razem —
szczęśliwie — na Tebaidzie — mówże! — Ha! ziemska
miłość wstąpiła do duszy wybranej!
KORNELIA. Szalejesz!
IRYDION. Imię Jego — tego jednego — tego brata?
KORNELIA. Hieronim! ale ten, co był kiedyś, nie ten,
co tak dziko spogląda, co bez zmysłów stoi przede-
mną. — Apage — Apage!
IRYDION. Cicha, piękna, szczęśliwa, patrz! terazem
spokojny, jak wprzódy —
IRYDION 137
KORNELIA. Słodki, jak niegdyś?
IRYDION. Pokorny przed tobą —
KORNELIA. Przed Panem! —
IRYDION. U stóp twoich klęknę i będę powtarzał imię
Chrystusa —
KORNELIA. Obiecaj, że nie wmieszasz się do nich, źe
nie wdziejesz zbroi na gwałty świeckie i potępione!
IRYDION. Biedna, ty nie wiesz, co mówisz.
KORNELIA. Nie chcesz?
IRYDION. Ja sam ich powiodę —
KORNELIA. Biada mi! —
IRYDION. Czyś nie słyszała od wielu świętych, źe już
blizkie czasy? Czy nie pamiętasz słów Jedynego, kiedy
odchodząc przyrzekł swoiiji, że powróci i królować
będzie? Czyż ulubieniec Jego na dzikiej Patmos nie
powtarzał, że Babylon runie, a sprawiedliwi na gru-
zach zasiędą?
KORNELIA. Kiedyś, kiedyś, ale nie dzisiaj —
IRYDION. Dziś, siostro, lub nigdy! —
KORNELIA. Wiktor wyklął Eugenesa, który tak my-
ślał i mówił. —
IRYDION. Rzymianie ukrzyżowali Eudora, który tak
myślał i mówił. —
KORNELIA. Pójdź do Biskupa, wyspowiadaj się Jemu,
zapytaj się go, jak posłuszne dziecię ....
IRYDION. Ja dzieckiem tylko być zdołam przy Tobie
na chwilę, znikomą jak fala, co nie wróci nigdy. —
Za okręgiem twoich spojrzeń we krwi ja broczyć
będę — trawa nie porośnie, gdzie mój koń przeleci!
KORNELIA. Bluźnisz!
IRYDION. Nie — ja przeczuwam tryumf Boga twego!
KORNELIA. Czyż on takiego zwycięstwa nauczał? Czyż
nie odpuścił wszystkim? Czyż słabych nie ubłogosła-
wił dla ich słabości ? — Czyż niewiniątkom nie obiecał
królestwa niebios? dlatego, że drobne i ciche? —
IRYDION. Taki był początek — ale dziś, siostro, słabi
w siłę wyrośli, niewiniątka stali się mężami!
KORNELIA. Miłosierdzia, miłosierdzia wołam nad nim,
o Panie! Ty mu nie dasz przepaść w oczach moich. —
Ah! co ja mówię? gdzie jestem? Wszak ślubowałam
138 ZYGMUNT KRASIŃSKI
ci, Panie, całe serce moje. — Jakże tu ponuro —
pierwszy raz strach umarłych mnie napada — kto tu
jest z nami? {odziera się)
IRYDION. Oprzyj się na mnie!
KORNELIA. Tak, tak, ty się nie odejmiesz mojej po-
tędze. — Łaska uwiośni twą duszę. — Ja wiem, żem
się urodziła, żeby ciebie zbawić!
IRYDION. Ani ty, ani nikt na ziemi, nie w^^drs^e z piersi
moich pragnienia, które je rozdziera. — Gdyby sam
Bóg nie wołał na nas, gdyby pomoc świętych nam
obiecaną nie była, sam jeden jeszczebym dzieło roz-
począł. — Ostatni raz może mówię do ciebie. — Znasz
dzieje Matki mojej, ale ukryte przed tobą wielkie
myśli Ojca mego. — Pij kroplami ze mnie gorycz,
która mnie pożera. — Słuchaj!
KORNELIA. Ty ostatni raz — ty do mnie mówisz ?
IRYDION. Słuchaj! {Siada u stóp Sarkofagu — ona
wyżej opiera się na tym samym grobie) W trzynastą
rocznicę śmierci Grimhildy on nagle zawołał mnie do
siebie z rana. — Już od dni kilku bladość złowieszcza
kaziła mu lica. >Synu, rzekł, niech zastawią biesiadę
w sali Delfickiego Apollina. — Ostatni raz dzisiaj po-
łoźym się u jednego stołu. — Bóg Matki twojej mnie
ściga, nim wejdzie jutrzejsze słońce, opuszczę tę zie-
mię*. — Strach mnie ogarnął. — Szedłem jego wy-
pełnić rozkazy. — On dzień cały strawił ze Starcem
Maurytańskich pustyni. — Głosy ich rozchodziły się,
jak ostatni szczęk dogorywającej bitwy — stało się
cicho — wyszli oba i stąpali ku sali Festynów!
KORNELIA. Dreszcz, jak łuska gadu, przesuwa się po
mnie! —
IRYDION. Siostrę moją przycisnął do łona i odpychał
potem zwolna i rzekł: >Co brat ci rozkaże, czynić
będziesz dla miłości mojej*. — Do płaczącej słowa
już więcej nie przemówił, ale kilka kropel wina rozlał
w ofierze i legł i mirtami uwieńczonym puharem pił
zdrowie wielkich mężów. — Wyzwoleniec czytał mu
Fedona — stu niewolnikom wejść kazał i darował im
wolność, a kiedy mu dziękowali: »Jako wasze pęta
skruszyłem, pamiętajcie drugim, o ile wam sił stanie.
IRYDION 139
zrywać łańcuchy. - — Czyńcie kiedyś, co wam mój syn
powie*. — I wstał pogodny, jak wieczór, co zwolna
nocą się obwija a jeszcze purpury sł^ońca nie zatracił!
(chwila milczenia)
Wtedy w najdalszej komnacie pałacu zaczęła się ta
noc ostatnia, w której zawiązały się losy moje —
w około nas jaśniały płomienie trójnogów. — Masi-
nissa rzucał w nie kadzidła — głowa Amfilocha leżała
na łonie przyjaciela i stopniami schodziło z niej ży-
cie — ale powaga zawsze była jedna, niezachwiana. —
Żal przerwanych zamysłów w głębi ducha leżał spę-
tany. — Boleść nadaremno się wysilała. — Jedynym
Jej znakiem była wzgarda na ustach — on umierał
tak, jak żyją Bogi!
KORNELIA. Widzę, widzę go — ale gdzie anioł stróż
Jego w tej chwili?
IRYDION. W tej chwili on tworzył przyszłość, której
niegdyś pragnął dla siebie, którą teraz mnie zapisy-
wał. — »Nie uchylisz czoła, nie stracisz wiary w złej
godzinie — w dobrej nie przebaczysz, nie zaprzesta-
niesz, ale przejdziesz po zwłokach zrzuconego, by sto-
jących obalać. — Nie miej smutku ani słabości, bo,
jako księżyc na niebie, tak dzieje narodów na ziemi
wzrastają, by maleć. — Dziś Roma u stóp widno-
kręgu, blizko nizin śmierci*. — Tak nauczał, a z mil-
czenia nocy stopniami budziło się życie — a co chwila
Bóg mściciel bardziej ciężał nad nim!
Wreście pracysiągłem przed Jego świętym obliczem. —
On dłoń trzymał na czole mojem — przysiągłem roz-
koszy nie mieć — przywiązania nie znać — litości nie
słuchać — ale żyć, by niszczyć, dopóki Duch mój się
z Ojca Duchem nie połączy!
KORNELIA. Przebacz mu. Panie, on nie wie, co mówi!
IRYDION. Masinissa krew dymiącą wylał z czary na
głowę moją i na rękę Jego i pierwszy promień zorzy
błysnął na łożu umierającego. — »Hellado moja!« za-
wołał głosem miłości i spojrzał, jak Tryumfator ubó-
stwiony zw>xięstwem! W tem natchnieniu ustało Jego
ziemskie życie. — Kornelio! zemsta dobrem mojem —
w zemście żyć muszę i skonać!
140 ZYGMUNT KRASII^SKI
KORNELIA. Na kim ty ją chcesz wywrzeć? — Hiero-
nimie, kto Jemu, kto tobie przewinił?
IRYDION. Ci, którzy was przymusili błądzić, skąd ucie-
kają żyjący po złożeniu umarłych! Ci, którzy Boga
twojego zelżyli razy tysiąc i, co było w sercach ludzi
boskiem, zdeptali na ziemi ! — Czy ty wiesz przeszłość ?
Tłumaczyć ci ją będę, jak Chrystus, wracając z Emaus,
pismo nieświadomym. — Stało się pod wieczór światu —
zwiędły kwiaty poranku, zgasły ognie młodości na Egej-
skich wybrzeżach. — Raz jeszcze na północy ozwał
się głos wolnych — potem wszystko ucichło — wtedy
powstał człowiek, który rzekł: » Dawne chwały przy-
wrócę a zniszczę tych, co wszystko zniszczyli «. — Czy
ty go potępisz, córo chrześcian ? — On chciał, by cier-
piący odrzucił więzy — by ślepy w niewoli przejrzał
i poznał progi ojczyste — by głuchy i niemy przemó-
wił rodzinną mową. — Czyż on nie zwiastował po-
wtórnego przyjścia Boga twego? Jan niegdyś samotny,
bezbronny, wołał na pustyni, że nadchodzi syn czło-
wieka, ale ten, który umęczon będzie. — Ojciec mój
poprzedził Tego, który zwycięży — Tego, co królować
będzie, Tego, o którym zwątpiłaś!
KORNELIA. Ja?
IRYDION (chwytając ją za ramią). Boś sądziła, że on
tę ziemię zostawi na łup Rzymianom — ty myślałaś,
że on krwi waszej niesyty będzie!
KORNELIA. Zgubiony — ah! Panie! a jednak ogień
wiekuisty, ogień Cherubów w oczach mu jaśnieje!
IRYDION. Uwierz. — Ty się nie domyślasz, co mnie
czeka jutro. — Uwierz — ja wodzem ludu twego. —
Uwierz, a Jowisz z Kapitolu runie, by nie powstać
więcej, (słychać kroki) To Wiktor, to niewierny! - —
Zostań. — Ja wrócę za chwilę, (zachodzi w ciemne
przejście)
KORNELIA {przyklęka). Serce biedne, nie moje, nieznane
serce, ty, co bijesz tak rozdzierająco, módl się do Chry-
stusa. — Panie — Panie, odpowiedz słudze twojej!
Od krzyża nigdym oczu nie spuściła ku śmiertel-
nym twarzom — a teraz, o Panie, dwoje oczu utkwiło
mi w pamięci — Jego oczy, Jego, Panie!
IRYDION 141
I jako prorok, i jako święty, i jako Archanioł, on
staje przedemną i mówi, a ja go słucham. Panie! —
i chciałabym skonać, {głowę zniża miądzy race) Zmiłuj
się nademną!
WIKTOR (wchodzi z orszakiem). »Ile razy zbierzecie się
w imieniu moim, będę z wami*. — Czemu nie usłu-
chałaś słów tych dzisiaj ? Ciebie i Symeona z Koryntu
i innych wielu nie dojrzało oko moje. — Córko, zo-
staw ścieżki samotne nieprawym i odwróć się od nich,
kiedy za grobami schyleni naradzają się chytrze.
KORNELIA. Ojcze!
WIKTOR. Czy przynajmniej modliłaś się tutaj w ucze-
stnictwie nas wszystkich?
KORNELIA. Modlę się. Ojcze —
WIKTOR. Czy sama tu byłaś?
KORNELIA. Ojcze! sama jestem —
WIKTOR. Drżysz, jak światło gasnące — co tobie się
stało, Metello?
KORNELIA. Szukam Boga, Pana mego, i znaleźć go
nie mogę. —
WIKTOR. Największym świętym przydarzały się chwile
niepewności. - - Znać wtedy, że nieprzyjaciel w po-
bliżu. — Módl się więc i czuwaj , bo duch skory, ale
ciało słabe. (zvychodzi)
KORNELIA. Ojcze! —
WIKTOR {odwracając się). Co, dziecię moje?
KORNELIA. Czy już blizki poranek?
WIKTOR. Dopiero noc się zaczęła.
KORNELIA. A dzień Sądu czy blizki, ojcze?
WIKTOR. W każdej chwili syn człowieka może nas po-
wołać przed swoje oblicza. — Czy ty co przeczuwasz?
KORNELIA. Nie — tylko słabo mi bardzo — tylko
wiedzieć chciałam —
WIKTOR. Dziś jeszcze w Eloimie ofiarę świętą odpra-
wię za ciebie. — Schorzała dusza twoja i ciało zmę-
czone pokutami — wstań, nie trwóż się, idź zasnąć,
córko. — {wychodzi)
KORNELIA. Czemu nie zatrzymałam Biskupa! {Irydion
wchodzi) Słyszę stopy lekkie, stopy kusiciela, {odwraca
się) Ah ! piękny, piękny, j ak Anioł ! — Wiktorze, Wiktorze !
142 ZYGMUNT KRASIŃSKI
IRYDION. Nie usłyszy ciebie. —
KORNELIA {obejmując Sarkofag ramionami). Popioły
świętych, strzeżcie mnie tej nocy! —
IRYDION. Czego się lękasz?
KORNELIA. Czy nie widzisz, jak ciemno, czy nie czu-
jesz zimna — tak, jak gdyby wszyscy umarli, a nas
dwoje tylko zostało — potępionych dwoje? — Oni,
reszta, wszyscy w niebiesiech!
IRYDION. Godzina, którą ci opowiedziałem, za twarda
na serce twoje!
KORNELIA. Mylisz się. — Wzdychałam do palmy mę-
czeńskiej, a miałabym drżeć przed zwycięstwem Pana
mojego! nie, — nie. — Tylko coś rozprzęgło się w du-
szy mojej, coś mi w głowie się usuwa, coś w sercu
pęka, Hieronimie. —
IRYDION, Niewiasta czynów nie potrzebuje, jedną ci-
chą modlitwą zbawiona być może. — Jeśli się nie po-
czuwa do mocy, niechaj idzie precz odemnie. — Tu
rozdzielą się drogi nasze — będziesz spokojna, jak
wprzódy — obaczym się kiedyś , ale nie na ziemi. —
KORNELIA. Prawdę wyrzekłeś — stopy, unieście duszę
daleko, daleko, {usiłuje powstać — Irydion rąką jej
podaje^ Ah ! przybiłeś mnie na nowo — nie mogę —
IRYDION. Biedna!
KORNELIA. Coś nieśmiertelnego opasało mnie, niewi-
dzialnych ramion dwoje!
IRYDION. Ostatni raz mówię ci: Uciekaj. —
KORNELIA. Nie. — Dopókiś w błędzie śmiertelnym
nie wyzionął Ducha, dopótyś bratem moim w obliczu
ojca niebieskiego. —
IRYDION. Świadczę się wami, kości umarłych, i tobą,
matko Ziemio. — Chciałem ją, ją jedną ocalić! {prze-
chadza sią po ciemnicy) Tak ojciec mój niegdyś zabił
duszę niewinną kapłanki. — Siła dzikiego Fatum ze-
wsząd mnie opasuje. — (zbliża sią do niej) Kornelio,
Kornelio !(
KORNELIA. Modlę się za ciebie, klęknij tu przy mnie,
zbądź pychy, powtarzaj słowa moje ....
IRYDION. Jutro, pojutrze zacznie się moja modlitwa —
głośna, siostro, wśród jęków nieprzyjaciół!
IRYDION 143
GŁOS W POBLIŻU. Hieronimie, do broni! —
IRYDION. Przybywam —
KORNELIA. To on — to Symeon! —
IRYDION. A tam dalej tysiąc podobnych Jemu drży
z niecierpliwości i czekają na mnie {zrywa jej welon)
pryśnij, obsłono duszy mojej! {porywa ją w odjęcia)
Usta, zostawcie na tem bladem czole obietnicę lep-
szego Losu! —
KORNELIA. Ah! wraz z tobą na wieki potępiona je-
stem! {mdleje)
GŁOS. Śpieszaj, śpieszaj!
IRYDION {biorąc hełm i orąży potem wraca i nachyla
się nad nici). Nie, ty nie umarłaś! {przyciska ją do
piersi) Obudź się na twardym pancerzu męża, obudź
się, Kornelio! Masinisso! bądź mi przeklętym, jeśli jej
zguby nie odkupisz mi zwycięstwem!
KORNELIA. Kto woła?
IRYDION. Ten, o którym powiedziano, że przyjdzie
i pokona dumnych!
KORNELIA. Widzę nareście, widzę ciebie. — Ty ra-
czyłeś dotknąć się oblubienicy twojej! — Długo cze-
kałam
IRYDION. Podnieś głowę — rozedrzyj wzrokiem te
sklepienia. —
Tam wybrani śpiewają Hymn tryumfu. — Zmar-
twychwstań! —
KORNELIA. O Panie! chwała bitew na około twarzy
twojej — płoniesz cały blaskami żelaza. — Panie, gdzie
rany twoje? niech je obleję łzami!
IRYDION {podnosi ją). Jutro, niewiasto, spełnią się
przepowiednie o królestwie Krzyża.
KORNELIA. O, nie rozpraszaj się wśród ciemności —
oni mówili, że przyjdziesz, a teraz ty mnie nie weźmiesz
z sobą! — Ty zapomnisz o służebnicy twojej!
IRYDION. Biedna! powstań— nie płacz— nie rozpaczaj !
KORNELIA. Daj mi zaginąć w chwale twojej! ja już
umarłam, o Panie! —
IRYDION {porywa ją z ziemi). Dni kilka jeszcze, nie-
wiasto. — Tymczasem wołaj na braci swoich: >do
broni, do broni !« {odchodzi)
144 ZYGMUNT KRASIŃSKI
KORNELIA. Słyszycie ostatnie słowa jego? — On zstą-
pił drugi raz na ziemię i tą rażą miecz w jego pra-
wicy połyska. — Do broni! kości umarłych, żyjący
kapłanie, ludu boży, odpowiedzcie! On tak kazał. —
Za mną: do broni, do broni! {ucieka)
Inna strona katakomb. — Symeon z Koryntu — obok
krucyfiksy księga i trupia głowa.
SYMEON. W dniu jednym świat posiąść, nie ten nę-
dzny, kędy błyszczy złoto i stęka żelazo, ale ten
ogromny, ten świat dusz wszystkich, i panować im
w imieniu twojem, o Boże! Ah! gdyby morze jasności,
ta myśl przedemną rozciągnięta — ku niej płynę
w potokach cierpienia i poniżenia, coraz olbrzymiej
rozpychając zasępione fale. — O Chrystusie! podbiję
ci wszystko, co zowie się ciałem. — Tam w dole będą
pustynie, skały, miasta, stamtąd szumią wołania kró-
lów i kupców, a duch mój, odbicie twego na ziemi,
zawieszony w górze, jednością potęgi ich ściska. —
Każe im milczeć lub modlić się, drżeć lub radować
się — myśleć lub zasnąć!
IRYDION (wchodząc). Witam cię, synu Hellady, po
dwakroć bracie mój!
SYMEON. Wreście nadeszłeś.
IRYDION. Czas jeszcze —
SYMEON. Czy widziałeś Wiktora?
IRYDION. To dziecię stare, które panuje nad nami. —
W nim słodycz jest słabością, a słabość staje się
uporem —
SYMEON. Zaprawdę ci mówię, że trzoda nie puści się
na nieznane pole bez błogosławieństwa pasterza. —
IRYDION. Zwlekajmy do ostatniej chwili — wtedy nagle
otoczym go rozpacznemi prośby. — Nieprzygotowa-
nego strach ogarnie lub duch boży oświeci!
SYMEON. Do stóp mu się rzucę — iskra, co pryśnie
od mojego serca, duszę mu rozerwie. —
JRYDION. Spi u niego głęboko dusza — twarz wyschła
IRYDION 145
mu od cnoty — zresztą idźmy zawsze naprzód, nie
oglądajmy się nigdy — w tem nasze zbawienie.
SY^ffiON. Stanie się, jako mówisz. — Czy słyszysz te
pomieszane głosy? — gromadzą się, jak im przykaza-
łem, na pograniczu świętych grobów, na szerokich
cmętarzach starych pogan.
IRYDION. Ukrzyżowanego, niezemszczonego weź w ręce
i nieś przed ich oblicza!
SYMEON (^porywając za krucyfiks). O, jakżem był nie-
gdyś małoduszny i ślepy! Wierzyłem, że niesprawie-
dliwość znosić trzeba, by docierpieć się nieba — {pod-
nosi czaszką) patrz na te zapadłe skronie — w tych
załomach jaśniało niegdyś życie życia mego! — Biskup
miał złączyć ręce nasze. — Dnia jednego nie dosta-
wało, lecz nocą wpadł Centurion i porwał niewinną
do cyrku Flawiana. — Z pod paszczy tygrysa to mi
tylko zostało! — I jeszcze długo, potem walczyłem
z żądzą odporu, jakby z Szatanem, a to był duch
żywy, święty, co owładał mną stopniami! {kładzie
czaszką) Spoczywaj, nieboga! wkrótce z martwych ty
powstaniesz dla mnie!
IRYDION. Zemsta więc — i naprzód tam, gdzie brzęczą
pszczoły! {wychodzeń)
Przestronne lochy. — Cenotafy po ścianach. — Mogiły
rozsypane tu i ówdzie. — Zgromadzenie Chrześcian przy
pochodniach.
CHÓR MŁODZIEŃCÓW. Nieszczęśliwy ten, co urodzon
z niewiasty. — Dni jego błahe i znikome — od krzyża
ramion odwiązać, od cierniów skroni odchylić nie
zdoła. — Ciemności siostrami jegę i grobem!
CHÓR STARCÓW. Święty, Święty, Święty, słuszne sądy
twoje! Ty przez męki ojców wynosisz przyszłe poko-
lenia. — Na stosach kości naszych zieloność wiosny
i szkarłat potęgi rozwiedziesz synom naszym —
CHÓR MŁODZIEŃCÓW. Zeszlij nam pocieszyciela —
niech on stanie na wysokościach, niech karki wynio-
Z. Kruiński, Tom I. 10
146 ZyaMUNT KRASIŃSKI
słych stopom swoim podścielę w równiny. — {wchodzą
Symeon i Irydion) Witajcie!
SYMEON. W imieniu Ojca, Syna i Ducha, nadzieja
niechaj będzie z wami. —
CHÓR STARCÓW. Symeonie, Symeonie! dlaczego ten,
co idzie za tobą, co niedawno jeszcze nosił szatę
Katechumena, dziś przywdział zbroję? — Naucz go
i oświeć, by puklerzem była mu skrucha, a szczera
modlitwa jedynym orężem —
SYMEON {do Irydiona). Wstąp na mogiłę — odpowia-
daj za siebie. — Ja tymczasem wezwę jeszcze ducha —
chwil kilka jeszcze, a stanę się w duchu —
IRYDION. Kto się pyta, niechaj własnej mądrości nie
ufa , ale niech spojrzy w około i przypomni sobie prze-
powiedziane dnie klęski, mające zawisnąć nad ziemią!
Czasy milczenia kończą się dzisiaj, bo przebrały się
męki sprawiedliwych — w grobach już miejsca nie
znaleźć! — Koście umarłych gwałtem nas wypychają
ku słodkim błękitom. —
Kto leżał w prochu, niechaj powstaje, kto się we-
selił nad naszemi głowy, niechaj zadrży — bo prze-
paście wejdą w górę a wzgórza zapadną w otchłanie!
CHÓR MŁODZIEŃCÓW. Synu obietnicy, pokój Pana
niechaj będzie z tobą!
IRYDION. Pioruny gorejące Pana niechaj będą ze mną
i z wami! — Z krzywd waszych stało się moje na-
tchnienie — w łasce Jedynego, Potrójnego, wszczęła
się otucha moja — a waszą wolą, moja posetniona
siła niechaj wre 'i woła o pomstę do Boga!
Słuchajcie mnie. — Miasto rozdzieliło się tej nocy —
Syn wszeteczeństwa zachwiał się na tronie — Preto-
ryanie odwrócili serca od niego. — Lud, jak morze
niepewne, któremu wiatru się podda, dotąd kołysze się
i milczy — ale wnet nań spadną ciężkie wichrów
skrzydła, runą weń grady pomieszanych chęci. — Pa-
trzcie! widome ciemności gromadzą się nad stolicą,
która morduje proroków i świętych — W całej Azy i
powstają Legiony. — Nad Renem burzą się Alle-
many — Cezar i Aleksander zabierają się do ostatniej
rozprawy. — Ten wzywa Mitrę, tamten Statora —
IRYDION 147
a któren zwycięży, zwycięży z przekleństwem Chry-
stusowi na ustach!
Oto znak wam dany, hasło obiecane — patrzcie,
a ujrzycie. — Chciejcie, a będziecie wolnymi!
CHÓR STARCÓW. Kto ci dał władzę i na czole twoim
wyrył słowo boże? Gdzie Wiktor, Ojciec wiernych,
pasterz namaszczony? Czy on powie o tobie: »0n jest
Ten, którego Pan wzbudził?*
SYMEON {wstępując na drugą mogiłą). Ja mu świadczę!
{wznosi Krzyż) Płyńcie, łzy moje, roztwórzcie się, rany
piersi moich! — Oto Pan nad wszystkie pychy. Bóg
i zwycięzca przybity do progów śmiertelnych. — Wy,
którzy nie macie serca, stójcie na miejscu, jak głazy
porzucone na ścieżce. — Ja nie dla was mówię. — Wy,
co nie pragniecie, by Hierozolima wyszła z toni cza-
sów, starzejcie się i milczcie. — Ja nie do was mówię!
Tych tylko wzywam, dla których on hańbę znosił,
pośmiewisko wytrzymał, aż słońce od mąk Jego prze-
słoniło się nocą! Od nocy tej straszliwej kto się upo-
mniał o obelgi Syna człowieka? Nikt go nie odział,
nikt nie napoił. — Wszystkie narody ziemi jedne po
drugich ukrzyżowały go na nowo!
CHÓR MŁODZIEŃCÓW. Przekleństwo czcicielom Mo-
locha !
IRYDION. Nie wypuszczajcie chwili, która nadlatuje. —
Nie patrzcie na nią, jak na skrzydła, co mijają i giną
w oddali, jak na błyskawicę, co błyśnie i zamrze
w błyśnięciu! Ale wszyscy razem, zgodnie, wyciągnij-
cie ramiona — objąć ją — przycisnąć do serc waszych,
o bracia! — Z niej, drobnej dzisiaj, z niej, co nie po-
wróci nigdy, wydobyć iskrę życia — bo zaprawdę
wam ogłaszam, że w niej długie wieki drzemią. —
Jeśli je obudzicie, staną się waszemi!
CHÓR STARCÓW. Ogień modlitwy gaśnie w łonie
naszem — mgła tajemnicza zsuwa się nad nami —
Panie, od pokus zwodziciela wybaw nas, Panie!
IRYDION. To słabość — przez kajdany Ojców waszych,
odrzućcie ją — przez stosy Nerona, odrzućcie ją —
przez ofiary Cyrku zaklinam was, bądźcie silnemi!
CHÓR MŁODZIEŃCÓW. Głos twój, jak diwięk trąby
10*
1 43 ZYGMUNT KRASII^SKI
grzmiącej, pędzi nas ku płaszczyznom ziemi — ale
drżą nam piersi, włosy powstają na głowie! O Sy-
meonie z Koryntu, odezwij się — mów, czy nie widzisz
czego }
SYMION. Widzę wzrokiem Jana, który przed laty pa-
trzał na Hierozolimę wybranych. — On w grobie śpi
wśród nachylonych Aniołów i powstanie dzisiaj lub
jutro — wtedy się usunę — a teraz ja prorokuję, ja
wołam! ^
CHÓR. Ścisnęły się marszczki czoła jego — Krzyż
czarny drży mu w dłoniach, jak gałąź wśród wichrów!
SYMEON. Duch mnie ogarnął, unosi. — Stąpam na
zwaliskach miasta — Bożyszcza pr^wrócone, jak ka-
wały darni — orły złote bez dziobów, bez skrzydeł,
na garściach potrzaskanej broni — purpury, jak płótna
na łące, obwite niciami pajęczyn — łuny igrają po
trupach. — Rozpuszczone warkocze dziewic, długie
szaty Konsulów, Cezarów, porwane wozy znikają w od-
dali. (J>ada na kolana) O Boże umęczony, natchnij ich
dusze, jakeś moją natchnął, i ogień pożerający bitew
roznieć w ich dłoniach! {wstaje)
Modlitw waszych spienione fale dopłynęły Niebios. —
Dusze zabitych złością synów ludzkich stanęły u ołta-
rza, co wiekuiście pali się na podnóżach tronu. —
I ujrzałem tego, który panuje na tronie — przeliczył
je wszystkie, a liczba ich dopełniona i zawarta księga
świadectwa i śmierci — Głos zagrzmiał: > Odtąd mi
świadczyć będziecie życiem i zwycięstwem!*
CHÓR {przyklękają wszyscy). Chrystusie, Chrystusie, wrą
nam serca, bo zmartwychwstać chcemy! Nie opuszczaj
nas w chwili niepewności! — Daj nam objawienie Są-
dów Twoich!
IRYDION. Czy się jeszcze pytacie, ludzie małej wiary?
Wznieście oczy. — Oto pan wasz kona — oto jeszcze
roztwarte usta i ostatnie wołanie: » Czemu opuściłeś
mnie, Ojcze!* Bracia, czy my go jeszcze i dzisiaj
opuścim ?
CHÓR. Nie — Nie —
IRYDION. Ha! {odwraca się)
SYMEON. Bledniejesz?
IRYDION 149
IRYDION. Tam — gdzie zakręcają się sklepienia —
tam na samej granicy świateł i ciemności —
JEDEN Z CHÓRU. Ktoś nas podchodzi lekkiemi stopy. —
{Wbiega Matelld)
SYMEON. Witaj, Dziewico, poślubiona wiekuistej mi-
łości —
CHÓR. Skąd do nas idziesz tak późno, sama, z roz-
puszczonym włosem?
{Matella zatrzymuje się przy mogile Irydiona)
SYMEON (do Irydiona), Przemawiaj dalej!
IRYDION (obracając się do Kornelii) Czy mnie pozna-
jesz, czy moje słowa pamiętasz?
JEDEN Z TŁUMU. Słyszeliście ten krzyk świętej ?
DRUDZY. Straszno, straszno stało się o tej godzinie
sercom naszym —
IRYDION. Milczcie, teraz ona mówić zaczyna!
KORNELIA. Objawiłeś się i wyrzekłeś straszne słowo —
Odtąd biegnę i wołam — dni i nocy mijają, ja biegnę
i wołam — (odwracając się do ludu) Do broni, do
broni!
IRYDION. Przez ciebie, Masinisso, zwyciężam! (do ludu)
Dusza niewiasty prędzej od was wszystkich zrozumiała
tajemnicę niebios. — Zmyjcie hańbę waszą w krwi
bałwochwalców! (kładzie dłonie na włosach Kornelii)
Stań się żywym głosem chwały przyobiecanej ! — Ro-
zedrzyj zasłonę czasu przed oczyma ludu!
KORNELIA. W gromy zbrojnego widziałam. — Szedł
zdobywając, by zdobywać dalej — i nieśmiertelną
stałam się w obliczu jego!
CHÓR STARCÓW. Czyś miała widzenie i dotąd spo-
glądasz na jego mdlejące ostatki? Odpowiedz nam,
odpowiedz!
KORNELIA. W gromy zbrojnego widzę — Idzie i zdo-
bywa — Nic mu się nie oprze — Strzała jego cięciwy
ziemię odmierzy w przelocie — Strachem otoczył się,
jak zwojami królewskiego płaszcza, i śmierć blada po-
suwa się za nim! (ucieka)
JEDEN Z CHÓRU. Wśród głów i pochodni, jej włosy
podskakują i toną jak fala —
150 ZYGMUNT KRASIŃSKI
CHÓR. Gdzie lecisz?
KORNELIA. Gdzie światło nie dojdzie, niech mój głos
doleci; do broni!
WSZYSCY. Do broni, do broni!
GŁOS KORNELII. Rozstąpcie się, ciemności — martwe
skały, zadrżyjcie na świadectwo Panu!
SYMEON. Zniknęła porwana natchnieniem. — Teraz
słuchajcie brata mojego, zważajcie na słowa mło-
dzieńca!
IRYDION. Kto przyjdzie do pałacu Amfilocha, kto wy-
mówi, stanąwszy na progu: »Sigurd, syn Grimhildy*
ten dostanie miecz i pocisk i szyszak miedziany. —
Pamiętajcie: >Sigurd, syn Grimhildy* —
PIERWSZY BARBARZYNIEC. Niegdyś w Chersonezie
słynęła Kapłanka —
DRUGI. Imię to Ojcowie nasi powtarzali z drżeniem —
TRZECI. W borach saksońskich przybyli bracia od
morza północnego, śpiewali o niej żałobne wspo-
mnienia —
IRYDION. To matka moja, a wy bracia moi! (schodzi
i staje wśród ni cli) Dajcie ręce wasze — z błędów
wyszliśmy, ale błędy ojców ogniwami synom. — Dziś
w imieniu Chrystusa bądźcie mi wiernymi. —
CHÓR BARBARZYŃCÓW. Synu Grimhildy, synu ziemi
srebrnej, od wolnych ludzi wolne przyrzeczenie i wiara
niezłomna! Błękitnooki, długowłosy nie zdradzi cie-
bie. — Ślubuj em tobie ciało nasze, jakośmy duszę po-
ślubili nowemu Bogu!
IRYDION. Wnuk króla mężów dziękuje braciom swoim.
CHÓR BARBARZYŃCÓW. Przed laty Herman zaczął
walkę z południowym słoniem. — Święte jego kości
spoczywają w czarnych Irminsulu gajach — naprzód,
naprzód! Tameśmy, nim duch bezdrożów ujął nas za
ramie i wygnał na obszary świata, słyszeli pieśni zwia-
stujące zgon strasznego Rzymu — naprzód, naprzód!
Ty będziesz Hermanem — pod wodzą twoją zdra-
dzieckich Italów zburzymy pałace!
(słychać podziemne huki)
SYMEON. Czemu odzywasz się, ziemio, matko ciał umar-
łych a nie żyjącego ducha?
IRYDION 151
IRYDION. Wyrok zapada nad miastem —
CHÓR STARCÓW. Symeonie, Symeonie! czy pozna-
jesz gniewu pańskiego straszliwe odgłosy?
SYMEON. Zaprawdę, gniew pański wam ogłaszam
i błogosławię Jemu! — Patrzcie! Podniósł się Wszech-
mocny i otchłań woła o miłosierdzie do niego! Patrzcie!
Dreszcz bieży po skałach, zrywają się wichry, jak syczące
węże — Hosanna — Hosanna! Mogiły bałwochwalców
pękają na dwoje. — Dzień zemsty zstępuje wśród
burzy!
CHÓR MŁODZIEŃCÓW. Hieronimie, dotrzymaj obie-
tnicy! — Wola Jedynego objawia się nam —
IRYDION. Skarby moje, waszemi. — Krew moja, waszą
do ostatniej kropli — przysięgnijcie tylko krzyż ten
zatknąć na szczytach Kapitolu. —
CHOR STARCÓW. Biada wam — biada —
CHÓR MŁODZIEŃCÓW. W imieniu Chrystusa, przy-
sięgamy —
IRYDION. I wprzódy nie odpoczniecie, nie pomodlicie
się Jemu, ani ciało Jego pożywać będziecie!
CHÓR. Nie — nie — nie!
CHÓR STARCÓW. Uciekajcie, bezbożni — łamią się
filary — ziemia się rozstępuje —
IRYDION. Pod nami tak Rzym padać będzie —
INNI. Strzeżcie waszych pochodni —
SYMEON. Idźcie za mną. — Ten, którego niosę, na roz-
huzdanych falach stąpał bezpiecznie —
INNI. Ognia, ognia!
CHÓR BARBARZYŃCÓW. Rwijmy się za pasy z tłu-
mem. — Syny lodów nie zginą tu marnie wśród pod-
rzutów siarczystej, niecierpianej ziemi!
INNI. W tył, nazad — tu ognie buchnęły!
IRYDION. W tę stronę, ku naszym cmętarzom, ku
Eloimowi! — Ah, trwoga pomieszała rozumy wasze!
SYMEON. Odparła mnie opoka i jednym rzutem ru-
nąłem do stóp twoich —
IRYDION. Oprzyj się na mnie — ten głaz dotąd nie
zadrżał ni razu —
SYMEON. Gdzie ci, którzy szli za mną?
IRYDION. Zniknęli. — Nocy takiej nie widziałem nigdy —
152 ZTGMUNT KRASIŃSKI
Z tysiąca pochodni ledwo gdzie jeszcze tli się gwiazda
jaka —
SYMEON. ZgasisL ta, na którąś patrzał. — Ah! i tamta
i tamta!
POMIESZANE GŁOSY. Odpuść nam winy nasze —
w godzinę śmierci błagamy cię, Panie!
SY^&ON. Wyciągnij ramię — zawieś pochodnię nad
tym morzem cieniów —
IRYDION. Daremno —
SYMEON. Słyszałeś łoskot, co przydusił głos starców?
IRYDION. Tam odzywają się żyjący — do mnie!
SYMEON. Ale ci, którzy Pana tu błagali przed chwilą?
IRYDION. Pan już o nich pamięta teraz — do mnie,
do mnie!
CHÓR BARBARZYŃCÓW. Błądziliśmy na przemian
w ciemnościach i w ogniu — zewsząd odegnały nas
pioruny, ale serca nasze biją tak zimno, jak biły przed
burzą!
IRYDION. Przytknijcie wasze pochodnie. — Ja was wy-
prowadzę. — Ja pamiętam drogę —
SYMEON. Ot, głuche gwary się ozwały. — To bracia
nasi, co się przedarli ku Eloimowi — za niemi!
GŁOS W ODDALENIU. Pal się, ziemio, na dzień ostatni
świata —
IRYDION. Słyszeliście?
CHÓR. Nie traćmy czasu — naprzód!
IRYDION. Uciekajcie!
GŁOS {blitef). Do broni, do broni!
CHÓR. To ojciec złudzeń, który cię woła na zgubę twoją!
IRYDION. To ona!
SYMEON. Nie puszczę ciebie —
IRYDION {odpychając go). A kto ich wywiedzie, jeśli
ja nie wrócę! (idzie naprzód) Ojcze! wzywam ciebie,
niech się płomienie Erebu ukorzą przedemną!
GŁOS W POBLIŻU. I wieniec mój będzie z gwiazd
nieśmiertelnych przy boku twoim —
IRYDION. Chrystusie, Boże jej niebios, ocal nieszczę-
śliwą! —
[Rozwidnia sią — ognie z pod ziemi buchają — wśród
nich Kornelie^
IRYDION 1 53
CHÓR BARBARZYŃCÓW. Zajaśniał hełm nieustraszo-
nego i utonął w ciemnościach!
SYMEON. Hieronimie —
CHÓR. Sigurdzie — Sigurdzie!
GŁOS IRYDIONA. Spieszę do was — (wraca^ trzyma-
jąc Kornelią w odjęciach) Odwróćcie twarze — na
dół schylcie pochodnie — tędy, tędy, za mną!
CHÓR {w oddaleniu). Zbaw nas, o synu człowieka, a trzy-
kroć tak zniszczony, trzykroć tak spalony Rzym będzie,
wróg ludzi świętych południa i ludzi wolnych północy!
GŁOS WŚRÓD CIEMNObCI. Spijcie, wichry, z popio-
łami starych czcicieli.
[Nadchodzą słupy ognia^ wśród nich Masinissa)
CHÓR PODZIEMNYCH GŁOSÓW. Patrz! staliśmy się
jak lampy cichej świątyni, o my gorejący, o my nie-
szczęśliwi, ofiary mąk tylu, od wieków tylu!
MASINISSA. Przyjdzie chwila, w której cała ziemia na
pastwę oddaną wam będzie — ale na dzisiaj tu ko-
niec (irogi waszej — nie pójdziecie dalej!
CHÓR. Zwycięstwo! Do czasu, do czasu tylko żyjem
rozpaczą i nocą! I zapytają się duchy niebieskie: » Gdzie
ziemia, siostra nasza?* i zapyta się ten, który ją zbawił:
» Gdzie oblubienica moja?* a my wytrząśniem pod ich
gwiazdy Jej umarłe popioły!
^L\SINISSA. Zwolna, z cicha, dzieci moje! — Ta chwila
w nieśmiertelności waszej, ale tysiąc tysięcy ludzkich
pokoleń od niej przegradza was jeszcze!
Wprzódy muszą siły swoje styrać — każdą wiarę
krwią popierać i ogłosić ją fałszem — każde zaprze-
czenie błotem zarzucić i ubóstwić je wreście! — aż
doważy się szala ich mierności i dumy, aż siwizna
głupstwem się stanie a siła szaleństwem!
CHOR. I zginą!
MASINISSA. Myśl ich osiądziem — w niej światy two-
rzyć będziem coraz dalsze od prawdy — tak iskrę,
którą wzięli z górnych przestrzeni, zamęczym w ich
duszach — Uwieńczym ich skronie ognikami wiedzy. —
Znikome berła powierzym ich dłoniom. — Wyniesiem
ich na samodzierżców ziemi!
1 54 ZYGMUNT KRASIŃSKI
CHÓR. I zginą!
MASINISSA (przechadza sią wśród ogniów). Wiaro,
nadziejo, miłości! Trójco, która miałaś trwać na wieki,
rozerwałem cię dzisiaj w sercach dzieci najukochań-
szych, błogosławieństwa Twego! Nie — Ty niemi nie
zaludnisz spustoszałych przestrzeni, kędy wrzały nie-
gdyś roje szczęśliwych i pięknych — Ty juź nigdy
takich nie dostaniesz synów! — Sama zgasiłaś słońca,
które były chwałą twoją!
CHÓR. Niechaj trony nasze wiecznie sterczą próżne
i martwe — niechaj pieśni pochwalne u ich stóp konają!
MASINISSA. Tej nocy naszych następców poczęła się
zguba. —Jako my niegdyś, tak i oni odpadną od niego!
CHÓR. I przyjdą jeść chleb nasz i mieszkać w ciem-
nym domu naszym!
MASINISSA. Wrogu! ty wiesz, źe ich duch obłąkany
od pierwszej wiosny ziemi! — Odtąd dnia nie będzie,
żeby się nie kłócili o przymioty i imiona Twoje!
W Imieniu twoim będą zabijać i palić — W Imie-
niu twoim gnić i milczeć — W Imieniu twoim uci-
skać — W Imieniu twoim powstawać i burzyć!
Ukrzyźowan będziesz zarówno w ich mądrości i nie-
wiadomstwie, w ich rachubach i szałach, zarówno
w sennej pokorze ich modlitw i w bluźnierstwach ich
dumy!
Na szczytach niebios ten puhar goryczy pić będziesz,
dopóki ich nie przeklniesz na wieki. — Na szczytach
niebios, wśród potęg twoich, doznasz, co to piekło nasze!
CHÓR. Chwała nam i Temu, co dotąd jaśnieje w ogniu
odrzucenia, jak pałał niegdyś tęczami siły! Chwała
nam — chwała nam!
MASINISSA. On skazę piorunów zakrył dłonią na
czole. — Na dnie przepaści on myśl krzepi na dzień
ostatni świata! Chwała Jemu. — A teraz owiońcie mnie,
ciemności — teraz w milczeniu skonajcie, bracia moi!
TRZECIA CZĘŚĆ.
Namiot w obozie zamiejskich Pretoryanów — Arystom-
machus i Lucius Tubero na przodzie — W głąb i na
łatach Aleksander Severus i Ulpianus rozmawiają po
cichu — Wchodzi Irydion.
IRYDION. Przybywam, Rzymianie, w imieniu Pana wa-
szego. — Odmówcie wasze skargi — każdą wysłucham
i na każdą odpowiem według myśli Cezara —
ARYSTOMMACHUS. Jeśliś był ciekawy zażaleń naszych,
trza było do nas zawitać przed rokiem. — Wtedy by-
libyśmy rozprawiali z sobą — ale dziś. Greku, kto jął
się oręża, ten zapomniał się skarżyć — kto grozi, ten
nie odpowiada, ale rozkazuje — Przechodząc widziałeś
wszystkich stojących w zbrojach, gotowych do pochodu!
Innej odpowiedzi nie otrzymasz odemnie!
IRYDION. Czy tak samo i Lucius Tubero myśli?
TUBERO. Chociaż mój popędliwy towarzysz lepszy do
szeregu niż do mównicy, jednak, Irydionie, do jego słów
w tej chwili mało co mam dodać. — Przypomnisz
tylko od nas Imperatorowi, żeśmy długo prośby nasze
podawali bez żadnego skutku — że obiecanego amfi-
teatru nie raczył nam wystawić i że należnych nadgród
nie rozdał. — Odemnie przypomnisz Imperatorowi, że
ojca mojego do przerżnięcia żył sobie w kąpieli, że
córkę siostry mojej do połknięcia gorejących żarów
przymusił. — Powtórzysz mu imiona Senatorów, któ-
rych na utratę czci i gardła w przeciągu trzech lat
skazał. — Powiesz, mu że liczyłem niegdyś krocie przy-
156 ZYGMUNT KRASTŃSKl
jaciół i krewnych opływających w dostatki — a źe dzisiaj
nie mam juź nikogo — lub źe głód rozdziera wnę-
trzności tych, co pozostali. — Ale za to żyje Euty-
chian i kilku wyzwoleńców i kilka nałożnic purpurę
noszą. — Dodasz wreście, źe zhańbił Greczynkę z sta-
rożytnego, z uczciwego domu . . . {^Irydion dobywa ta-
bliczek i stylem pisze na nich) Co zapisujesz, synu
Amfilocha?
IRYDION. Tę chwilę, imię twoje i śmierć twoją. — Teraz
ciągnij dalej!
TUBERO. Dzięki ci, Danausie! Jednak oświadcz Panu
Twemu, że, jeśli wyda Eutychiana, byśmy go na krzyżu
rozbili, i wszystkie skarby swoje, byśmy sobie z nich
żołd wypłacili ; źe, jeśli złoży natychmiast władzę Kon-
sula, Trybuna i Arcykapłana, to go może jeszcze zo-
stawim przy życiu, przy kochance, i ode§zlem tam,
skąd się do nas przywlókł na wstyd i nieszczęście
miasta!
ARYSTOMMACHUS. Niech się tylko spieszy, bo jutro
o świcie u bram Rzymu staniemy — godziną później
w pałacu Cezarów!
IRYDION. Czy nic juź więcej, przezacni Rzymianie ?
ARYSTOMMACHUS {dobywając miecza). To jedno
tylko!
TUBERO. Bo tem tylko można się odwdzięczyć w dniu
jednym za poniżenie lat kilku!
ARYSTOMMACHUS. Tem tylko przeciąć diadema na
skroniach Cezara i wyziębić uśmiech szyderczy na
ustach Jego powiernika!
IRYDION. Dobrze mówisz — zgadłeś! — Śmieję się
sercem całem, bo słyszę Rzymian, mówiących o jarzmie
ze wstrętem, z oburzeniem o hańbie!
Wy, których Ojców na trzodę bydła zamienił Tybe-
rius, wy, których Ojcami gardził Neron, sam pogar-
dzony od kurzawy, na której stąpał, śmiecie wyrzekać
na poniżenie! Wy, potomki tych, którzy całą ziemię
spodlili! — nie łudźcie się daremnie! — Ród wasz czy
dawniej czy później był zawsze świątynią podłości! —
Inaczejby pod strumieniami, co z niej wypłynęły,
nie była wyschła i Azya i Grecya i świat, jako wielki.
IRYDION 157
jako nieszczcjśliwy, aź po Hyrkańskie Syrty i pustynie
Jazygów! — Tak, tak, śmieję się, Rzymianie, ale ten
śmiech, nie wiecie, co wróży. — {postępuje kilka kro-
ków naprzód) Jeśli broni nie złożycie natychmiast —
jeśli nie padniecie do nóg Heliogabala — jeśli dzie-
siątego z pomiędzy siebie nie poświęcicie zemście
Jego, biada wam wszystkim! Takie moje zlecenia —
ARYSTOMMACHUS. Precz stąd — wracaj do Syryj-
czyka! — Niech włosy namaści do biesiady Plutona. —
IRYDION.Z tobą już skończyłem. — Dla tamtego mam
jeszcze słów kilka, [zbliża się do Aleksandra)
ULPIANUS (do Aleksandra). Zbądi go milczeniem po-
gardy!
ALEKSANDER. Nie mogę!
IRYDION. Brat się przypomina Tobie — zapytuje się,
czemuś zniknął w nocy z pałacu Cezarów — wzywa
cię nazad i karę śmierci zamienia dla ciebie na karę
wygnania —
ALEKSANDER {porywając się z łoża do Ulpiana). Jesz-
cze raz, nie — pod tem coś się ukrywa — zostaw
mnie z nim, proszę ciebie — oddalcie się, przyjaciele.
(wychodzą wszyscy) Synu Amfilocha, czyż mściwe Bogi
rozciągnęły między nami chmurę jaką zwodniczą ? Ja
nie pojmuję ciebie! — Ty może nie poznajesz Sewera? —
Irydionie, ty ślubowałeś przecie Hekatombę Fortunie,
która dzień sprawiedliwości rozświeci nad Rzymem ? —
IRYDION. I dotąd Bogini to samo przyrzekam. — Gdyby
mogła choć jedną chwilę sprawiedliwości mi przynieść,
kto wie, moźebym przez wdzięczność sam Rzym w He-
katombie poniósł na jej ołtarze!
ALEKSANDER. Synu Amfilocha, nie obrażaj mnie dwu-
znacznemi słowy — bo winieneś mi wdzięczność za
to, że własnym oczom nie dowierzam, choć mi jasno
przewrotność twoją wskazują. — Ach! sam nie wiem,
czemu ci ufać pragnąłem!
IRYDION. Dzięki moje Sewerowi! Gdyby mnie były
Losy stworzyły człowiekiem i serce moje chciały upo-
sażyć błogim diarem przyjaciela, byłbym je prosił o cie-
bie. — Teraz chyba żelaza piersi naszych zetrą się na
polu bitwy!
I5S ZYGMUNT KRASIŃSKI
ALEKSANDER. Czas jeszcze — porzuć sprawę Tyrana;
wyjrzyj z mgły, którą się otoczyłeś, i>owiedz mi jedno
słowo przywiązania, a nie będę wątpił o wierze twojej !
Irydionie, gdzie siostra twoja?
IRYDION. Tam, gdzie ją Fatum przykuło!
ALEKSANDER. Ale ona czysta, jak myśl moja o niej! —
Irydionie, wołam na ciebie — Irydionie, zatrzymuję
ciebie — ona go nie cierpi — czytałem w jej oczach
nieznośne męczarnie — a tybyś miał walczyć w Jego
obronie ?
IRYDION. Czemu dni twoje tak krótkie, latorośli młoda!
Z uniesień twoich ku piękności i cnocie śladu nie zo-
stanie — przejdziesz, jak dźwięk nie słyszany od ludzi,
tylko znany Bogom!
ALEKSANDER. Czemu tak żałobnym wzrokiem wpa-
trujesz się we mnie? Ach! słyszałem, że matka twoja
gdzieś, kiedyś, nosiła Boga potężnego w piersiach!
IRYDION. Puścizną dobrego po niegodziwych jest —
kara! Synu Mammei, twoja godzina się zbliża!
ALEKSANDER. Ty chcesz mnie przerazić?
IRYDION. Mylisz się , ja ci tylko prawdę ogłaszam. —
Jeśli przegrasz, zginiesz z ręki zwycięzcy, jeśli zwycię-
żysz, z ręki tych, którym za hasło dzisiaj twoje imię służy.
ALEKSANDER. Hańba temu, ktoby się frasował o śmierć
przed godziną lub w godzinę śmierci! Bądicobądi,
zostań przy mnie. — Ja Elsinoę wyrwę z paszczy Ty-
grysa i Rzym na nowo stanie się wiosną siły, zbrojną
w nieśmiertelne gromy. — Czemuś się wzdrygnął?
Co tak cierpkiego dla ciebie w tych nadziejach moich?
IRYDION. Przypomniałem sobie, że przyszedłem od Ce-
zara po twoją odpowiedź!
ALEKSANDER. Nie wspominaj mi Jego — ale jeżeli
jaką iskrę czucia dały ci Bogi, niech ją krzywda sio-
stry i pamięć Ojca teraz na pożar zamieni! Przecie
naddziady twoje śpiewali Persom, że zemsta jest roz-
koszą Bogów!
IRYDION. Niewinny jesteś — (ściska mu rąką) ostatni
raz — ostatni, bo oba stoimy nad grobem, i nim trzecia
wejdzie zorza, jeden z nas zstąpi do Erebu. {wychodzi)
IRYDION 159
Sala w pałacu Cezarów w filary, w rzeźby y w kosz-
towne naczynia — pośrodku ołtarz poświęcony Mitrze —
w głębi kurtyna w drogie kamienie^ spuszczona od dwóch
kolumn złotych — Elsinoe w purpurze cesarskiej —
Irydion wchodzi w szyszaku i zbroi —
IRYDION. Gdzie przeklęty?
ELSINOE. Tam, tam ciało Jego leży na fiałkach, dusza
na łonie jędz spoczywa. — Wyszłam, by odetchnąć
na chwilę!
IRYDION. A nim zasnął, czy mówił o mnie ? — czy go
przygotowałaś tak, jak przykazałem?
ELSINOE. Przystał na wszystko płacząc i tłukąc się
w skronie. — Eutychiana przywołał, rzucił mu się na
szyję, za ręce go ściskał, ale jeszcze nie śmiał oznaj-
mić, że ty weźmiesz dowództwo pretorium — powta-
rzał tylko, iż się spodziewa, że łagodnemi słowy i obie-
tnicami nawrócisz zbuntowanych — mnie się polecał,
bym go moim polecała Bogom — potem skoczył i legł
wśród kwiatów i tarzał się, jak wąż niespokojny. —
IRYDION. Obudzić go trzeba —
ELSINOE. Chodź za mną. (idzie i roztwi^ra kurtyną^
za nią widać drzemiącego Heliogabala na stosach
rót i fiałków)
IRYDION. Czekaj, jeszcze te usta rozemknięte coś wy-
mówić mają.
ELSINOE. Przekleństwo im! czy sennym, czy na jawie,
czy żyjącym, czy w grobie!
HELIOGABAL. Iry, Iry, czego opuściłeś mnie?
ELSINOE. On marzy o tobie —
HELIOGABAL. Elsi, Elsi moja, czego opuściłaś mnie?
ELSINOE. Ah! córa Grimhildy nigdy twoją nie była!
IRYDION {dotykając się Heliogabala). Imperatorze!
HELIOGABAL. Kto woła — co — gdzie ? {zrywa się)
Ah! to wy! — Ah! to róże moje i kochane trójnogi!
{bierze ich za race i kilka kroków idzie naprzód) Umie-
rałem już, kiedy głos twój mnie wskrzesił!
IRYDION. Cóż tak strasznego widziałeś?
HELIOGABAL. Okropnie mi było. — Zdało mi się w po-
czątkach uśpienia, że lud cały i wszystkie narody zdrob-
l6o ZYGMUNT KRASIŃSKI
niały w karła bezsilnego, spętanego w łańcuchy; moja
noga błyszczała na jego włosach, jak muszla przejrzy-
stej białości — Tron mój pałał blaskami Olimpu —
Rzym też już płonął naokoło, według obietnicy twojej,
i ludzi nigdzie nie było, bo wszystkich żyjących gnio-
tłem jedną stopą moją!
IRYDION. A więc pomyślną wróżbę zesłały ci Bogi!
HELIOGABAL. Słuchaj, słuchaj. — Zdało mi się, że
z Mausoleów powstali umarli — powstał Tubero i Lu-
cius Viktor i dwaj Apuleje i inni ; wiesz, inni wszyscy —
a u widnokręgu nagle ukazał się ojciec mój Karakalla,
z głową okręconą żmijami, z ludzkiemi czaszkami
w dłoniach, ogromny, zataczający się w popiołach, i za-
padł wołając: » O Synu I « — Oni wtedy ku mnie stąpać
zaczną — karzeł rozśmiał się i zrzucił nogę moją —
Oni idą, idą — Tyś stanął przy mnie, a z drugiej
strony ona — Oni idą , patrz , idą togi zarzuciwszy na
lewe ramię, w prawym ręku ściskając sztylety. — Wtedy
rzekłeś, wydając mnie: »Oto Cezar* i Elsinoe rzekła
wydając mnie: >Oto wasz morderca* i sto nagich bły-
skawic mignęło przed mojemi oczyma — sto rozrzy-
nających gromów ugrzęzło mi w piersiach! (cofa sią
i zakrywa oczy) Znowu on, on. Ojciec mój!
IRYDION. Otrząśnij te ziarna zwodnicze, któremi prze-
latujący Morfeusz osypał ci zmysły. — Teraz więcej
niż kiedykolwiek bądź przytomnym i silnym — bo
pretoryanie zerwali z twoją purpurą na zawsze! Ale-
ksander zaprzysiągł nie spocząć, dopóki twoim dyade-
matem skroni nie opasze!
HELIOGABAL. O, ja nieszczęśliwy! Możeś ty im nie
powiedział wszystkiego, nie obiecał przebaczenia i na-
gród?
IRYDION. Nie złota, ale krwi twojej żądają!
HELIOGABAL {obejmując ołtarz ramionami). O Trójco
rozkoszy! O chaldejski Panie!
ELSINOE. Dopóki u nóg Mitry kwilisz, dopótyś w kole
niebezpieczeństwa i śmierci. — Módl się do Odyna,
a zlecą święte kruki i przemogą nad orłem —
HELIOGABAL. Głos twój, Elsinoe! głos twój niechaj
słyszę w ostatniej godzinie — ramiona twoje daj pier-
IRYDION l6l
siom moim za przepaskę śmiertelną — Ja cię kochałem
za życia, choć ty mnie nie cierpiałaś —
ELSINOE. Nie konaj przed zgonem — wstawaj, każ
przywołać Eutychiana i straż twoje — Bratu mojemu
daj władzę, a on ci da zwycięstwo —
HELIOGABAL (^podnosząc się), Ah! gdyby można
jeszcze ....
IRYDION. Nie — nie trza grać w koście życia i śmierci
na ołtarzu Fortuny! — Dziś w nocy jeszcze miasto
zacznie się palić — nie lękaj się — przy tym świetle
skonają pieśni na ustach Arystommacha. — Gdzie skarby
twoje?
HELIOGABAL. Część przesłałem już do Syryi — reszta
pod strażą Eutychiana —
IRYDION. Co zostało, każ rozdać pretoryanom dworu!
EUTYCHIAN (wbiegając). Boski, Boski, ile się nam dziać
poczyna! — Lud odpędził żołnierzy od bram Kuryi —
Senatorowie się wcisnęli do Kuryi. — Siedzą i radzą —
a o czem, miły Anubisie.^ O śmierci Boskiego!
IRYDION. Spiesz się, Cezarze!
HELIOGABAL. Stary przyjacielu, podaj mi rękę. — Tak,
dobrze, opieram się na Tobie, jak za dawnych czasów —
razem kadziliśmy w świątyniach Mitry, piliśmy razem. —
Ah! w przeszłości mojej wszak smaczne bywały papu-
zie wątróbki i dziewic rozgorzałe usta — a teraz lo-
som przeciwnym ustępujemy razem — miecz swój od-
daj Irydionowi — proszę cię — Ty zostaniesz przy
mnie, a on będzie prefektem pretorium!
EUTYCHIAN. Kto! ja? oni chcą głowy mojej, on do-
stojeństwa mego — bez głowy, bez miecza, jakże to
będzie? — ja przyprawiłem dla ciebie ostatnią czarę
Sylwiusza, a
HELIOGABAL. Milcz i oddaj!
EUTYCHIAN {miecz odpasując). Greku, nie trudi dzie-
cięcia mojego — ono u lędźwi moich zawsze się hoj-
dało w miedzianej kolebce —
POSł.ANIEC (wbiegając). Panie mój, w tej chwili prze-
brany wyszedłem z Senatu; a kiedym wychodził, już
wnosił Kanuleius, żebyś zginął śmiercią Nerona, a brat
twój państwo odzierżał!
z. Krasiński, Tom I. II
1 62 ZYGMUNT KRASIŃSKI
HELIOGABAL. Ah! ah! ci sami twarze pasowali wczo-
raj do śladów moich na piasku —
IRYDION. Jeszcze raz: nie lękaj się! — Ty, żołnierzu,
przebiegnij dolne piętra i zwołaj co możesz Pretorya-
nów — niech czekają na mnie w Atrium Domicyana —
potem skocz do mojego pałacu. — Tam znajdziesz go-
towych Gladyatorów pod wodzą Scypiona — niechaj
w tej samej chwili ruszą ku bazylice, w której senat
rozpoczął obrady — a przechodząc niech wołają imię
moje! {posłannik wychodzi) Synu Scaemidy, rozpędzę
tych mówców i lud rozepchnę, jak dwie nędzne fale! —
Lecz, by Aleksandra zwyciężyć, trza mi czegoś więcej
jeszcze!
HELIOGABAL. Mów —
IRYDION. Czasu nie masz ogłosić mnie panem dni
kilku przed wojskiem i ludem — pożycz mi pierście-
nia twego — a kto nań spojrzy, uzna mnie namiest-
nikiem Cezara i pójdzie za mną, jeśli wierny Tobie.
HELIOGABAL. Czy nie wiesz, że Gieniusz państwa na
tym kamieniu wyryty? że świętokradzcą Imperator,
który go cudzym dłoniom powierza?
EUTYCHIAN. Oddaj — proszę cię, oddaj Irydionowi ! —
Ja zostanę przy tobie, a on będzie Cezarem!
HELIOGABAL. Nie przedrzyźniaj pana twego — patrz
na ten żart obosieczny, maczany w jadach Getulskich — .
przyszła mi chętka zatknąć go w sercu twojem. —
EUTYCHIAN. Złota klinga! złota, sługa twój nie lękał
się nigdy —
{Heliogabal rzuca sią na niego)
Przepowiedziano w kościele Ozyrysa, że we trzy dni
po śmierci Eutychiana Cezar ducha wyzionie —
HELIOGABAL. Co mówisz, przyjacielu? — Ah! podłóż
ramie głowie mojej biednej — nie wierz złym języ-
kom. — Ja nigdy nie przestałem cię kochać —
EUTYCHIAN. Jak piany Macedończyk starego Klitusa —
IRYDION. Znaku mi potrzeba — znaku —
HELIOGABAL. Precz! — nie oddam ci tych wężów
złocistych i tego Boga z dyamentu! — Masz wszystkie
moje skarby, czary, jedwabie — dosyć, dosyć — {od-
zywają sią krzyki z daleka)
RYDION X()3
IRYDION. Czy słyszysz początek pieśni tryumfalnej
Severa ?
ELSINOE. Uczcij i uszanuj syna kapłanki — czyń wolę
syna kapłanki!
HELIOGABAL. O Elsi! —
IRYDION. Słyszałeś wyrocznię? — ręka twoja!
HELIOGABAL. Sam zdejm z palca Heliogabala —
nie — poczekaj jeszcze chwilę — kiedyś i ja biłem
się z Legiami Makryna. — Dzień był rażącej pogody —
wóz mój srebrny toczył się po trupach i włóczniami
złotemi ciskałem, promieńmi drugiego słońca! — Dzi-
siaj ja chcę na nowo .... Ah ! — czy widzicie nad
Trójnogiem? — Ah! teraz za kolumną — On sam
i ręką mnie woła — Okręca się purpurą z krwi wła-
snej — Ojcze! {pada w race Eutychiana) Źle mi, przy-
jaciele — pierś moja, jak dom porzucony — nie ściskaj
mi tak dłoni, Greku — zbrodnia zelżonego Majestatu . . .
IRYDION. Gdzie siła, tam niechaj będzie i godło! —
(zdziera pierścień) Idź zasnąć — a kiedy zerwą się
płomienie, przyjdę cię obudzić!
HELIOGABAL. Eheu! on teraz Cezarem — prowadź
mnie, Eutychianie. — Siądziesz u wezgłowia mego. —
Tarczę moją gładzić będziesz. — Wśród pożaru chcę
raz jeszcze przejrzeć się w niej. — Ah! słabo, zimno,
czarno Heliogabalowi! — Eheu — Eheu! — O Elsinoe!
ELSINOE. Spieszę za tobą —
EUTYCHIAN. Cny Amfilochidzie! kiedy piasek jeść
będziesz i własną krwią popijać, wspomnij o mnie. —
Byłem za młodu kucharzem.
(Kurtyna zapada nad nim i Cezarem)
ELSINOE. Stało się. — Szaleństwo mu dałam za ostat-
niego towarzysza u brzegu wód piekielnych, nad któ-
remi stoi teraz. — Mów, czy mam jeszcze co wykonać,
o bracie, bo dzisiaj w nocy, bo jutro nad rankiem
przyjdzie może Pretoryanin — może wcisną się pło-
mienie lub pierś sama nie zechce dalej cierpieć i wzgar-
dzi powietrzem!
IRYDION. Strzeż go, dopóki nie wrócę — wtedy opu-
ścisz skazane progi i pójdziesz za mną —
104 ZYGMUNT KRASIŃSKI
ELSINOE. A z nim co będzie?
IRYDION. Mało mi zależy na jego śmierci, mało na
j^o życiu. — To, co nim było, na palcu moim połyska,
to, co nim jest, nie warte jednej myśli mojej!
ELSINOE. Jeśli tak, zbliż się do mnie — jeszcze, jesz-
cze — a teraz czy słyszysz cichy głos mój?
IRYDION. Czego chcesz, siostro? — ręka twoja drży
w mojej — bicie serca twego rozlega się na tym
pancerzu!
ELSINOE. Niechaj więc zgasną oczy, pod któremi zwię-
dłam — niech ramiona, co opełzły szyję moją, opadną,
jak dwie starte żmije! — Usta, co pierwsze ust moich
dotknęły, niech znikną w popiołach!
IRYDION. Na jednym więc stosie o tej samej chwili
on i Severus ....
ELSINOE. Nie — nie! — Daj mi ostatniej woli do-
kończyć! — Znam, Irydionie, siłę ręki twojej i dla tego
ostatnią prośbę zanoszę do ciebie: oszczędzaj Ale-
ksandra na polu bitwy — nie zarzucaj śmiertelnych
cieniów na to greckie czoło! — On jeden się domy-
ślał.... Ah! czemu lica odwróciłeś odemnie?
IRYDION. Nie myśl o nim! On jeden już tylko Romę
wydziera z objęć nienawiści mojej — Bogowie poza-
zdrościli go ludziom — wyrok jego zapadł już od-
da wna! —
ELSINOE. A więc raz jeszcze siostrę przyciśnij do
łona! — czujesz-li, jak to serce pracuje? nim wrócisz,
ono pęknie, synu Amfilocha! — Ale pamiętaj — krwi
niczyjej Elsinoe nie żądała od ciebie! — Żyjcie wszyscy,
wszyscy — i on, Syryjczyk, i on, przemierzły, niech
żyje — pod koniec ofiary rąk białych i śnieżnej szaty
nie skazi dziewica! — Ah! ona stała długo przed
ołtarzem. — Dniem i nocą jej sny, jej żądze, jej wio-
sna paliła się na zgliszczach! — Patrz! dymy z niej
tylko w powietrzu — ale godzina już blizka i ciało
się odwiąże, jak koturnu taśmy — wiązka piołunu
tylko zostanie na ziemi i duch stanie się cieniem!
GŁOSY ZEWNĄTRZ PAŁACU. Naprzód! przez For-
tunę Irydfona Greka!
IRYDION. Precz z niewczesną żałobą, kiedy już Nemezis
IRYDION 165
wieniec zemsty dla nas w każdej ręce trzyma! — Zwy-
cięstwo zstępuje mi w duszę! — W tych szczękach,
w tych wrzaskach hasa życie moje. — Urodziłem się
w tej chwili, a ty miałabyś umierać? Bądź raczej szczę-
śliwą i dumną! — Co twój Ojciec wzywał, o co Bo-
gów ze łzami długie wieki prosiły, zbliża się jak pio-
run. — Huki grzmotów czy już słyszysz w oddali ?
GŁOSY. Irydion, Irydion!
IRYDION. Bądź zdrowa!
ELSINOE. Idź! — Ty bądź szczęśliwym i wielkim —
a jeśli kiedy przepływać będziesz po Egejskich wodach,
garstkę popiołów moich rzuć na brzegi Chiary!
Najwyższy Taras pałacu Irydiona otoczony balustradą
i posągami Bogów Greckich — Masinissa na krześle
z kości słoniowej — z tyłu domownicy y barbarzyńcy,
żołnierze Irydiona.
MASINISSA. Patrzcie jeszcze!
PILADES. To pewno, że około bazyliki coś dzieje się
teraz — ale co, to chyba Sfinksy odgadną. — Stąd łuk
Septimiusa wygląda, jak dziecię na piasku. — Jeden
tylko Kapitol jak wielki, tak wielki!
JEDEN Z BARBARZYŃCÓW. O dwieście kroków dajcie
gałąź leszczyny, a rozedrę ją strzałą po strzale. — Lecz
to Forum przeklęte za daleko stoi!
MASINISSA. Choć lat tyle cięży moim powiekom
i słońc różnych tyle psuło mi zrzenice, wzrok mój
dalej sięga, ludzie młodzi. — W tej chwili sęp Jego
hełmu przesuwa się nad tłumem — przed nim idzie
miecz dobyty Scypiona — za nim czarne głowy braci
waszych!
DRUGI BARBARZYNIEC. I mnie raz łysnęło się
w oczach —
PILADES. Czy wydało mi się, bracia? czy słyszałem
jakby konające echo głosów tysiąca?
INNI. Ot! grzmi znowu —
MASINISSA. Nic mu nie będzie — przeszedł i już zni-
knął w przysionku. — Gladyatorowie usiedli na scho-
1 66 ZYGMUNT KRASIŃSKI
dach, a motłoch, jak znużone morze, liże stopy gmachu. —
Ho! Yerresie —
YERRES. Jestem —
MASINISSA. Wielu masz ludzi pod sobą?
YERRES. Syn Amfilocha powierzył mi niewolników z Sy-
cyonu i rotę Germanów, co od Legii Cysalpińskiej
zbiegła do nas wczoraj —
MASINISSA. Jak tylko wejdzie Hesperus, ruszysz z niemi
ku Samnickiej bramie. — Tam czekaj, aż słup ognisty
wzbije się z wierzchołków, na których rozmawiamy,
a wtedy zaczynaj od villi Rupiliusa i pożar rozpusz-
czając w lewo zmierzaj zawsze ku Forum —
YERRES Polegaj na mnie, jak na Katylinie!
MASINISSA. Ah! ufam staremu patrycyuszowi, że puhar
zemsty wychyli aż do dna.
YERRES. I znów napełni do brzegów —
MASINISSA. Alboinie!
ALBOIN. Czego żąda syn Pustyni?
MASINISSA. Ojciec raczej — gdzie twoi Herule?
ALBOIN. Już wrócili, zatrzymawszy jeden wodociąg za
miastem a w mieście fontannę Galby i zdroje Manliusa. —
MASINISSA. W nocy stanowisko twoje będzie u sa-
dzawki Nerona — pamiętaj czynić powinność, na którą
przysiągłeś.
ALBOIN. Nie ma co przypominać — wioskę hordy
mojej Cesarz Karakalla spalił nad brzegami Renu —
mnie kazał służyć i dosłużyłem się wreszcie dzisiejszej
nadgrody! Odepchnę żeby ślepego starca z wiadrem,
żeby drobne chłopię z rączką wyciągniętą po kroplę
wody!
MASINISSA. Dobrze mówisz. — Błogosławieństwo starca
nie zaszkodzi Tobie!
YERRES (do Masinissy). Proszę cię, spojrzyj — serce
mnie boli z oczekiwania —
MASINISSA. Pusto już wszędzie. — Jeden Scypion tylko
leci na koniu —
WSZYSCY. Skąd?
MASINISSA. Od Kuryi Hostylii — teraz jednym sko-
kiem przepadł wśród pałaców —
PILADES. Może panu naszemu trza ruszyć na pomoc —
IRYDION 167
MASINISSA. Nic nie słyszycie?
WSZYSCY. Nic — nic —
ALBOIN. Jakiś niedobitek dźwięku krąży w uchu mo-
jem —
MASINISSA. Ja wam mówię, że tętnią kopyta. —
YERRES. Coś takiego — coś takiego —
PILADES. Patrzcie! — On, on się wydobył —
YERRES. Teraz obelisk i portyk go przesłoni —
ALBOIN. Jak strzała przebił na wylot świątynię —
MASINISSA. Scypionie!
GŁOS SCYPIONA. Zwycięstwo!
CHÓR. Niech żyje wnuk Afrykanina!
GŁOS SCYPIONA (na wschodach). Nie traćcie czasu —
słońce już w kałuży krwi tonie za Tybrem — z lochów
wynieść pnie i gałęzie cyprysów i, nim wejdą gwiazdy,
stos z nich ułożyć nad domem — {wchodzi) Yerresie,
Masinisso, przyjaciele, niema już Senatu!
PILADES. A pan mój gdzie?
SCYPIO. Udał się do pałacu Cezarów, by straż preto-
ryańską obejrzyć. — Za chwilę ujrzycie go tutaj! (do
niewolników wchodzących z drzewem i konwiami) Tu,
pośrodku — między Minerwą Ateńską i Dianą z Efezu —
a każdą warstwę przysypać korą aloesu, polać zdrojem
nafty!
MASINISSA. Lubię głos twój, Lucyuszu! Mów nam, jakoś
braci wypędził z siedzeń kurulnych. —
SCYPIO. Irydion samowtór ze mną wszedł do kuryi —
Siedzieli spisani Ojcowie, jak za dobrych czasów — po-
sąg Heliogabala leżał na ziemi z głową przy stopach,
z rękoma u szyi, a Yolero starszy nogą parł mu piersi
i przemawiał, udając Katona!
YERRES. Syn kupca!
SCYPIO. Umilkł też, jak Greka zobaczył, bo na czole
Greka noc posępna, jakby noc wieków przeszłych,
leżała w tej chwili. — Maxymin Uxor zapytał, jakim pra-
wem znieważamy progi senatu — na to syn Amfilocha
oparł się o podstawę filara i, ręce założywszy na me-
duzie pancerza, rzekł: »Rozejdicie się i miasto opuśćcie! «
Wrzaski zagłuszyły te słowa. — Kapłan Jowisza, Yen-
tidius, krzyczy na Liktorów — inni porywają się z krzeseł
1 68 ZYGMUNT KRASIiNSKI
i dobywają sztyletów. — Irydion wtedy ozwał się, szy-
dząc mroźnym głosem: > W przybytku, gdzie Ojcowie
wasi potępili Grecyę, zhańbię was na zawsze, jeśli mnie
nie usłuchacie!* Volero rzucił się z pod mównicy, ale
sztylet jego zśliznął się na zbroi Greka, i sam padł
u podnóża Kaliguli — na ostrym węgle rozkrojone
czoło krwią plusnęło i zemdlał Senator. — Grek nie
raczył nawet dobyć miecza, obrócił się ku mnie: » Od-
daję ci ich, Scypionie* i klasnął. — Nasi drzwi ze spiżu
wyrwali, Liktorów przeparli, runęli do Kuryi — przed
ostrzami ich mieczów ustępowali Ojcowie — kto się
opierał, ten leży obok Yolerona — kto mógł, wysko-
czył bocznemi ujściami — uciekając, świadczył się Jo-
wiszem, a ja zwycięstwem pod Zamą, Yerresie!
YERRES. Ah! mnie tam nie było!
MASINISSA. Uspokój się — za to dziś w nocy zasią-
dziesz do lepszej biesiady!
CHÓR. Oto pan nasz idzie — głos jego słyszymy —
{wchodzą Gladyatory — za niejni Irydion)
PILADES. O synu Amfilocha, tyś nam wrócił cały! —
IRYDION. Wstań, dobry mój Piladzie — dzięki tobie!
Ha! stos już wzniesiony, tylko niema całunazamiantu
dla popiołów Romy! — Witajcie mi wszyscy. — Starcze,
rozdałeś rozkazy?
MASINISSA. Stało się według życzenia syna mego. —
IRYDION (siadając przy Masinissie). Odpocznijmy
chwilę, zdejm mi szyszak, Piladzie — Lucyuszu!
SCYPIO! Słucham, wodzu!
IRYDION. Zważaj pilnie na każde słowo, iżbyś je zapa-
miętał i strzegł, jak zemsty swojej! — W ogrodach pa-
łacowych stali Pretoryanie w nieładzie i przerażeniu,
jedni piani, drudzy bez oręża, inni bez znaków Cen-
turyi swojej. — Dałem im się wykrzyczeć — a kiedy
ucichły gwary, wzniosłem rękę moją — na widok pierś-
cienia niebezpieczeństwo grożące pojęli. — Trybuni
otoczą mnie i pytają się — krótko przemówiłem —
rzezańce Syryjczyka znieśli pełne misy srebra — przy-
sięgi straszne z ust wszystkich zagrzmiały — »aż do
ostatniej kropli — aż tchu nie stanie* i inne, na dzisiaj
IRYDION 169
dobre, zgrzybiałe do jutra. Idź więc i obejmij nad niemi
czuwanie — uprzedziłem, źe przyślę jednego z moich —
na znak weź miecz Eutychiana i na pomoc przybierz
Gladyatorów Elsinoi. — Trzymaj ich ciągle w oczeki-
waniu, mów, zeza murami już widać manipule Severa —
kiedy jęk w mieście rozlegać się zacznie, mów, że to
manipule Severa — kiedy łuna dojdzie ogrodów, mów,
źe to manipule Severa. — Oni nie wyjdą na spotkanie
wściekłych braci swoich — a gdyby nad rankiem na-
deszli Zamiejscy, wtedy z początku łudź Aleksandra,
wynajduj jakie chcesz warunki, zrywaj je i odnawiaj,
dopóki cierpliwości mu stanie — a potem bij się do
upadłego. — » Heliogabal i Karakalla* niech będzie
twojem hasłem zwodniczem — aż ujrzysz płomienie
u szczytów Kapitolu i płomienie na Forum — poznasz
wtedy, że syn Amfilocha blizki!
SCYPIÓ. A gdyby Syryjczyk wyczołgał się z głębin pa-
łacu i chciał pomieszać nam szyki T
IRYDION. Nad Syryjczykiem czuwa siostra moja. —
Zresztą szanuj Jego życie do końca, bo Pretoryanie
służą nam tylko, dopóki on oddycha. —
SCYPIO. A ty gdzie się udasz?
IRYDION. Może jeszcze w nocy zawitam do ciebie. Te-
raz spiesz się — już zmierzch lekkie zagony rozpuścił
po niebie. —
(Scypio wychodzi)
I tobie czas odejść, Yerresie!
YERRES. Za mną I {wychodzi z kilkoma)
IRYDION. I Alboin w jedną drogę z niemi. —
ALBOIN. Do widzenia, Sigurdzie! (wychodzi)
IRYDION (do niewolników). Nie długo i wam już trzeba
się wybrać. — Lecz pierwej w dolnych perystylach za-
siądźcie do przygotowanej biesiady. — Ostatni raz
jedzcie i pijcie w domu moim. — Jutro ten dom się
rozsypie. — Jutro będziecie zamożni i wolni!
CHÓR NIEWOLNIKÓW. Byłeś ojcem naszym i matką
naszą — pożywając chleb z ręki twojej, żyjemy dotąd,
a innych po cyrkach i polach nagie świecą kości —
Jeśli który nie wróci, nie pytaj się o niego — On zgi-
nął dla chwały twojej, błogosławiąc Tobie!
170 ZYGMUNT KRASniSKI
IRYDION. Idźcie, a kiedy stos ten cyprysowy błyśnie,
od świątyń, od Termów, od bram miasta, odpowiedzcie
mu płomieniem i dymem! —
(wychodzą — on wstaje i opiera sią na stosie)
Im bliżej godziny, tam srożej krew moja szaleje. —
Czy to nie fałszywe ciemności? Czy odwieczna żądza
serca mojego tych gwiazd nie wykłamała przed mojemi
oczami? — nie — nie! — Teraz poznaję noc ostatnią
Rzymu! — Czy widzisz, Masinisso, jak tam skradają się
męźe? — W bok czy widzisz tę samotną pochodnię
ciągnącą nad wzgórzem ogrodów? — Ah! konie za-
rżały! to konie Yerresa — cicho, cicho, ludzie moi —
MASINISSA. I pod nami dziedzińce zaczynają się wy-
próżniać — coraz mniej głosów — jedno zdrowie
jeszcze wnoszą —
IRYDION. Imię moje rozbiło się o sklepienia —
MASINISSA. Teraz z portyków^ jedni po drugich scho-
dzą i zgarbieni, milczący, zapadają w ciemnościach —
IRYDION. Wszyscy dotrzymali słowa, wszyscy z domu
Amfilocha idą na zgubę Romy — Nazaarenów tylko
jeszcze nie widać! — Ale Symeon przysiągł, że o trze-
ciej godzinie sam ich przyprowadzi do mnie. —
MASINISSA. Nie długo ci czekać — Hesperus stanął
już nad Kapitolem i włosy Bereniki z nad gór Sabiń-
skich się wznoszą. —
IRYDION. O nocy! nie skąp mi chmur i wiatrów —
przez wieki potem świecić będziesz jasno i cicho nad
rozwalinami! Czas mi się ociąga — czas mi dolega,
starcze!
MASINISSA. I mnie także. — Lecz ja czekam dłużej,
niż ty, na upadek wroga i czekam w milczeniu. —7
IRYDION. Ah! głos twój zdał mi się głosem ojca! —
Czyż w tej chwili posąg Amfilocha nie dostanie krwi
i żył i bijącego serca? W ciemnościach na tem białem
krześle ty mi go przypominasz, (idzie do niego) I toga
Jego tak samo była zarzucona w dniu śmierci I — Daj
ręce obie — wyrzecz nad głową moją słowo opieki,
tak, jakby on czynił przed hasłem do boju! —
^L\SIXISSA. Niechaj znak mój będzie na czole Two-
IRYDION 171
jem aź do końca wiekowi — Przetrwasz z nim koleje,
których nie obaczą te gwiazdy!
IRYDION. Miasto całe w płomieniach! — nie — tylko
wzrzenicy mojej buchnęły pożary — Gdzie oni? gdzie
Chrześcianie? Coraz czarniej, coraz ciszej w dole —
coraz wietrzniej w górze — a ich niema jeszcze!
PILADES (wchodzi). Czy mnie wołasz?
IRYDION. Nie ciebie. — Stój — czy w lochach nie ode-
zwały się szelesty? czy od katakómb nie zbliżają się
kroki?
PILADES. Wracam z sali Amfilocha — nigdzie nic nie
słyszałem —
IRYDION. Przynieś pochodnię. {Pilades wychodzi). To
być nie może — oni za chwilę tu będą!
MASINISSA. A gdyby nie przyszli?
IRYDION. Nie przeklinaj mnie! — Na nich oparta cała
moja potęga. — Na ich czele zbiegnę miasto i ludowi
rzymskiemu przypomnę Brennusa — Gladyatory i żoł-
nierze moi bez nich nie wystarczą tłumom. — Jeśli mnie
zdradzili, zginąłem!
MASINISSA. Dośpiewują Hymnów swoich — bądź cier-
pliwy, synu!
{Pilades wraca z pochodnią)
IRYDION. Zatknij nad stosem!
Konam, jak Prometeusz w łańcuchach, o chmurę
jedną od biesiady Bogów. — Czego ty milczysz? —
ozwij się, Masinisso — niech żyje Hellada!
MASINISSA. Milczę, bo godzina naznaczona minęła
w tej chwili i każde pióro jej skrzydeł śmiechem prze-
dłużonym szumiało w przelocie. — Teraz nic już nie
słychać —
IRYDION. Wbrew Losom i ludziom niech się stanie
wola Ojca mego! {porywa za pochodnią) Cześć ziemi
Greckiej, cześć! a Ty, potrójna Hekato, przyjm tę
ofiarę —
Ha! kto idzie? odpowiedz, czarne widmo! — Jeżeli
jesteś moim złym Gieniuszem, przyjdź później! Teraz
nie wstrzymasz mnie!
POSŁANNIK. Pokój Tobie w imieniu Jezusa Nazareń-
skiego!*
172 ZYGMUNT KRASINSIU
IRYDION. Tak — tak — cóż dalej? gdzie pustelnik?
gdzie bracia?
POSŁANNIK. Symeon wzywa ciebie w rozpaczy. — Na
progach Eloimu Biskup zatrzymał wszystkich zbrojnych
spieszących ku miastu!
IRYDION. Dzięki ci, sługo świętych — Patrz! zimny
jestem — nie zabiję ciebie! {depce pochodnią) Ty jedna
tylko umieraj! — (do Masinissy) Jeśli kto z moich
wróci, niechaj siądzie i czeka!
MASINISSA. Jeszcze daleko do zorzy —
PILADES. Panie, panie, szyszak twój!
IRYDION. By zwyciężyć, dość miecza — by zginąć, nie
potrzeba hełmu — naprzód, Nazaarenie! {wychodzą)
MASINISSA {wstając i wznosząc race). O miasto ser-
deczne moje, błogosławię tobie! O Roma, w cieniu tych
ramion bądź spokojnej myśli! — Zbawiona jesteś dla
podłości twojej! Zbawiona jesteś dla okrucieństwa
twego! Żyj i uciskaj — by ciało zepsuło się w mękach,
a duch zwątpił o Bogu! {znika za stosem)
Przybytek Eloimu w katakómbach. — Wiktor na stop-
niach ołtarza. — Za nim kapła^ti i starce. — Z jednej
strony kłączy Symeon^ z drugiej stoi Metella. — Dalej
chrześcianie zbrojnie na kolanach — na ołtarzu kielich
światy i krzyż obwisły różami^ wśród palących się ka-
dzielnic —
WIKTOR. Jako po tych dymach mdlejących, tak i po
was śladu nie będzie na ziemi ni w niebie! O! żeby
sen wasz mógł być kamienny, bez wspomnień, bez prze-
budzenia! Ale w przestworach śmierci wy żyć będziecie
tam, gdzie zemsta Pana wiecznym gromem uderza! Wy
żyć będziecie na wieki ! {do Symeona) Uciekaj, jak pierw-
szy morderca z przed oblicza Jehowy!
SYMEON. Słuchaj mnie raz jeszcze!
WIKTOR. Spojrzyj na tę niewiastę, do której się już nie
odzywam, bo ręka sądu spoczywa na jej czole. — Od-
powiedz — kto duszę tę zabił a ciału przepuścił, by
ono pośmiewiskiem było wśród żyjących? Czy nie po-
IRYDION 1 73
znajesz głosu opętania na tych ustach nieszczęśli-
wych?
KORNELIA. Czego mnie prześladujecie, kapłani ludu
mego?
CHOR KAPŁANÓW. Milcz, córo buntu! — Ty miałaś
być aniołem, ale nie dotrwałaś do końca — potępionaś,
potępionaś!
KORNELIA. On wyrzekł nademną: »Biedna« — On wie-
dział, że hańbę będę cierpieć za niego! — Ale, o Sy-
meonie, nie wątp — On przyjdzie — ale, bracia, nie
odpadajcie od niego — On przyjdzie! Z pośród ogniów
mnie wyrwał, kiedy się już kłóciły o ciało moje —
z pośród was mnie wybawi — on przyjdzie, on przyjdzie!
SYMEON. Wiktorze, słuchaj mnie raz ostatni — Byłem
ci posłuszny zawsze — kto przeciwko mnie świadczyć
będzie? Czym dwa razy nie odbył męczeństwa, raz
w lochach Antyochii, drugi raz na rynku w Tarsus?
Czym lat długich nie pokutował na pustyni? Czym
kiedy przełamał zakon lub zgorszył braci moich?
WIKTOR. Gorszysz ich w tej chwili chwaląc się, jak
Faryzeusz, przeklęty przez Syna człowieka!
SYMEON. Mówię prawdę. — Kto z was głębiej rozmy-
ślał nad męką Pańską — w kim źarliwszą miłość obu-
dziły wspomnienia Golgothy ? Sam Bóg, by świat zba-
wić, ubrał się w ciało — a my, by świat nauczyć, nie
dostaniemże ciała ? Dotąd marne duchy z nas ! — Gdzie
dom, gdzie kościół, gdzie potęga nasza?
WIKTOR. Sofisto koryncki, kOgoż ty usiłujesz omamić?
» Królestwo moje nie z tego świata.* Czy słyszycie?
SYMEON. Czemu opuściłem moje piaski wrzące! — Tam
Niestworzonego kochałem — tu nie cierpię stworzo-
nych!
WIKTOR. Synu!
SYMEON. Głos słyszany po nocach mnie pędzi ! — Czyż
to marne przeczucia?
WIKTOR. Tyś nie dawno jeszcze był wybranem dzie-
cięciem kościoła — a dzisiaj Pana twego chcesz ukrzy-
żować na nowo —
KORNELIA. Niżej czoła! słyszę odgłos zniebozstąpienia!
(Irydion wchodzi)
174 ZYGMUNT KRASIŃSKI
On to, Z nieśmiertelną młodością na licach! — {Do
stóp mu się rzuca) Mówiłam im, źe ty przyjdziesz,
o Panie, Panie!
CHOR KAPŁANÓW. Precz stąd, kacerzu!
WIKTOR. O tej godzinie czara miłosierdzia wysycha
w ręku anioła twego —
IRYDION. Krwią Rzymian ją odświeżę. —
Kto przysiągł i nie dotrzymał? Symeon z Koryntu! —
Kto się zgarbił do ziemi i oręż z dłoni wypuszcza?
Wy, bracia — a w mieście teraz Cezar i Bogi miasta
czekają tylko zmartwychwstania świętych, by skonać ! —
Ha! zostawcie zgrzybiałych na grobach, chodźcie za
mną — tam zwycięstwo, tam gwiazdę ujrzycie, jaką
widzieli królowie w dniu narodzenia Jezusa! — Tam
Archaniołów śpiewy!
SYMEON. Hieronimie, Hieronimie, ku tobie, ku naszym
nadziejom wyciągam ramiona!
CHÓR. Proś Wiktora!
IRYDION. Ojcze!
WIKTOR. Dziś Ojca straciłeś w niebiesiech!
IRYDION. Starcze!
WIKTOR. Siwizny mojej nie dożyjesz, bezbożny!
KORNELIA {do Irydiona) Daruj mu, Panie! — On nie
wie, co czyni — do broni, do broni!
IRYDION. Ty jedna tylko, bo ciebie także opuściły Losy!
WIKTOR. Syny ludu mego, patrzcie! Znak wam dany
będzie, abyście żałowali za winy wasze, abyście ocaleli
za wdaniem się pasterza waszego!
Ty, pierwsza niegdyś, dziś ostatnia u stołu pańskiego,
przybliż się. — Niech moją rękę położę na skroni twojej !
KORNELIA. Dawniej tyś miłował córę Metellów! —
Czego chcesz od niej dzisiaj ?
WIKTOR {wznosząc puhar). Uniż się przed krwią
Pańską!
KORNELIA {obracając się ku Irydionowi). Uniżę się
przed Panem!
{Kapłani podają wodę Ś7vięconą Wiktorowi)
WIKTOR. Duchu święty, w Ojcu i Synu poczęty! to
serce obłąkane uczyń na nowo domem twoim!
IRYDION 175
Tak, jak w godzinę Chrztu, poświęcam skronie twoje,
Kornelio I
CHÓR. Czyż sen ogarnia dziewicę, że zawarła powieki
i skłoniła głowę?
WIKTOR Qlo kapłanów). Otoczcie ją — podajcie jej
ramiona!
KORNELIA. Do broni!
WIKTOR. Milcz, zły duchu, który przemawiasz jej obłę-
dem ! — Znakiem krzyża opasuj ę ciebie — słowem » Jezus «
rozkazuję tobie! — Kłamco, jakiekolwiek imię twoje —
jakakolwiek potęga twoja, wynijdź i zniknij!
KORNELIA. W piersiach sto jęków nie moich, sto
jęków słyszę!
WIKTOR. Ustąp!
KORNELIA. Ratujcie mnie!
IRYDION. Tu, droga, tu, w objęcia moje!
KORNELIA. Ziemio, rozstąp się — ukryj mnie przed
jego wzrokiem śmiertelnym!
IRYDION. Kornelio, ty moja, ty!
KORNELIA. Gdzie ona? nie nazywaj ją tern imieniem!
Ona uwierzyła tobie — ona zginęła na wieki! — Ha!
śmiechy, śmiechy rozrywają powietrze! czarne widma
okrążają ciebie — precz — precz —
IRYDION. Rozstąpcie się! — Oddajcie mi ją — bracia,
wyrwijmy dziewicę z rąk katów!
KORNELIA. Czyj to głos? słyszałam go tyle razy! —
Ah! ona była prosta i szczera — ona kochała ciebie
przed laty — i ty piękny byłeś — tak — i ty mó-
wiłeś: jej » Chwała moja twoją będzie* —
WIKTOR. Apage Satanas!
KORNELIA. Nie przybliżaj się, uciekaj odemnie —
czy widzicie te tysiące skrzydeł czarnych nad nim?
Gdzie Bóg mój?
WIKTOR {krzyt jej wskazuje). Tu, córko!
KORNELIA. Daj go do ust moich, {krzj/ż całuje) Daruj
mi, daruj!
WIKTOR. Wyrzekasz się złego ducha?
KORNELIA. Wyrzekam się! — (j>ada) Bracia, on zwiódł
ją, on zwiódł was wszystkich!
I 76 ZYGMUNT KRASII^SKI
CHÓR. Czegoś tak zbladła strasznie, czemu powstać
nie możesz?
KORNELIA. Sąd Pana dopełnia się nademną. — Umie-
ram — ale słuchajcie, słuchajcie — Ja w Panu umie-
ram! (ciśnie się ht stopom Wiktora) Ojcze, pobłogo-
sław — Ojcze, przy ciśnij do łona — Ojcze, obroń
konającą — już zimno — już straszno — już nie widzę
ciebie!
WIKTOR. Bądź spokojna — żal twój zbawił ciebie!
IRYDION. Oderwij się od tej piersi bez serca — do
mnie, do mnie Kornelio!
KORNELIA. Ah ! [obraca sią ku niemu) przebaczam ci,
Hieronimie — Hieronimie, módl się do Chrystusa! {pada)
WIKTOR. Czy ty słyszysz mnie jeszcze? Córko, odpo-
wiedz — Kornelio!
KORNELIA. Czuję woń rosy i kwiatów, {umiera),
CHÓR CHRZĘŚCI AN. Ojcze, wdaj się za nami do Nie-
widomego! — Co rozwiążesz na ziemi, i tam rozwią-
zanem będzie. — Ten, który nas uwiódł, sam blednie
teraz!
IRYDION. Hańba wam! Czyż słowa niewiasty będą
jedyną wiarą waszą? czy na jej rozkaz porwiecie że-
lazo? czy dlatego, że ją zabili niegodziwi, porzucicie
sprawę moją? głuche milczenie — wstyd usta wam
zawarł ciężki, ciężki, jak kamień sarkofagu!
SYMEON. Szatę rozdarłem — pchnij mnie! — Sen i ży-
cie niech się kończą razem!
IRYDION. Nie odzywaj się do mnie, niewolniku star-
ców! — Ty, coś ją wydał starcom! Ty przeklęty!
WIKTOR. Wyklinam cię z pośród synów ludu mo-
jego — kto się dotknie dłoni twojej, skażon będzie —
kto stanie, by słów twoich słuchać, odrzucon będzie! —
Idz! — Imię twoje było Hieronim!
{wchodzi posłannik)
CHÓR KAPŁANÓW. Pan z tobą — co nam przynosisz,
Julianie?
POSŁANNIK {klękając przed biskupem). Augusta Mam-
mea poleca się modłom waszym, bo w tej chwili syn
jej wkroczył do miasta i bój rozpoczął na Forum!
IRYDION 177
IRYDION. Czas mnie ubiegł — Ludzie mnie zdradzili ;
{wyrywa krzyż z pod zdroi i rzuca) Oddaję wam znak
życia wiecznego! — Patrzcie! jak prysł na stopniach
ołtarza! Żyjcie, podli!
KILKU BARBARZYŃCÓW. Stój — słowu naszemu
wierni idziemy za tobą — Jezus niech nas sądzi potem!
IRYDION. Wołajcie: »Odyn i Grymhilda!* (odchodzi
z niemi)
WIKTOR. Módlcie się za Aleksandra Severa — on
będzie Cezarem.
Ulica pomników przy murach Rzymu — tołnierze wno-
szą rannego Verresa. — W głąbi czasem przebiegają
uciekający. —
VERRES. Twoja pochodnia dwoi mi się i troi przed
oczyma. — Czytaj napis, Greku!
ŻOŁNIERZ (czyta). Diis manibus Attilii Yerris, bis
consulis ....
VERRES. Dosyć — złóżcie mnie u stóp pradziada —
i mówcie: » dobranoc*, bo choć dzień blizki, nie oba-
czę słońca!
(Z przeciwnej strony wśród rozwalin pomnika wychodzi
Irydion z katakómb. — Za nim zbrojnych kilku)
IRYDION. Zorza ta natrząsa się ze mnie, udając łunę
pożaru. — Topory oderwać od pasów, towarzysze!
(Idzie kilka kroków naprzód) Co wy za jedni, oparci
na grobach?
YERRES. Czy śni się umierającemu, czy słyszę głos
Irydiona Greka?
IRYDION. Mój własny, Yerresie — co się dzieje z tobą?
YERRES. Chodi bliżej — wiesz — pamiętasz, znak
miał być dany — czekałem, jak zgłodniałe zwierze,
i nic, nic nie widziałem, wreście sam zacząłem. —
Wyjrzyj za tę piramidę, proszę cię, tam, tam, kłęby
dymu jeszcze się wiją na lewo — Rupii iusa udusiłem
w popiołach — i lud napadł nas potem i: »Severus
niech źyje!« zewsząd huczało. Dostałem, co mi kraje
wnętrzności — coraz widniej a Roma stoi dotąd —
z. Krasiński, Tom I. 12
178 ZYGMUNT KRASIŃSKI
a ja, ostatni z Yerresów — ja pod nożycami Parki!
{umiera)
IRYDION. Tak, ostatni! Darmo go cucicie, Greki moje —
zapłacił, co był winien Losom. — Uszykujcie się i wy —
Germanie, połączcie się z braćmi, których przyprowa-
dziłem, (wdiega niewolnik uciekający) Stój — skąd
bieżysz?
NIEWOLNIK. Od Forum romanum — puszczajcie!
IRYDION. Darowałem cię niegdyś siostrze mojej —
Tyś mi nieraz śpiewał Homera — wczoraj jeszcze za-
pinałeś fibulę chlamidy mojej w pałacu Cezarów, a nie
poznajesz mnie?
NIEWOLNIK. Ah! szlachetny panie mój!
IRYDION. Co słychać? — nie oszczędzaj mi bólu!
NIEWOLNIK. Zle, źle bardzo, panie mój, bo ledwo
kawał nocy ukroczyły gwiazdy, aż tu nagle nie wiedzieć
skąd wrzasnęły Legie Severa i hurmem rzucą się na
wzgórze Palatynu. — Scypion bronił się wściekle. —
Głos jego noc całą słyszałem, gdyby wycie rozjuszo-
nego wilka. — Wiesz, panie, na służbie ja stałem obok
komnat Cezara — Eutychian przychodził i odchodził
niezmiernie blady — Siostra twoja raz tylko wyszła
i rzekła: »Euforion!« — » Czego żądasz, boska Elsi-
noe?« Ale ona i słowa więcej nie mówiła — odeszła
zwolna, piękna, piękna zawsze. — Ale na czole dziwna
świeżość, jakby tam już plusnęła fala Styksu. — Ze-
wnątrz krzyk i łoskot coraz większy — Eutychian nie
wytrzymał, zawisnął u porfirowego ganku i woła bez
zmysłów: »Grek zdradził!* to znowu: »Greczynka zdra-
dziła!*, to: »Imperator chce miasto zburzyć!* i: » daruj-
cie mi, Kwiryty!* Z drugiej strony Arystommacha sły-
szę, mówi o nadgrodach, o wspaniałości Aleksandra,
a kiedy umilknie, wnet jęki z pod jego miecza, a kiedy
odpoczywa, znów łudzi naszych obietnicami — wreście
Pretoryanie się zbuntowali — Trybunów i Centuryo-
nów słuchać nie chcą — groźby Scypiona mamie
latają w powietrzu — bitwa ustaje w ogrodach —
wszyscy razem walą do nas! — Ja wtedy, panie, wsze-
dłem, kędy była siostra twoja, bo przysiągłem był to-
bie jej bronić. — Cezar leżał z obłąkanym wzrokiem,
IRYDION 179
do dyadematu przypiął był nadusznice Arcykapłana,
nóż ofiarniczy w jednej ręce trzymał, w drugiej czarę
z trucizną; ale nie mógł się zabić i jęczał, to znów
wolno, cicho oddychał, to nucił pieśń rozkoszną, jak
gdyby w śnie jakim dziwnym! Ona siedziała opodal
na krześle złotem, okolona purpurą, milcząca. — Drzwi
pierwsze, drugie, trzecie stęknęły i pękły — kroki,
głosy, szczęki bliżej — zastawiłem ją ciałem mojeml
IRYDION. Daj rękęl
NIEWOLNIK. Włóczni dwadzieścia rozdarło zasłonę,
która nas od Perystylu dzieliła. — Runęli , wiódł ich
Arystommachus, wołaj ąc : » Rabuj cie, morduj cie ! « — Im-
perator jak tygrys podskoczył w górę i nazad ugrzązł
w różach krwią oblany — wtedy przesłonili go. żywą
ścianą mieczów — ale potem gdzieś ręce jego widzia-
łem — w innem miejscu głowę jego!
IRYDION. A Elsinoe, Elsinoe?
NIEWOLNIK. Źle, źle, panie, bo kiedy wchodził Ale-
ksander Severus, wołając z sił całych: »Kto dotknie się
Greczynki, temu nie żyć jutro!* ona sama, odchylając
purpurową zasłonę, pchnęła się sztyletem. — Błysk
stali i krwi strumienie — to tylko dojrzałem i słów
niewiele ostatnich utkwiło mi w pamięci!
IRYDION. Nie zważaj — nie zważaj — kamienną duszę
dały mi Bogi!
NIEWOLNIK. » Irydionie, wroga twego nie będę ko-
chała! « i rzekła jeszcze: » Dopełniłam! — Teraz, matko,
przyj m mnie do siebie!* — Wtedy wśród tłoku pchany
i odpychany potknąłem się na trupie Eutychiana i ucie-
kać zacząłem. — Po drodze spotkałem Scypiona — on
ustępuje z kohortami Cherusków, co jedne przejść nie
chciały do Severa — Oto on już idzie, panie!
IRYDION. Słońce, które wschodzisz tak obmierzle, tak
jasno, odpowiedz mi, gdzie siostra, biedna siostra
moja?
(Odchodzi w bok i opiera sią na grobie)
Tam, na zachodzie, opłakana, ostatnia mgła nocy
zatrzymała się jeszcze nad szczytem Wulkanu! Elsinoe,
czy to ty mnie żegnasz ? Matka powiadała niegdyś, że
l80 ZYGMUNT KRASIŃSKI
cienie lubią się kołysać na czarnych chmurach —
Elsinoel
{Scypio wchodzi z Kohortami i staje przy ciele Verresd)
SCYPIO. Pierwszy z nas zasnąłeś, bracie! skrzepłą rękę
niech ci ścisnę jeszcze — Sit tibi terra levisf
NIEWOLNIK. Patrz! to on wśród tych kolumbariów
stoi i pasuje się z bólem!
SCYPIO. Kto?
NIEWOLNIK. Czy nie widzisz? Syn Amfilocha!
SCYPIO. Ah! wodzu — darmo czekałem na płomienie
twoje!
IRYDION. Wiem o tem —
SCYPIO. Fortuna zdradziła nas wszędzie —
IRYDION. Wiem o tem —
SCYPIO. Ulpianus i Tubero gonią za nami — cóż po-
czniemy ?
IRYDION. Czoła ku nim obrócim — krwi rzymskiej,
krwi rzymskiej jeszcze trochę, Scypionie!
SCYPIO. Niema słabości w tobie — rozpacz drugim
mieczem twoim! Żyj, wodzu, bo takiemi niegdyś byli
Patrycyusze Romy. — Mnie lepiej zginąć przy tobie,
niź obalić się na Cyrku. — Naprzód!
IRYDION. Za nadzieją precz niechaj idzie pochwa —
a ty, rękojeści, przyrośnij do dłoni! — Śmierć Ale-
ksandrowi! naprzód! {wychodzą)
CZWARTA CZĘŚĆ.
Pałac Cezarów — Aleksander SeveruSy UlpiannSj
Dworzanie.
ULPIANUS. I czegóż jeszcze po nim spodziewać się
możesz ? Czyż zrazu nie zwodził nas mglistą posępno-
ścią? Czyż później nie powstał przeciwko nam — jasno,
nieubłaganie? a teraz wdałże się w prośby, uznałźe
cię panem Rzymu ? Wczoraj dzień cały walczył z nami,
w nocy spalił dwie świątynie, popierając sprawę zgu-
bioną raczej jak Duch nienawistny, niż jak człowiek
śmiertelny — bo z przejrzenia Bogów ludzie kochają
się w złem dla celów swoich tylko, nie zaś dla mi-
łości złego! — Radą moją: nie mieć żadnej litości —
i tak już dosyć łaski twojej, żeś mu ciało siostry
odesłał. —
ALEKSANDER. Kiedy z łonem przebitem, wstrzymując
jęki, gasła w moich ramionach, przysiągłem, że bratu
przebaczę — i duch jej z tą obietnicą odszedł odemnie —
ULPIANUS. Inni mogą chwalić wspaniałomyślność Ce-
zara — mnie przystało nazwać to słabością tylko. —
Juniusa za to uczcili przodki nasze Sprawiedliwego
imieniem, że własnym nie przepuścił synom — kto
występnym przebacza, ten niewinnych będzie karał
kiedyś!
MAMMEA. Trwaj w myśli twojej. — Miłosierdzie jest
drogą purpurą królów!
ULPIANUS. I bywa ostatnią!
ALEKSANDER. Konsulu, nie odmienimy postanowienia
naszego — na dzisiaj taka wola nasza. — Idi i podaj
1 82 ZYGMUNT KRASIŃSKI
mu warunki, które ci wskazałem, a jeśli wrócisz z po-
myślną wieścią, obrócę się do was wszystkich i, szczę-
śliwszy od Tytusa: »nie straciłem dnia, rzeknę, przy-
jaciele moi.«
ULPIANUS. A jeśli wrócę ze wstydem odrzuconej łaski?
ALEKSANDER. Wtedy wolny będę od słowa mego —
a ty zaczniesz wywierać sprawiedliwość twoją!
(Ulpianus wychodzi)
Sala Amjilocha, — Ciało Elsinoi na vozniesionym lotu,
w białych szatach, osypane cyprysu gałązkami, — Obok
woda lustr alna. — Ołtarz po środku sali. — Chór dziewic
płaczek. — Pilades — wchodzi Irydion, za nim G lady a-
torowie i niewolnicy.
IRYDION. Gdzie Masinissa?
PILADES. Nie widziałem go od chwili, w której i ty
po raz ostatni widziałeś go. Panie —
IRYDION. Masinisso!
CHÓR. Masinisso I
IRYDION. Dwa razy sklepienia odpowiedziały za niego.
{siada pod posągiem Ojca)
PILADES. Starzec zdradził. Panie!
IRYDION. Nie mów tego — {twarz zakrywa rękoma)
on, przyjaciel Amfilocha, on, przed którym groby pę-
kają, kiedy je zaklnie potęgą słowa! — nie — nie —
on wróci — on nie opuści Sigurda. — {wstaje) Zgro-
madziłem was w chwili, kiedy znużone kohorty Rzy-
mian odstępują od walki, byście wyrządzili cześć
ostatnią zwłokom siostry mojej. — Ona pierwsza padła
ofiarą naszej świętej sprawy — kto mnie poważa,
niechaj Jej pamięć szanuje — kto nienawidzi Romy,
niechaj Jej wdzięcznym będzie — kto przysiągł zginąć
ze mną, niechaj błogosławi Jej cieniom! — {podnosi
kropielnicą cyprysową i rzuca kropel kilka na ciało —
wszyscy jedni po drugich przechodzą i to samo czynick)
CHOR NIEWIAST. Dotąd jeszcze straszny sternik, syn
Erebu i Nocy, nie zabrał cię pod czarne żagle. — Do^
tąd jeszcze, o Elsinoe, błądzisz z tej strony Styksu. —
IRYDION 183
Ale już sztukę złota kładziemy ci w usta, byś okupiła
się przewoźnikowi. — Ale już 'mak i miód kładziemy
ci w dłonie, byś uśpiła Cerbera. —
Chwil kilka, a pójdziesz, kędy się wiją roje umarłych,
jako dymy ciężkie, jako liście jesienne, pójdziesz ku
sądowi Radamanta, ku płaczom i jękom! — Salve
aeternuni!
Ale stopy twoje dotkną się tylko płomieni i znikome,
białe, jak skrzydła, uniosą cię dalej. — Zostawisz za sobą
miedziane progi Erebu — ognistą, siedem razy w okół
Tartaru okręconą rzekę przelecisz i słodkie ujrzysz
światło i zielone gaje. — Tam spokój cichy i smętny,
tam pełna czara zdroju Letejskiego czeka na ciebie
i cienie dziewic, co jako ty zniknęły przed czasem, kwia-
tów ściętych ocalone liście. — Idz — już sztukę złota
kładziemy ci w usta — już miód i mak kładziemy ci
w dłonie. — Salve aeternuni!
(wchodzi Euforion) —
IRYDION. Co nowego .>
EUFORION. Poseł Cezara i konsul o posłuchanie prosi —
IRYDION. Niech go wpuszczą!
{Ulpianus wchodzi — za nim niosą orły cesarskie),
ULPIANUS. Jako ty niedawno do nas, tak ja dzisiaj, wrogu,
do ciebie przychodzę w poselstwie —
IRYDION. Jako wy mnie wtedy, tak ja dzisiaj wam
odpowiem — >do broni!*
ULPIANUS. Ale jednakowe słowa nie jednakowy sku-
tek wywróżą — nam przyniosły zwycięstwo
IRYDION. Zwycięstwo! — czy już zaszedł rydwan na
via sacra? czy już posąg Fortuny trzyma wieniec
nad głową Tryumfatora ? Czy kto już spędził Alboina
z Wiminalu ? czy Scypion ustąpił z Awentynu ? Ostat-
niej nocy, powiedz mi, kto kościół Faustyny, kto ba-
zylikę Emiliusa w popioły rozwiał przed waszemi
oczyma ?
ULPIANUS. Widziałem skazanych, którzy szli na śmierć
wrzeszcząc i poklaskując. — I wy tak czynicie! Tym-
czasem Aleksander, jak dziecię swawoląc z pomyślnemi
Losy, ofiaruje ci pokój i przebaczenie zbrodni ....
184 ZYGMUNT KRASI I5SKI
IRYDION. Może zelżonego Majestatu?
ULPIANUS. Czyż jej nie popełniJeś?
IRYDION. Majestat wasz od wczoraj się poczyna,
a zbrodnia moja stara, jako serce wolnych — dalej!
ULPIANUS! Imperator żąda, byś stolicę opuścił na
zawsze i wrócił do Chiary. — Wprzódy jednak przy-
siężesz mu na wierność przy dymiących trzewach i co
do jednego wydasz wspólników twoich. — Jeśli zgo-
dzisz się na te warunki, on, który cię może okuć
w łańcuchy i rozbić na krzyżu, poda ci rękę w chwili
pożegnania i zapomni
IRYDION. Głośniej, mężu konsularny! (odwraca sią do
swoich) Czy słyszycie, ludzie moi? Cezar wróci mi
swoje względy, bylebym was, spętanych jak bydlęta,
rzucił pod rózgi Liktorów! Cóż mam począć, ludzie
moi? Wszak prawda, zdajmy się na łaskę Cezara —
wszak miło czołem rozbić się o stopy Jego I
Nieśmiertelne Bogi, wy, które o nas nie dbając drze-
miecie na wierzchołkach Olimpu, rozśmiejcie się przy-
najmniej w chwili, kiedy syn Mammei hańbę przysyła
mi w darze przez usta prawnika swego! [wstaje i zbliża
się do Ulpiand) Prędzej Skorpion usiądzie, jak nie-
winny motyl, na dłoni Cezara, prędzej piorun Zeusa
prosić się go będzie: >Daj, daj tę chmurę rozedrzeć*,
niżli ja broń złożę i wydam braci moich!
ULPIANUS. Nie nalegam na ciebie, dopełniam tylko
zleceń tego, który mnie przysłał. — '• Owszem, bądź
ślepy do końca i z garstką złoczyńców dni jeszcze
kilka zżymaj się na wielkiem łonie Romy — walcz
za pamięć i sławę pana, którego obrałeś sobie na ziemi,
a kiedy na czele swoich zasuwać się będziesz w ciem-
ności Tartaru, jeszcze na brzegach Styksu wołaj:
» Niech żyje Syryjczyk!* A trój głowy Cerber wtóro-
wać ci będzie!
IRYDION. Takźeś prawdy doszedł, znawco serc ludz-
kich ? — Robak, co wił się po ziemi, proch, co z ko-
turnów moich zlatywał, dłużej mi się ostały w pa-
mięci, niż Jego wspomnienie. — Zapytaj się ich, czy
którykolwiek odpowie, że znał Syryjczyka!
CZĘŚĆ CHÓRU. Irydionowi służyliśmy tylko!
IRYDION 185
INkl. Sigurdowi tylko!
ULPIANUS. A umarła?
IRYDION. Sam ją poświęciłem, ale nie groźbom prze-
mocy, nie obietnicom podłości! Nie obrażaj śpiącej,
która się już nigdy nie przebudzi! — Ona czystszą
była pod tchnieniem Tyrana, niż wszystkie wasze matki
i córy!
ULPIANUS. Za kogo więc się bijesz i przeciwko komu?
IRYDION. Długie to dzieje, starcze!
ULPIANUS. Aleksander Severus łaskawym był zawsze
na ciebie —
IRYDION. On też drobną cząstką tylko nienawiści
mojej —
ULPIANUS. Mów więc, kto wrogiem twoim?
IRYDION. Powiedzcie głuchemu i ślepemu, powiedzcie,
o bracia, kto was odpędził od bitej drogi człowieczego
rodu i przymusił stąpać ścieżkami ciemności? — kto
od kolebki wycisnął wam na czołach znamię pragnie-
nia i głodu? — kto w latach późniejszych nie dał wam
ukochać niewiasty i zasiąść w świetle domowego
ogniska ?
CHÓR. Roma!
IRYDION. Kto, sam śmiertelny, w nędzy i poniżeniu
śmiertelnych położył najsłodsze nadzieje? — kto po-
chwalił syna Mitrydata, kiedy rękę podnosił na starego
ojca? — kto zdrajców południa i zdrajców północy
zaprosił na festyny swoje ? — kto czarę niedoli świata
wychylił aż do dna?
CHÓR. Roma!
IRYDION. I nektarem z łez i nektarem z krwi upił się,
jako Bóg piekieł?
CHÓR. Roma — Roma!
IRYDION. Słyszałeś? wiesz teraz, czem jestem?
ULPIANUS. Szaleńcem! To miasto od pierwszych dni
swoich żyło uśmiechami Bogów. — Ono było drugiem
Fatum świata! — Czy nie wiesz, że Fortuna, jak nie-
wolnica, niosąc ostatki strzaskanego koła, szła za wo-
zem Jego tryumfalnym ? Czy nie wiesz, że słabi padli
twarzą na ziemię, że co było upartych i wściekłych,
zniknęło z powierzchni ziemi? A ty się porwałeś,
lS6 ZYGMUNT KRASIŃSKI
szczupły siłą, mierny zasobami, niedojrzały wiekiem,
by zniszczyć Boga, którego pioruny grzmią nad urną
Hannibala i nad mogiłami Cymbrów!
Stąd widzę miejsce, na którem głowa twoja padnie
pod cięciem Liktora!
IRYDION. Wprzódy jeszcze pocisk Cymbra utknie
w sercu twojem, topór Cheruska rozetnie pancerz
Arystommacha, wprzódy jeszcze Lucyuszowi Tubero
niezłomnej obietnicy dotrzymam!
CHÓR. Wprzódy jeszcze za każdą krzywdę naszą czaszkę
krwi wychyl im — a potem, potem przyjdą nasi dzie-
dzice i z podziemnych dolin zagrzewać ich będziem!
ULPIANUS. Bezpotomni jesteście, ostatni z rodu wa-
szego! — Tylko szał i kara wasza jeden kamień wę-
gielny przyrzuci tym wzgórzom —
IRYDION. I na nim będzie napis pogrzebowy Romy!
ULPIANUS. Słaby śmiertelniku! ty nie przemienisz tego,
co mądrze i święcie opatrzyły nieśmiertelne wyroki!
I komuż berło oddać miały, jeśli nie miastu wytrwa-
łości i czynów? Może przedanej Afryce, może roz-
wiązłej Seleucyi, lub igrającej, śpiewającej Helladzie?
nie — tam potęga się urodziła, gdzie lutnia nie brzmiała
nigdy, gdzie na czole, zamiast wianka mirtu, sprzęgały
się twardej miedzi blachy, a w duszach mężów nie
było rytmu, ni swawoli — jedno była wola, jako otchłań
wrzącej siły, i nad nią rozsądku powaga, niezachwia-
nego opieka rozumu!
IRYDION. Słyszeli męczennicy narodów o rozsądku wa-
szym ! — Gieniusz Romy z tam słowem na czole stanął
u progów Attala i skrzydlaty usiadł przy stopach
starca, podchlebiał i łudził, aż z pod zgrzybiałej ręki
wyrwał zapisy Pergamu!
Z tem słowem na czole podniósł się wśród Istmij-
skich igrzysk, prosił o posłuchanie i chwalił synów
Grecyi! Z tem słowem on po wszystkie czasy uwodził
słabych i dusze ludzkie zabijał! —
A kiedy kto uwierzył Jemu, kiedy nieszczęśliwy przy-
stał na pęta i wyrzekł się domu, ojczyzny, sławy za życia
i chwały po zgonie, on wtedy śmiejąc się wołał: > Roz-
sądny jesteś !« i nogą spychał go z Tarpejskiej skały!
IRYDION 187
Prawdęś wyrzekł — nie — nigdy Hellada takim
nie spodliła się rozumem! — Jej życie nie było rachubą,
Jej nadzieje nie spoczęły na kłamstwach! — Syn La-
tony zamieszkał w niej i opromienił ją dokoła — na
piersiach Zeusa, w cieniu puklerza Pallady leżało Jej
czoło upojone myślami, a morze, a lądy wiosenne,
stóp Jej były zakochanem podnóżem! Zemsta, zemsta
za nią!
ULPIANUS. Pojrzyj na ramiona naszej potęgi — wśród
gromów ich pędu sława Aten, imię Sparty i Koryntu
jak brzęki pszczół giną w oddali! — One coraz sięgać
będą dalej — od wschodu na zachód, one spocząć
nie mogą, aź światu całemu stanie się na imię — Roma!
IRYDION. Ah! ty myślisz tę starą otchłań na nowo
bluszczem uzielenić po brzegach, by koście ofiar i łupy
kościołów i miecze, wydarte zdradą, niewidziane spo-
czywały na dnie! Ty sądzisz, że ród bez czci i ducha
przyuczysz do sił straconych i roześlesz po wieńce
Laurowe! Ty i Cezar twój błogo marzycie — jak starcy,
czekający na dzień odmłodnienia, a dzień ten będzie
śmiercią waszą —
ULPIANUS. Wodzu pożarników, tchnienie twoje kala
powietrze cnotliwym! Zbrodnia goreje na czole two-
jem, opuszczonem od Bogów! Na jego widok stare
lata moje się wzdrygnęły!
IRYDION. Ojcze, Ojcze! patrz! Rzymianin usłyszał mowę
wolnych i oburzył się cały! Konsulu, odpowiedz mi
jeszcze! Cóżeście uczynili ze światem, od kiedy Bogi
złego oddały go w wasze ręce? Stoją łuki tryumfalne
i bite drogi Aedylów, na głazach zapisaliście się krwią
i potem umierających! — Ah! kiedy ziemia staczała
się w wasze objęcia, jak złudzona niewiasta, kołysały
się nad nią dumania Platona i skrzydła Kartagi lśniły
się od Gadesu po ultima Thule! A teraiz co? odpo-
wiedz mi. Konsulu! — w lochach Nazaarenów słabo-
wite westchnienia — tu i owdzie Stoików obłąkane
cienie i kilka słów Aureliusa wśród żałobnego jęku
boleści! Gdzie bujniej od dnia klęski naszej porosły
oliwne gałązki? gdzie pieszczoną pieśnią, gdzie nauką
mądrości ukołysały przodki twoje żale podbitych?
1 88 ZYGMUNT KRASIŃSKI
O, wiem! August zawarł podwoje Janusa — o zmierz-
chu życia, grały mu lutnie przedajnemi struny — wtedy
milczące pustynie, grodów na piasek rozemlone gruzy,
on nazwał ciszą swoją i na mogiłach plemion rzekliście
wszyscy: » Pokój synom ludzkim !« —
ULPLANUS. Jako Ojciec rodziny dzieci, jako Patrycyusz
Plebejów, jako pan niewolników, tak my, kwiryty, pro-
wincye dostali w podzielę. — Żelazem zdobyliśmy zie-
mię i prawo żelaza nad nią zawieszone trz>'mamy!
IRYDION. Bogdajbyście łatwowiernych nigdy nie byli
zwodzili tem słowem! — Odwróć się ku bitnym Legiom
Rzeczypospolitej — czy widzisz, jak pierzchają przed
słoniami Pirrusa, jak korzą się pod widłami Samnitów,
jak żniwem kładą się na brzegach Trazymenu, jak
w Hiszpańskich wąwozach wołają miłosierdzia i wody,
jak w lasach Hercyńskich zbladłe klękają pod nożem
ofiary? — Nie lotnym gromem Aleksandra, nie krótkim
mieczem waszym, ale czarą trucizny, ale garścią złota,
ale krzywemi przysięgi, ale obłudną radą, ale pobra-
tymstwem zdrajców dopełzaliście się potęgi! — I orzeł
Romy wylągł się na bagnach, nie na szczytach gór!
ULPIANUS. Darmo wołasz, bluźnierco ! — niewzruszona
opoka, na której zgrzytasz, nie słyszy ciebie!
Odrzuciłeś więc miłosierdzie pana twego?
IRYDION. Kto panem moim? na ziemi nie znałem
go — za stosem, jak stada drapieżnych ptaków, krążą
Gieniusze śmierci — oni mi powiedzą, czyj poddany
jestem! Ale tu miałem wrogów tylko i braci kilku,
co mi wierni służyli — i jedną chwilę boską — krótką,
jak szczęk mieczów, co prysną od razu, ale świętą,
świętą na wieki!
Nikt z was jej nie podzielił, Towarzysze! Ona mną.
Ja nią byłem cały — pochodnia zemsty gorzała w tym
ręku — Miasto poświęcone u stóp moich leżało, tuląc
się coraz ciszej pod zawoje nocy. Ah! Nemezis —
{opiera się na posągu. Amfilochci).
ULPIANUS. Zbladłeś !
IRYDION. Całej krwi waszej zabrakło licom moim!
ULPIANUS. Wróżbą ostrzegły cię Bogi. — Ja raz ostatni
z urzędu mojego przypominam ci, że wyrok zapada
IRYDION 189
nad tobą. — Czas jeszcze przebłagać Cezara — Roma
przebacza pokornym!
IRYDION. Takążeś naukę z słów moich wyciągnął?
Nie odchodź — zatrzymaj się jeszcze!
Euforion, podaj mi poświęconą czarę —
Amfilocha śnieżną pianę Lesbijską wylewam na stopy
twoje — przyj m pierwiosnki zgonu mojego — pijcie
teraz, bracia, jak męże Leonidasa przed śmiertelnym
świtem! Pijcie i bądicie wolni od złej myśli! (Zblita
się do ołtarza palącego się miedza posągiem a ciałem)
Znak opiekuńczy państwa, błogosławiony wróżbą
Augurów i Westalek pieniem, znak od senatu powie-
rzony Cezarowi, tobie. Ojcze, poświęcam i tobie, Hel-
lado matko!
ULPIANUS. Nie dopuśćcie zbrodni — wstrzymajcie
świętokradzcę —
Jeśli jest tu jaki obywatel rzymski, niech głos mój
usłucha — życie wam darowane będzie, przysięgam
naStatora i Kwiryna! Stój, zuchwalcze — w tym pier-
ścieniu zapisane imię tajemnicze Romy!
IRYDION. Słyszeliście, bracia! (rzuca pierścień do
zgliszczów)
CHÓR. Euge! Euge! Rzymianin togę zarzucił na lica,
pierś Jego wzdęła się żalem i nie śmie spojrzeć na
oblicza nasze!
IRYDION. Nim usta moje zawrą się na wieki, ostatnią
wolę moją opowiedzieć chcę. — Słuchajcie mnie i prze-
klinajcie miasto!
CHÓR. Patrzcie! odbłysk-li to żaru, czy promień, ze-
słany od Bogów, tak wspaniale osrebrzył mu lica?
IRYDION. Biada zwycięzcom! — Jako nas chcieli spodlić,
tak im podłość narzucona będzie — i dziecię urodzone
w Rzymie i starzec konający w Rzymie i mąż doj-
rzały, jedno miano będą nosili — Niewolnik!
CHÓR. Niewolnik!
IRYDION. O Fatum przedwieczne! z nad głowy Bogów
wtedy ty podniesiesz stopy i zejdziesz ku dolnym prze-
stworom i niżej jeszcze, ku siedmiu wzgórzom, i będziesz
jędzą ich skonu — by one, co wszystko zniszczyły,
umierały w obliczu Ciebie, któryś wszystko stworzył!
ICO ZYGMUNT KRASIŃSKI
CHÓR. Ród ich przepadnie, język ich niech zatracon
będzie —
IRYDION. Ale niech sława o nich żyje w późne wieki —
niech powieść o ucisku będzie ich nadgrobkiem ! —
niech go ludzie potomni czytają i przeklinają po
wszystkie dni swoje aź do końca świata!
CHÓR. Świata!
IRYDION. Przeszedł czas modlitwy, zgasł płomień oł-
tarza i skonał Bóg Romy! Konsulu, możesz podnieść
oczy —
ULPIANUS. Złamałeś ustawy ludzi i znieważyłeś obrzędy
święte — obyczajem przodków wyjmuję cię z pod
opieki prawa, zabraniam ci udziału ognia i wody! Za
głowę twoje obiecuję wolność niewolnikowi, wol-
nemu posąg przy Rostrach i miejsce obok Konsulów
w Cyrku —
Bezbożni, czekam na was u progów Mammertyń-
skiego więzienia! — Skazani, czekam na was u stóp
Tarpejskiej skały!
IRYDION. Nikt z nich ręki nie podniesie na mnie. —
Idi, starcze. — Gniew siwej nie przystoi głowie. (Ul-
pianus wychodzi) Stos twój już gotowy. Siostro — *^
nieście ją i ultinium vale powtarzajcie za mną!
Noc miesięczna — Świątynia Wenery naprzeciw Amfi-
łeatrttr Flawiana — na schodach Pretoryanie i Lucins
Tubero.
TUBERO. Co znaczy, że dotąd Arystommachus nie dał
znać o sobie? Noc ledwie zapadała, kiedyśmy się roz-
łączali, a teraz już księżyc depce wierzchołki Amfitea-
tru. — Spokój ność arkad, przełamanych w te długie cie-
nie, dolega mi, nie wiem sam, czemu. — Chłodny powiew
spieki moim licom przydaje, a jednak rozpaczniejsze
widziałem sprawy bez oczekiwania, bez niecierpliwo^
ści. — Duszo, niewolnico Lucyusza, czemu dzisiaj bun-
tujesz się przeciw panu twemu? (przechadza się zwolna)
Słyszałem od ludzi, że pod koniec żywota Duch sam sie-
bie ostrzega dziwnemi niespokojności. — Tak Brutu-
IRYDION 191
sowi W wilią przegranej, tak Ottonowi pod Bedriakiem,
wieszcze znaki się objawiły. — Diespiter! nie w porę
dziś uftiierać Lucyuszowi Tubero! już młodzieniec na
mojej starej cnocie polega. — Ja tylko i Ulpianus drugi
wędzidło trzymamy — a gdyby prawnik padł od Gier-
mańskiej strzały lub pod ręką Amfilochida, wtedy . . .
Któż mi odpowiada? nie — to w lochach Cyrku lew
się przebudził i ryknął — a teraz co innego — pomie-
szane głosy, rżenia, łoskoty! przez Kastora, kto idzie?
{Zbrojni wbiegają w nieładzie — za niemi Arystom-
niachus).
ARYSTOMMACHUS. Na pomoc!
TUBERO. Hańba! Cezar czeka na Forum, byś mu Greka
przyprowadził w łańcuchach, a ty przed nim uciekasz!
ARYSTOMMACHUS. Kto mówi, że Arystommachus się
przeląkł, ten kłamie, choćby był Ojcem ludzi i Bogów. —
Sam dwóch Centurionów tą włócznią przebiłem, kiedy
od pałającej twarzy Greka odwracali oczy —
TUBERO. Zkądże ta przemoc Jego niespodziana? — Czyż
posiał kły smoka i świeże z nich męże wyrosły?
ARYSTOMMACHUS. Goni ostatkiem, ale wściekle goni.—
Szliśmy jeszcze pochyłością Wiminalu, kiedy on pierwszy
zaczął i od przysionków pałacu spłynął, jak lawa, paląc
ciskanemi pochodniami, rozognionemi strzały, kipiącą
naftą. — Trzy razy zwarłem się z nim — z pod miecza
mego i z nad tarczy Jego sypnęły się iskry, jak z kuini
Cyklopa — trzy razy rozparły nas tłumy!
TUBERO. Idimyl zdarte z szyi Greka łupy ślubuję za-
wiesić w twoim kościele, o Marspiter!
ARYSTOMMACHUS. Ściągnij pancerz — dwie łuski
pękły ci w tej chwili nad sercem —
TUBERO. Dii, avertite omen!
(wychodzą).
MASINISSA. (na schodach świątyni). Ptaki nocne, kar-
mione krwią Areny, splatajcie się w wieniec nademną!
Zgrzybiała ruino Wulkanu, ty przemarzona od ludzi
na gwiazdę czystości i wdzięku, dosyłaj mi bladych
promieni!
192 ZYGMUNT KRASIl^SKl
Ziemio, daj, co się należy — powietrze, daj, co mi
winne jesteś — bym karmił się krwią i jadem, jak nie-
gdyś wiekuistemi ogniami Eteru!
Jeszcze noc jedna i ranek jeden, a ja i syn mój opuścim
te strony!
CHÓR Z WNĘTRZA ŚWIĄTYNI. Piękne, lubieżne wi-
tają Pana! nad hełmami tańcując, krwią z ran ludzkich
odświeżyłyśmy lica i puklerz syna twego był zwiercia-
dłem naszem!
Piękne, lubieżne ostrzegają Pana! — Z gwiazdą Oriona
wszedł Duch tajemniczy, strumieniem kołujący w błę-
kitach, i wszystkie ciche drgania i wszystkie smętne fale
swoje zebrał w około Irydiona duszy — przelatując, spot-
kałyśmy się z jego nurtem!
MASINISSA. A syn mój czy zważał na podszepty ducha?
CHÓR. Ile razy ta myśl bez głosu dotknęła mu serce,
bladł i mieczem błądził po zbrojach i nie łamał żadnej —
w przerwach bił się, jak anioł strącony — śpiesz się —
śpiesz się do niego!
MASINISSA. Mdłe dusze świętych niewiast, z tamtej
strony grobu wracające westchnienia, nie wydrzecie
mnie go! — nie do złotych harf przyuczałem mu tak
długo palce, nie do pieśni pochwalnych skręcałem mu
usta! {znika),
* *
Forum — przy pochodniach Aleksander Severus na
krześle kurulnym. — Obok stoi Ulpianus — z tyłu strat
z złotemi orłami — Arystommachus wchodzi — za nim
prowadzą rannego Scypiona.
ARYSTOMMACHUS. Boski Imperatorze, już w tej chwili
Tubero musiał schwytać Greka. — Ja w bok się udałem
i rozpocząłem bitwę z Cheruskami, którzy stali pod wo-
dzą tego człowieka na drugiej pochyłości Wiminalu —
pchałem ich ostrzami mieczów, aż zaczęli krzyczeć:
> Niech żyje Cezar Severus!« i kląć się na wszystkie
Bogi północy, że jakiś szał ich opętał po śmierci He-
liogabala. — Ten człowiek dwóm czy trzem wtedy za-
warł usta puginałem, ale wnet hurmem wszyscy przeszli
do nas. —
IRYDION 193
ALEKSANDER. Dzięki nasze walecznemu Arystomma-
chowi —
ARYSTOMMACHUS. Teraz nazad do Tuberona. (wj-
chodzi)
ULPIANUS. Imię twoje?
SCYPIO. Umierający!
ULPIANUS. Wyznaj więc prawdę i pogódź się przed
ostatniem tchnieniem z sprawiedliwemi Bogi —
SCYPIO. Z sprawiedliwemi!
ULPIANUS. Odpowiadaj mi w obliczu Imperatora. —
Od jak dawna wasz spisek zawiązany?
SCYPIO. Od wieków —
ULPIANUS. Nie żartuj, niewolniku — czy mieliście wspól-
ników w innych miastach państwa?
SCYPIO. Wszędzie!
ULPIANUS. Kto z pomiędzy nich najznaczniejszy?
SCYPIO. Ty i Cezar — póki jesteście, my bęcizieml
{umiera).
AJLEKSANDER {zstępując z tronu). Ni łaską, ni groźbą
takich nie przymusić ludzi! —
ULPIANUS. Ale żelazem i ogniem!
Ucz się, jak stąpać nad wrzącą otchłanią i nie prze-
paść na dnie — nie słuchaj niewieścich głosów —
nie ufaj szlachetności cudzej — w tobie cała Roma się
skupiła — bądź więc, jak ona, silny i nieubłagany!
(wychodzę^
Puste miejsce przy fontannie Neptuna — Słychać w dali
szczęk mieczów i wrzaski — Wchodzi Irydion y następując
na Tuberona.
TUBERO. Noc całą oko twoje jak żar piekielny mnie
ścigało — jakiż z Bogów zbroję ci wykuł? pod two-
jemi ciosy nie zdrętwiała odwaga, ale zemdlały siły
moje —
IRYDION. Ostatni raz tę klingę odbiłeś!
TUBERO. Ojcze Neptunie, pomagaj! {pada)
IRYDION. Powiedz siostrze mojej, że przybywam do niej!
z. Krasiński, Tom I 1 3
194 ZYGMUNT KRASll^SKI
(zabija gi)) Zemsto! ty mi krople tylko sączysz, kiedy
ja cię o morze krwi prosiłem — teraz wrę całą mocą
życia! dusze ginących braci przelewają się we mnie!
Stałem się Tytanem! a umierać mi trzeba — nie —
ja nie chcę umierać! [Schyla sią i wydziera miecz Tu-
óerona) Ah! czego mnie ścigasz, niewidomy duchu?
Chrystus — Chrystus — i cóż mi po tem imieniu? Od-
dal się — nie męcz mnie, Kornelio! Patrz — idź za
księżycem temi śladami srebra — za chwilę ciemności
ogarną tę ziemię!
{Alboin wchodzi)
Wróg-li czy przyjaciel Irydiona Greka?
ALBOIN. Niegdyś jego towarzysz —
IRYDION. Czyś zbladł od strachu, czy od miesięcznych
promieni?
ALBOIN. Scypiona ciało na brzegach Gemonii!
IRYDION. Ojcowie jego bywali na szczytach Kapitolu!
ALBOIN. I Cheruscy co do jednego poddali się Ceza-
rowi —
IRYDION. Ah! skróciły się ostatnie chwile! — Chodź —
wrócim do pałacu — Rzymian wpuścim na dziedzińce —
tam żarzy się jeszcze stos Elsinoi. — Zginiemy w pło-
mieniach i ty i ja, i oni i dom ojca mego — Naprzód!
ALBOIN. Dopóki tlała iskra nadziei, służyłem ci wiernie —
jako ty nienawidzę Romy - ale teraz —
IRYDION. Służalcze orła, Legionisto Karakalli, ty mnie
zdradzisz także?
ALBOIN. Nie ja, ale fortuna opuściła cię pierwsza! chleb
mój woła mnie w inną stronę! — Czy słyszysz głosy
Trybunów? Cezar głowę twoją puścił na targ mieczom
naszym. (dobyzva puginału)
IRYDION {przebijając go). Idź do piekła — na tej dro-
dze wcześniej czy później spotkasz się z Cezarem! —
{wychodzi przeciwną stroną)
IRYDION 195
Podwórzec na wzgórzu przed pałacem Irydiona — Nie-
wolnicy y Gladyałory, żołnierze z pochodniami — Dy-
miący stos Elsynoi z doku.
KILKU. Gdzie bieżysz, Pilades?
PILADES. Do lochów, gdzie cyprysy i sosny. — Pan tak
rozkazał!
INNI. Zatrzymajcie go — wyrwijcie mu pochodnię!
PILADES. W tył — nie zbliżać się do mnie — rozstą-
pić się — czy nie poznajecie mnie, bracia?
POMIESZANE GŁOSY. Rzuć pochodnię — stój na miej-
scu, jeśli nie chcesz zginąć —
INNI. Tam w dali już lecą orły Ary Stommach a —
INNI. Z tej strony Tubero się wdziera.
IRYDION (wchodząc). Mylicie się, ludzie moi — Tubero
przeżył już wszystkie dni swoje! {wstępuje na podstawę
obelisku) Cóż to znaczy? topory, puklerze na ziemi —
Sami w nieładzie stoicie, jakbyście nie wiedzieli, co czy-
nić — Bracia, raz ostatni wołam was do boju, a potem
sen i wieczne milczenie!
{chwila cichości)
Cóż to znaczy? patrzycie ku mnie wzrokiem bojaźli-
wych — opuszczacie ramiona — przelatujące połyski
bledną od bladości liców waszych — do broni !
JEDEN Z ŻOŁNIERZY. Wodzu, biłem się od zmroku
aż do zachodu miesiąca —
DRUGI. Kto ostał się przy nas? jedni leżą bez ducha —
drudzy konają w torturach — inni sobie poradzili le-
piej — przeszli do Cezara!
INNI. Patrz na rany nasze — ledwo ustać możemy —
INNY. Arystommachus pół żelezca w piersiach mi zała-
mał. — Daj wody — wody trochę!
IRYDION. Ognia, ognia tylko ci dać mogę!
WSZYSCY. Ty okrutny — ty bezbożny!
IRYDION. Diomedesie, tyś rodem z Koryntu. — Czy
chcesz uniżyć się przed tymi, którzy Ojczyznę ci wy-
darli? I ty, Lastenes, i ty, Glaucus, i ty, piękny Eu-
tellu?
13*
196 ZYGMUNT KRASIŃSKI
CHÓR GŁOSÓW, źle, źle nam — mdło i posępnie —
co z naszych mąk umarłej ojczyźnie?
IRYDION. Chwała, Bluźnierce!
CHÓR. Życia, życia, nie chwały —
Chleba, chleba, nie chwały!
IRYDION. Nędzni ! słyszałem wasze przysięgi — widzia-
łem wasze zbroczone oręże — byliście dzielnymi kie-
dyś! — Lecz teraz, nad grobem, przyszedł na was koniec
wspólny ludziom — nie rozpacz — nie wściekłość —
nie zaślepienie — ale hańba podłości!
CHÓR. Cezar kochał cię niegdyś — podaj nas i siebie
do łaski Cezara — czas jeszcze, o Irydionie!
IRYDION. I wy myślicie żyć długo po przebaczeniu
Romy? — Ja wiem, że niesława nie skróci dni waszych —
ale poszlą was na wygnanie, kędy piasek zeżre wam
stopy, a słońce głowy na węgiel rozsypie; ale poić was
będą trucizną na biesiadach świątecznych ; ale oskarżać
codzień o nowe zbrodnie! — Kto wejdzie w służbę,
tego krew zawczasu wrogom przedaną będzie. — Kto
zostanie w mieście, ten skona, budując teatra ludowi,
i wszyscy zginiecie, jako na was przystało, podłe nie-
wolniki!
JEDEN Z ŻOŁNIERZY. Co ty nam złorzeczysz, ty, któ-
ryś nas zdradził? —
DRUGI. Obiecałeś zwycięstwo — dotrzymaj!
IRYDION. Pilades! pchnij tego, który cię trzyma i idź
dalej. —
ŻOŁNIERZE. Głowa twoja skazana!
DRUGI. Bracia, zanieśmy ją Cezarowi. —
IRYDION. Odrzuciłem tarczę — mierzcie — ale za nadto
drżą wam ręce, byście trafili — Ah! biedny mój Pi-
lades !
PILADES. Los twój gorzej mnie boli, synu Amfilocha.
(pada trafiony i umiera)
CHÓR. Czy widzisz te orły złote, tę purpurę cesarską?
czy słyszysz trąby Legionów?
IRYDION {zeskakując z podstawy obelisku). Każdy z tych
mieczów gardło jedno przetnie — ty, nędzny, przejrzyj
się w klindze Sigurda — ale ani kroku bliżej. — Zdrajco,
nie garnij się pod żelazo Tuberona — precz mi z drogi!
IRYDION 197
Ułóżcie ręce do prośby — kolana w bruk wgniećcie —
módlcie się do Rzymian ! {przechodzi wśród nich i wstę-
puje na stos Elsinoi)
CHÓR. Synu nieszczęścia, niech krew poległych płynie
przed tobą — niech przekleństwa żyjących grzmią za
tobą na ciemnych brzegach Styksu!
IRYDION. Ojcze, umieram syt goryczy i krótkich dni
moich! Ojcze, ty nie przebaczysz podłym! {powstaje
Masinissa obok stosu) I ty przybyłeś nareście — ustąp
się, człowieku! To nie twoja godzina jeszcze — to moja!
Tam idź, idź — tam Cezar ci przebaczy!
]VIASIN1SSA. Za mną, synu!
IRYDION. Nie znam ciebie —
MASINISSA. Strzegłem cię wśród walki — ale tyś mnie
nie widział — wspierałem w rozpaczy — ale tyś mnie
nie widział! — Teraz przychodzę cię zbawić!
IRYDION. Giń wraz ze mną, jeśliś cnotliwy!
MASINISSA. A jeślim nieśmiertelny? {porywa go w ob-
jęcia)
IRYDION. Czemże jesteś?
MASINISSA. Bogiem! {zapada z nim)
{ Wchodzą : Arystommachus, Aleksander Severus, Ulpia-
ntis, rzymskie kohorty)
ALEKSANDER. Gdzie syn Amfilocha? — odpowiedzcie,
buntownicy!
CHÓR. Wstąpił na stos siostry i głos jego słyszanym
był raz jeszcze i zniknął — ale my broń złożyli, ale
my błagamy ciebie!
INNI. O boski Cezarze, my go chcieli wydać Tobie —
ALEKSANDER. Przebrała się litość moja —
CHÓR. Bądź nam miłosierny — on jeden winny! — On
nas omamił i zgubił!
ULPIANUS. Vae victis/ Zbliżcie się, Liktory!
198 ZYGMUNT KRASiKSKI
Szczyt góry — Rzym w mglistej oddali — z drugiej strony
morze. — Masinissa, Irydion oparty na jego ramieniu.
IRYDION. O ty, którą kochałem dla mąk twoich, Hel-
lado, Hellado, czy byłaś tylko cieniem? Chmuro miłości
mojej, czy ty odchodzisz na wieki? Wróg twój, jak
wprzódy, stoi niewzruszony i marmury wyszczerza przed
słońcem, jak białe kły tygrysa! — po co mnie być tutaj?
gorączka pali głębie czoła mego — myśli toczą mi
duszę, jak robaki trupa! [zsuwa się na murawą)
MASINISSA. Odśwież siły w mgle poranku — pij chło-
dne powietrze i światło —
IRYDION. Jak ogniwo do ogniwa, do mojej dłoń twoją
spiąłeś i przywlokłeś mnie, ale człowiek raz tylko żyje —
ten raz przyszedł dla mnie — ja skonałem wczoraj —
MASINISSA. Synu! zawód twój nie skończył się jeszcze!
IRYDION. Nie dręcz mnie. — Ojciec mój umarł w twoich
ramionach — siostra skonała w pałacu Cezarów — Ja
u stóp twoich dogorywam. — Czyż nie dosyć tobie?
[podnosi się nazvpół) Niewinna, którą ci poświęciłem,
rozpłynęła się w powietrzu na żałosne jęki — głos jej
drga w uszach moich — krzyż jej widzę na błękitach!
Ah! gdyby jej Bóg żył nad wszystkiemi bogi — gdyby
on był jedyną prawdą świata!
MASINISSA. Cóżbyś wtedy uczynił?
IRYDION. Umierając z tem pryśniętem żelazem w dło-
niach, wezwałbym jego!
MASINISSA. Ojcze, któryś jest w niebiesiech, daj dłu-
gich dni Romie! przebacz tym, którzy mnie zdradzili! —
Zbaw tych, którzy po wszystkie czasy nękali rodzinną
ziemię moją!
IRYDION. Nie — » Ojcze, któryś jest w niebiesiech, uko-
chaj Helladę, jak ja ją kochałem ! « — opowiedz mi w osta-
tniej godzinie, Masinisso, ty, który mnie zwiodłeś, ty,
któryś mi obiecał tyle, ty, na którego łonie głowa moja
w dzieciństwie zasypiała — ty, który w tej chwili stoisz
nademną, jakbyś światu rozkazował, o, mów, patrz, mie-
szają się myśli Irydiona, prędzej, mów prędzej czy Chry-
stus jest panem nieba i ziemi?
MASINISSA. Sam wyrzekłeś!
IRYDION 199
IRYDION. A więc świadczysz Jemu?
MASINISSA. Jak wróg nieśmiertelny nieśmiertelnemu
wrogowi! Dzisiaj on władnie starem niebem i zgrzy-
białą ziemią — ale są przestwory, kędy imię Jego zma-
zane, jako moje starte w niebiesiech. — Są światy nie-
skończonej młodości, pracujące w bolach i w odmęcie,
słońca bez blasku, przyszłe Bogi w okowach, morze
nie nazwane dotąd, wezbrane wiecznie ku szczęśliwym
brzegom! — a on już ustał, już zasiadł na tronie i rzekł:
>Jestem« i opuścił skronie!
Nie zaprzeczam Go — widzę Go — oczy moje, ranne
Jego blaskiem, odwracają się ku ciemnościom, ku na-
dziejom moim! — Z nich będzie zwycięstwo! — Wy-
bieraj —
IRYDION. Statek żelaznego cierpienia czerni się na czole
twojem — ale wśród tych zmarszczków pokaż mi na-
dzieję — nie — nie — ty z toni wieków nie podnie-
siesz się nigdy! — Tyś zwiódł mnie i zgubił!
MASINISSA. Nie opuszczaj mnie, jako ciebie opuścili
nikczemni, (jforywa go z ziemi) Stań nad przepaścią —
wejrzyj ku miastu nienawiści twojej! Czy wiesz, kto je
wyrwie z rąk braci twoich, kiedy według przepowiedni
Grimhildy przyjdą rozorać Italię na brózdy krwi i za-
gony popiołów? Czy wiesz, kto zlatującą purpurę Ce-
zarów podchwyci w powietrzu? Nazaareńczyk! —
i w nim zdrada Senatu i w nim okrucieństwo ludu
żyć będzie niestartą spuścizną — włosy jego białe
i serce nieubłagane, jak u pierwszego z Katonów —
mowa tylko czasem niewieścia i słodka — u stóp jego
zdziecinnieją męże północy i On drugi raz ubóstwi
Romę przed narodami świata!
IRYDION. Ah! żądałem bez miary, pracowałem bez wy-
tchnienia, by niszczyć, tak, jak inni żądają bez miary,
pracują bez wytchnienia, by kochać i błogosławić przy
zgonie temu, co kochali za życia! — Ah! a teraz ty
konającemu zwiastujesz nieśmiertelność Romy!
MASINISSA. Nie rozpaczaj — bo przyjdzie czas, w któ-
rym cień krzyża spieką się wyda narodom i on darmo
wytęży ramiona, by raz jeszcze odchodzących przytulić
do łona. — Jedni po drugich powstaną i rzekną: »Nie
ZYGMUNT KRASIŃSKI
służymy więcej ! « — Wtedy u wszystkich bram miasta
słyszane będą skargi i narzekania — wtedy Gieniusz
Romy znów twarz zakryje i płacz jego nieskończonym
będzie — bo na Forum same prochy zostaną — bo
na Cyrku same gruzy tylko — bo na Kapitolu sama
hańba tylko! — i przechadzać się będę po tych bło-
niach, wśród trzód dzikich i bladych pasterzy, ostatnich
mieszkańców Romy — i walka moja na ziemi zbliży
się do końca!
IRYDION. Znów serce mi bije. — Ah! dzień ten czy
daleki jeszcze?
MASINISSA. Sam ledwo go przeczuwam!
IRYDION. O Amfilochu, więc syn twój był tylko ma-
rzeniem — tylko cieniem, odbitym od późnej przy-
szłości — i, jak zawczesną igraszkę, rozbiły go losy!
{do Masinissy) odejdź — ni tobie, ni Bogu żadnemu
nie oddam duszy mojej — na tej skale, patrząc w oczy
Romy, umrę, jako żyłem w samotności ducha!
MASINISSA. O synu słuchaj mnie!
Bladość liców twoich odrzucę nazad śmierci — Ogni-
sko siły na nowo w sercu twojem rozpalę — Dam ci
niepamięć przeszłości — dam ci niewiedzę przyszłości!
IRYDION. Precz odemnie!
MASINISSA. Dam ci żądz tysiąc i sił tysiące. — Umar-
łych piękności wskrzeszę ci kształty — każda, nim się
rozemdleje, spali się w twoich uściskach — i Helena
Trojańska i Idalska Yenus i Ptolomeów córa —
W przejrzystej fali, w ogniu promienia, w czarnej,
twardej ziemi, jeszcze będą tchnienia rozkoszy dla
ciebie!
IRYDION. Nie kuś mnie!
MASINISSA. W dalekich stronach wydzielę ci plemię
posłuszne w progach pałacu, dzikie w dniu bitwy. —
Wśród czarów podchlebstwa ukochasz siebie, jako Hel-
ladę kochałeś. — Zgrozą króla i miłością króla upoję
cię, synu! Aż przyjdę, aż znów mój znak położę na to-
bie i rzeknę: >Czas wrócić do walki !«
IRYDION. Nie kuś mnie! albo rozłam w gruzy skle-
pienia, których kamień kaźden przeklinałem — Ha!
jesteś potężny, choć raz wynijdź w pole —
MASINISSA. Na dzisiaj próżna prośba twoja!
IRYDION. A więc tobie na dzisiaj nie być panem moim!
MASINISSA. Słuchaj, słuchaj mnie jeszcze!
IRYDION. Słaby gieniuszu, w twoich skarbach niema
nic dla Irydiona! — Umierając gardzę nim i tobą!
MASINISSA. A jeśli wieki zniszczę dla ciebie?
IRYDION. Co?
MASINISSA. Jeśli cię wyrwę z pośród pędzących fal
czasu i złożę na miękkim brzegu, uśpię cię na łonie
nicości i zapomnienia — aż do chwili, w której te wieże
rozrzucę i wbiję do ziemi ? — Jeśli wtedy obudzę cię
takim, jakim dzisiaj jesteś?
IRYDION. W Rzymie, po latach wielu?
MASINISSA. Tak, by dopełniła się jedyna żądza twoja,
byś deptał ruiny i popioły!
IRYDION. Ale nie, kiedy płomienie wrzeć będą — nie,
kiedy bracia matki mojej zatrąbią w rogi swoje na sie-
dmiu wzgórzach.
MASINISSA. Kiedyż więc?
IRYDION. Kiedy na Forum będą prochy tylko!
Kiedy na Cyrku będą koście tylko!
Kiedy na Kapitolu będzie hańba tylko!
MASINISSA. Ale wtedy, synu . . .
IRYDION. Będę twoim — przysięgnij!
MASINISSA. Przyrzekam zachować twe ciało — Przy-
rzekam duch twój uśpić i wskrzesić — Przez to, co
On przezwał złem, przez jedyne dobro moje, przyrze-
kam! Teraz daj rękę!
IRYDION. Bierz tę nieszczęśliwa co napróźno wal-
czyła!
MASINISSA. Wszystkie potęgi nocy zgromadzone nad
tobą i otchłań, matka moja, słucha twej przysięgi ! wy-
rzekasz się wroga mego?
IRYDION. Wyrzekam się — Ah ! jęk rozpaczy przeleciał
mi nad głową!
MASINISSA. Nie zważaj!
IRYDION. Patrz ! skała porysowała się w krzyże i czarne
krople na nich — Ah! patrz krople krwi się sączą —
MASINISSA. Nie zważaj, synu —
IRYDION. Burza zrywa się nad morzem — Ah ! ah ! ktoś
202 ZYGMUNT KJIASINSKI
woła na mnie — tam — daleko — coraz dalej — czy
słyszysz ?
MASINISSA. A teraz?
IRYDION. Milczenie —
MASINISSA. Razem więc na wieki, bez końca, bez od-
poczynku, bez nadziei, bez miłości, aż dopełni się wie-
kuista zemsta.
IRYDION. Razem — bylebyś wprzódy dopełnił śmier-
telnej !
MASINISSA. Stało się — za mną teraz!
IRYDION. Gdzie?
MASINISSA. Do brzegów jeziora, do chłodu jaskini,
pod liścia winne i bluszczane wieńce — kędy ni zo-
rzy, ni crwiazd niemasz, ni głosów, ni bólu, ni ma-
rzeń. — Tam spoczywać będziesz, aż wnijdziesz do kró-
lestwa mego!
IRYDION. Idźmy! — Mnie Rzym, tobie duszę moją!
DOKOŃCZENIE.
O myśli moja, ty przetrwałaś wieki! Ty senną byłaś
w dniu Alaryka i w dniu wielkiego Atylli — ni brzęk
korony cesarskiej o twarde czoło Karla, ni Rienzi, try-
bun ludu, nie obudził ciebie! i święte pany Watykanu
jeden po drugim przesunęli się przed tobą, jak cienie
przed cieniem! Ale dzisiaj ty powstaniesz, o myśli moja!
Dzisiaj w Kampanii rzymskiej słońce wrzało nad
pustynią i posępnie teraz u brzegów pustyni zacho-
dzi. — Nad piołunem piasków, nad sitowiem bagnisk,
nad samotnemi sosnami wzgórzów, nad cyprysami do-
lin, juź kołują cienie. — Gwiazda wieczorna, dawnych
ludzi Bogini, żałobnie się wznosi i z nią kilka łez rosy
tu i ówdzie pada. — Tylko na morzu jeszcze w krwa-
wych połyskach gra kipiąca piana. —
W powietrzu skwar i milczenie — chmury żadnej,
żadnego powiewu, a głębie się wzruszyły i pełnemi bał-
wany, piersią purpurową, jęknęły ku niebu — Ten, który
zamieszkał w otchłani, ten, który obiecał, stanął na wi-
rach fal i stopą czarniejszą od nocy gniótł niewolnice
swoje. —
Od jego postaci łuna wzbija się, jakby drugie słońce
zaszło. — Od jego ramion stacza się mgła na dalekie
wody. — On idzie samotny i, jak przed wiekami z nie-
śmiertelną starością na czole, —
204 ZYGMUNT KRASIŃSKI
A kiedy dosiągł lądu, odetchnęło morze i w zmierz-
chu znękane usnęły bałwany. — On szedł dalej. — Gó-
rom Samnickim ślad swój zostawił na szczycie i zstąpił
ku brzegom jeziora. — Tam w potędze jego czarów,
o Synu Zemsty! budzić się zaczęło życie twoje. —
Wąż, co strzegł stóp twoich, zadrgnął i zdał się prze-
czuwać powrót pana swego. — Wzmogło się światło
łusk bladawych — roztoczył sploty i na marmury łoża
z nich sypnęły się iskry. — Wspiął się w górę i czeka
teraz, jak gorejąca pochodnia, a w jej blaskach jaśnieją
czarne głazy i spiekłe rysy twoje!
Zrazu połysk czucia tlał ci na czole, jak ognik nocny
nad grobem — ale od progów jaskini głosy uroczyste,
witając cię po imieniu, wznoszą pieśń życia twego i za
każdym ich ustankiem jedną siłą zmartwychwstajesz
więcej. — I dana ci wiedza lat, zbiegłych od chwili
zaśnięcia twego. — Gdyby dzieje dnia jednego, ujrzałeś
wszystkie męki Rzymu i tryumfy Krzyża!
Wszystkie, wszystkie naokoło ciebie wrą ognistemi
barwy — i kopyt tętenty i chrzęsty pancerzy i brzęki
dzwonów i odgłosy hymnów przelatują nad tobą, jak
przeleciały nad snem twoim. —
Umarłe Biskupy ciągną się długiem i rzędy — przed
każdym idzie król jeden i na plecach swoich roztwartą,
świętą księgę niesie. — Na siedmiu wzgórzach, z dołu
w górę i z góry na dół, ciągle, jednem kołem idą i wra-
cają. — Jednym anioły wieńce kołyszą w powietrzu —
drudzy samotni, z znakiem zbawienia w ręku, z mieczem
wojny u boku i czarą trucizny w lewicy!
A im bliżej obudzenia twego, tem mniej orszaku,
tem głuchsze stąpania, tem bielsze głowy panów Rzymu
IRYDION 205
i bardziej drżące ich dłonie. — Wtedy ponad wszystkie
śpiewające głosy wzniósł się jeden, pełen sił i rozka-
zów — głos, który nie dochodzi niebios, ale któremu
ziemia odgrzmiewa w wnętrznościach swoich, i ten głos
zawołał: »0 Synu!«
Wtedy na szybach jeziora, na darni brzegów, na
sklepieniu jaskini błysnęło i piorun powtórnego życia
uderzył cię w łono i, jakoś był młody i jakoś był
piękny przed laty, powstałeś na łożu! — i gorejące oczy
twoje spotkały za pierwszem spojrzeniem bladą twarz
Cyntyi na szczytach Latyńskich — i odparłeś: »Jestem!«
a on skinął dłonią i prowadzi ciebie. — Stąpań nie
powtarzają echa — jedno po czarnych wąwozach, jak
dwie czarne chmury, żeglują wasze postacie. —
Stanąłeś w Kampanii rzymskiej — przed twoim wzro-
kiem ona nie ma czem zakryć hańby swojej — gwiazdy
migają, jak tysiąc złotych wspomnień i urągań. — Czarne
wodociągi idąc ku miastu, nie znachodząc miasta, sta-
nęły — opadłe z nich głazy leżą pogrzebnemi stosy —
tam powój się rozwlekł, przy sy pan kurzawą — tam
radzą ptaki nocne i jęczą!
Pójrzał syn wieków i uradował się w sprawiedli-
wości zemsty swojej. — Każda ruina była mu nadgrodą:
i niziny, wdowy amfiteatrów, i wzgórza, świątyń sieroty —
z lekkich stóp swoich otrząsał proch i perzynę tam,
gdzie cyrk Karakalli, tam, gdzie Mausoleum Cecylii,
żony Krassusa. — I ulicą grobów starodawnych wiódł
go straszny przewodnik do bram Rzymu. — One same
się roztworzą — nie słychać zgrzytnienia zawiasów. —
Weszli. — Straże nagle usnęły oparte na broniach. —
Oni przeszli, jak cienie!
206 ZYGMUNT UŁASIŃSKI
I wśród długich, samotnych kaplic ciasna im drc^a
się wije. —
O nocy jedyna, ostatnia! o nocy miłości mojej, coś
słonecznego w twoich blaskach jaśnieje — nad każdą
ruiną zasłonę cieniów rozdzierasz — i truchlejącą, nagą,
A^^^-dajesz wrogowi. — Twój księżyc nędzne domy i nę-
dznych, rzadkich mieszkańc(')w w\'tyka sz\'derstwa pro-
mieniem!
W krużganku Bazyliki stoi dwóch starców w pur-
pur o w>'ch płaszczach. — Zegnają ich zakonnicy imie-
niem książąt kościoła i ojców — na ich twarzach wy-
ryte ubóstwo myśli — wsiedli do powozu — czarne,
schorzałe konie ich ciągną — i z tyłu sługa z latarnią,
jaką trzyma wdowa nad dzieckiem, konaj ącem z głodu,
i na ramach u okien i na listwach u dołu ostatek po-
złoty! Minęły zwolna jęczące koła, siwe głowy wychy-
lone zniknęły. »To następcy Cezarów, to rydwan ka-
pitolińskiej Fortuny* rzekł przewodnik, a syn Grecyi
pój rżał i klasnął w dłonie. —
A teraz stromą pochyłością , sadzonemi schody, wstą-
pili na puste dziedzińce — pośrodku posąg Aureliusza
na koniu, z wyciągniętą dłonią w próżniach powietrza. —
Cezar bez poddanych — Tryumfator bez pieśni —
a z tyłu czarne tło murów Kapitolu!
Obok skały Tarpejskiej ułamkiem miecza, wracający
na ziemię po latach tylu, zostawił znak swój na czole
najlepszego z Cezarów — i dźwięk greckiego żelaza
o spiż rzymską rozległ się, jak dzwonu uderzenie po-
grzebne, ostatnie! i z nad szczytów zamku odparł ża-
łosny krzyk sowy i z odległych ulic odparło skowy-
czenie psa, błądzącego po innych ruinach!
IRYDION 207
A przez zna sacra^ przez drogę zwycięstw, stopniami
ze żwiru i błota zeszli ku Forum. — Łuk Septyma Se-
vera aż po piersi i świątyń ostatnie kolumny aź po
szyję zakopane w ziemię, wystają jak głowy potępień-
ców. — Inne nie tak zagrzęzły, stoją wysoko, samotnie,
wysmukłością szkieletów. —
Ich kapitele, kwiaty, ich liścia akantu, co tak biało,
tak nieznośnie tobie świeciły przed wiekami, dziś jak
zbrudzone włosy na czole włóczęgi, dziś na pół pę-
knięte marmury ich kibici idą w proch, jak fontanna
w krople. — I nie mogłeś nic poznać, nic nazwać w go-
dzinie tryumfu twego!
Tam, pod resztą portyku, dwóch nędzarzy śpi pod
łachmanami płaszcza jednego — w księżycowej bladości
ich twarze jak dwa głazy grobowe — jaszczurki śli-
zgają wśród ich ramion splecionych — a teraz jak liście
jesienne przed wiatrem uciekły przed tobą. —
Powitałeś ostatki ludu rzymskiego na Forum —
przechodząc, trąciłeś ich nogą — oni się nie przebudzili!
Przewodnik wskazał ku ulicy drzew zgrzybiałych. —
Tam cień Palatynu leżał na ziemi, tam Bogów poćwier-
towane ciała się walały i bohatyrów rozpadłe piersi
z jaspisu, z porfiru. — Tam bramą Tytusa, pękniętą,
zlepioną, jak ogromna rana, przeszli znów na jasne miej-
sca puste i stroskane. — Tu wydało się temu, który
zmartwychwstał, że Koliseum dotąd stoi cało, ale sta-
rzec głośniej jeszcze się rózśmiał — i wziął go za rękę!
Na milczącej Arenie, na piasku srebrnym, wśród
arkad, przemienionych w dzikie skały, z bluszczami u
wierzchołków, z szczelinami w łonie, tyś podziękował
losom za spodloną Romę! —
Tu miał być koniec pielgrzymki twojej — stąd
miałeś pójść, kędy miliony
208 ZYGMUNT KRASIŃSKI
I wszystko, coś widział niegdyś, wszystko, czego czę-
ścią bywałeś, wróciło ci na pamięć. — Tam był tron
Cezarów — Ozwały się w myśli twojej trąby, piszczałki,
poklaski, przekleństwa. — Słońca tylko niema, niema
purpurowej obsłony, co powijała na wierzchołkach
Cyrku — Księżyc blado świeci nad tłumem wskrzeszo-
nych, przechodzących, niknących. —
Z nich wszystkich został się głos Hymnu, słyszanego
niegdyś. — To > niegdyś* było wczoraj — tu wczoraj —
skonali Nazaareńczycy. — Ich twarze były pogodne, jak
wieczór letni — i otóż na miejscu, na którym padli,
krzyż czarny stoi dzisiaj, drewniany, cichy, na środku
Areny — od jego spokojnych cieniów odwrócił prze-
wodnik ponure oblicze. —
Ale w tobie dziwne uczucie się budzi — nie litość
nad Romą — bo jej żałoba ledwo za jej zbrodnie staje —
nie strach obranego losu — ty zanadto cierpiałeś, byś
mógł się lękać — nie żal matki ziemi — boś miłości
życia wśród snu wiekuistego zapomniał — ale jakieś
wspomnienie twarzy dziewiczej — jakiś smutek nad tym
krzyżem, którym dawniej pogardziłeś, boś go daremnie
chciał zaostrzyć w źelezca!
Ale teraz zdało ci się, że walki z nim nie chcesz —
i zdało ci się, że on znużony, jako ty — opłakany, jak
losy Hellady niegdyś — i zdało ci się w promieniach
księżyca, że on świętym na zawsze!
Jednak nie uchylisz się od przyrzeczonej wiary —
wstaniesz i pójdziesz ku starcowi pustyni. — On się
wzdrygnął, on przeniknął duszę twoją — i kołem ramion
ogromnych, posępnych, otaczając ciebie, odrywa cię
krok za krokiem od zbawienia znaku — Ty stąpasz za
nim zwolna, jak ojciec twój w dniu śmierci!
IRYDION 209
I piękny, gibki, z tuniką czarną, z koturnem Argij-
skim stanąłeś i, ku niebu wytężając ręce, byłeś wśród
gruzów jako diwięk szybki, ogromny, co połączy tysiąc
innych zbłąkanych. — Korynckich festonów szczątki
westchnęły za tobą!
>Synu, czas! wypiłeś napój, który ci wieki sączyły
do czary, i kropli nie zostało. — Synu, czas! zorza nie-
daleka — nam ubiedz długą drogę trzeba<.
Jęki słychać z pod ziemi, tam męczenników dosypiają
koście — jęki słychać w powietrzu — tam ulatują duchy
Chrystusa — ale od szczytów Amfiteatru ponad te dźwięki
żałobne zabrzmiał głos pełen chwały!
Tam postać bieleje przejrzystą jasnością — tam ze-
brały się wszystkie miłości księżyca i, jak wstęgi powie-
wne, to skupiają się, to rozpuszczają się w promienie około
anielskich, cichych, zwartych skrzydeł dwojgu!
Ty ku temu słodkiemu licu podniosłeś oczy — po-
znałeś dawne kształty, ale wyświeżone rosą, wyjaśnione
tchnieniem niebios, i spoglądałeś na nie, jak ten, co się
żegna z pięknością na wieki!
Głos wzywał starca na powrót przed stopnie krzyża,
na sąd nie rozstrzygniony jeszcze. — On pod hymnem
anioła opuścił śniade skronie i wrócił od bram Cyrku. —
Zgrzytał i rwał ci ręce i wołaJ: »Potępiony, potępiony,
kto mi wydrze jegor*
Tu, u stóp męki Pańskiej, kiedy do zorzy blizko
już było, kiedy miesiąc zapadł niżej Amfiteatru, kiedy
cała Arena świetniała połyskami, bijącemi od skrzydeł,
brzmiała muzyką niewidzialnego choru, zaczął się spór
ostatni, wyroczny wokoło twojej poświęconej głowy!
z. Krasiński, Tom I. 1 4
ZY{;MUNT KRASIŃSKI
»A po długiem męczeństwie zorzę rozwiodę nad
wami — udaruję was, czem aniołów moich obdarzyłem
przed wiekami — szczęściem, i tem, co obiecałem lu-
dziom na szczycie Golgothy — wolnością!
»Idź i czyń, choć serce twoje wyschnie w piersiach
twoich — choć zwątpisz o braci twojej — choćbyś miał
o mnie samym rozpaczać — czyń ciągle i bez wytchnie-
nia, a przeżyjesz marnych, szczęśliwych i świetnych,
a zmartwychwstaniesz nie ze snu, jako wprzódy było,
ale z pracy wieków — i staniesz się wolnym Synem
Niebios!*
I weszło słońce nad ostatkami Romy — i nie było
komu powiedzieć, gdzie się podziały ślady myśli mojej —
ale ja wiem, że ona trwa i że ona żyje!
MODLITEWNIK.
MODLITWA ZA UMARŁYCH.
O Panie! jako ja żyję i cierpię, oni żyli i cierpieli,
i przeminęli, jako ja przeminę.
O Panie! wzrosłam wśród nich, nie pojmowałam
niegdyś, co to jest być bez nich, a dziś już nie pojmuję,
co to jest być z niemi. Gdzie oni są, o Panie?
Czasem w głosach słyszanych zda mi się, że ich głos
się odzywa — czasem w nocy strach mnie przejmie;
patrzę naokoło, jak gdyby oni stali blizko — i minie
chwila i niema nikogo!
O! Daj im odpoczynek na łonie Twojem, o Panie. —
Oni w czasie grzeszyli, a teraz klęczą u stóp Twoich
w Wieczności.
Tyś miłością Jedyną, Tyś Ojcem ich, Tyś Ojcem na-
szym — poczęliśmy się w tchnieniu miłości Twojej, ży-
jemy w niej, oh! żyć w niej będziem na wieki. Ty się
w miłosierdziu kochasz, o Panie!
A im krótkie dni były pełne utrapienia — przyszli
na te padoły, nie pamiętając, skąd idą, nie wiedząc, gdzie
pójdą, ufając tylko Imieniowi Twemu — w nieszczęściu
wzdychali do Ciebie!
Daruj, o, daruj im, Panie! 2^e ich otaczało, ale nie
było w ich sercach. — Jeśli zwątpili kiedy o Tobie, to
im męką było. — Jeśli doznali roskoszy, to im męką było.
Jeśli nadzieję swoją położyli w ziemskich celach i ucie-
chach, to im męką było — i na każden ich uśmiech
sto łez spłynęło, o Panie!
Z przejrzenia mądrości Twojej światło, które ich
cświecało, było drżące i gubiące się w ciemnościach.
Świat ten był dla nich zagadką i tajemnicą tajemnic. —
2l6 ZYGMUNT KRASIliSKl
Omackiem stąpali, a kiedy gdzie dotknęli się przelotnej
chwały Twojej, czcili Ciebie i kochali łaski Twoje! Prze-
bacz im, Panie!
Jeśli dotąd za winy pracują zdaleka od Ciebie, po-
zbawieni niebieskich radości; jeśli dotąd nie rozerwana
zasłona ich losów; jeśli wiedzą jeszcze, co to łzy i west-
chnienia: o, skróć chwile ich próby — a jako Ja dzisiaj
modlę się za nich, daj. Panie, by kiedyś ci, których zo-
stawię na ziemi, modlili się za mnie. — Połącz mnie
kiedyś, o Panie, z temi, których zaznałam i ukochałam
na ziemi — byśmy razem żyli w Tobie na wieki wie-
ków. — Amen.
V.
LITANIA.
Gdybym straciła wszystkie ułudy i pociechy, jeszcze-
bym Tobie ufała, Panie!
Gdyby ludzie, co mnie winni przywiązanie i opiekę,
powstali na mnie, jeszczebym Tobie ufała, Panie!
Gdyby świat mnie odrzucił i szarpał, jeszczebym To-
bie ufała, Panie!
Gdyby serca, którym zawierzyłam, mnie oszukały
i zdradziły, jeszczebym Tobie -ufała. Panie!
Gdybym przytułku w żadnej duszy znaleźć nie mo-
gła, jeszczebym Tobie ufała. Panie!
Gdybyś spuścił na mnie złość ludzką i boleść serca
i boleści ciała, jeszczebym Tobie ufała. Panie!
Gdyby dzieci moje zapomniały o miłości mojej, je-
szczebym Tobie ufała. Panie!
Gdyby ci, których mieniłam szlachetnemi, spodlili
się, jeszczebym Tobie ufała. Panie!
Gdybyś dom mi odjął i piękność i dobra moje ziem-
skie, jeszczebym Tobie ufała. Panie!
Gdybym żyć musiała samotna, opuszczona, bez dźwię-
ku jednego wesela, bez słowa jednego litości, jeszczebym
Tobie ufała. Panie!
Gdybym konała bez ręki, coby mi ostatni raz moją
ścisnęła — bez pożegnania niczyjego — jeszczebym To-
bie ufała. Panie!
Boś ty miłością pierwszą. Jedyną, najwyższą — bo
wszystkie miłości serc na ziemi są tylko strumykami,
płynącemi od morza jasności Twojej, bo Ty mnie zba-
2 I S ZYGMUNT KRAS1I4SK1
wisz, kiedy dni moje się przeliczą, i pocieszysz stroskany
duch mój, któryś zesłał w to ciało moje na znikomą
chwilę — bo Ty nie opuścisz dzieła rąk Twoich, myśli
Twojej, córki Twojej, tu płaczącej i jęczącej ku Tobie. —
Amen.
MODLITWA DO NAJŚWIĘTSZEJ PANNY.
U stóp konającego, kiedy konający raz jeszcze obrócił
się ku Tobie i rzekł: » niewiasto* — Maryo, Maryo, pękło
serce Twoje!
I od tej chwili ból nie ustał w duchu Twoim, aż po
dniach wielu, po łzach wielu, o Maryo, Maryo, zstąpili
po Ciebie Anieli! I wniebowstąpiłaś.
Każda z niewiast płacze za Tobą, jak mąż każden
krzyż swój nosi na podobieństwo Syna Twego.
Każda z niewiast kocha, jako Ty kochałaś, i miłość
swoją przebitą, umierającą widzi, zostaje sama na ziemi
i nie może umrzeć.
Oni szczęśliwsi, oni na wzgórzach świata konają w obli-
czu ludzkości — a my w ciemnościach jęczemy na dole —
i błogosławieństwa nasze tak ciche, że oni sami ich nie
słyszą — bo łona nasze, co ich kochały i karmiły, roz-
darły się przed czasem.
Jako zwiędłe krzewy, porzucone jesteśmy.
Głos nasz szczytów nie dochodzi krzyża.
Jako ciało bez ducha niepamiętane jesteśmy!
Boleść nksza wspomnianą nie bywa.
Męki nasze lekkie jako cienie przed oczyma ludzi.
I źyjem dłużej od nich pod ciężarem nieznośnym.
Obwijamy ich ciała w powicie kolebki.
Obwijamy ich ciała w całuny trumny.
A oni witają nas płaczem, a oni żegnają nas twardem
słowem.
My błogosławim przychodzącym, a oni nas nie słyszą!
O Ty, która cierpiałaś tyle, wejrzyj na mnie i módl
się za mnie, za cierpiącą, do Syna Twego.
220 ZYGMUNT KRASIŃSKI
Ty juźzasiadłaś na tronie — Tyś wybraną była wśród
wszystkich — Ty już nie cierpisz i nigdy już cierpieć
nie będziesz.
Przez wspomnienie męki Twojej módl się za mnie!
Przez to słowo > niewiasta* módl się za mnie!
Przez tę noc, w której Syn Twój skonał, módl się
za mnie!
I jakoś wniebowstąpiła, daj, Maryo, Maryo, daj mi
wniebowstąpić kiedyś z tamtej strony grobu!
MODLITWA ZA DZIECI.
O Panie, Panie, Tyś ukochał dzieci, Tyś im obiecał
królestwo Twoje, Tyś im pozwolił się dotykać szaty
Twojej!
Panie! Serce dziecka umiera zwykle wśród zgry-
zot i doświadczeń życia — inne serce w piersiach ludz-
kich wyrasta.
1 to, co było boskiem w pierwszem, nie bije już
w drugiem.
O Panie, dozwól, by córkom moim została się zawsze
w oczach łza dziecinna i w duszy dziecinne szczęście!
Uczyń je pięknemi, jako kwiaty na polu, które nic
o swojej piękności nie wiedzą!
Niechaj będą wdzięczne i miłe, by iii nie odważyli
się powstać na nie; by każdy, co spojrzy, odszedł zwy-
ciężony ich prostotą!
Daj im ognisko domowe lepsze, niż innym, by w jego
świetle była pociecha ich duszom^ i ułuda ich oczom!
Uchroń je od tęsknoty za tem, czego na ziemi nie
znajdą nigdy! — Serca, które je pokochają na wiosnę
ich lat, niech ich potem nie zostawią samotnemi!
Wysłuchaj prośbę matki: każ aniołom Swoim, by
je strzegły — samotność ducha oddal od nich — nie-
chaj nigdy nie umierają sercem, nim umrą ciałem!
O Panie! daj im różę zbawienia bez palmy męczeń-
stwa! — Daj im wieczną niewinność, miasto chwilowej
cnoty — o Boże, wiekuisty Boże, niechaj będą piękne
i szczęśliwe i wybrane!
MODLITWA ZA SIEBIE.
Ojcze mój, któryś jest w niebiesiech, spojrzyj na
mnie i zmiłuj się nademną!
Oblokłeś mnie, Panie, w ciało i kazałeś dni kilka
przeżyć na wygnaniu — obiecałeś mi przez usta Syna
Twego, że wrócę kiedyś tam, gdzie Ty królujesz.
I nieraz myślę, kiedy się zadumam, żem tu przy-
była zdaleka — skądś iś, gdzie lepiej było — żem Cie-
bie już znała i oglądała w chwale Twojej.
W kościołach Twoich przy ofierze mszy, kiedy głosy
z ciemności chóru się wznoszą i dźwięki zagrzmią,
o Panie! zda mi się, żem już nie na tej ziemi. —
Akkorda, gdyby skrzydła anielskie, podnoszą serce
moje ku Tobie.
Nie zdołam już myśleć — czuję wtedy tylko i czucie
moje nie podobne do codziennej pracy życia.
Nie widzę twarzy Twojej, ni już o ludzkich pamię-
tam. — Zda się, jakobym zasypiała, by obudzić się na
łonie Twojem.
I ciemno, i lubo, i święcie mi jest, o Ty Jedyny,
o Ty, miłości nieskończona — o Ty, Ojcze mój. Ojcze
niebieski!
Daruj mi, jeślim zgrzeszyła — zapomnij przestępstwa
moje, jako dziecięciu, co klęka przed ojcem, lub szlocha
u stóp matki! O Panie, zmiłuj się nademną!
Samotnie mi na tych padołach — często wysycha
mi dusza i łzy żadnej niema w oku mojem.
I nadzieja, zda się, gaśnie we mnie i wiara w po-
tęgę Twoją przemaga nad wiarą w miłosierdzie Twoje.
O, oddal odemnie strach sądów Twoich — niech cię
MODLITEWNIK 223
zawsze kocham i coraz goręcej niech wyciągam ramiona
ku Tobie — w miłości Twojej niechaj będzie otucha
moja — nie bojaźń w przemocy Twojej!
Wszak ja myślą Twoją serdeczną, którąś ukochał
przed laty i którą kochać będziesz zawsze — dla tegoś
mnie obdarzył wolnością.
Gwiazdy i ślepe skały, i martwe siły natury poczęły
się w rozumie Twoim — w konieczności mądrości Two-
jej — ale ja poczęłam się w sercu Twojem — na chwilę
znikomą oderwałam się od niego — poszłam na piel-
grzymkę — i w nieutulonym żalu wzdycham do rodzi-
cielskiego domu.
Żal mój, o Panie, to niezrozumiane marzenia moje;
to wyrywanie się duszy mojej ku wszystkiemu, co
piękne; to walka moja z przeszkodami, które mnic
dzielą od Ciebie; to przykrości, nieszczęścia i smutki
ziemskie.
Żal mój, o Panie, to tajemnica, która zewsząd mnie
otacza; to zwątpienie, które mnie czasem dręczy; to
niespokojność, która mi nigdy spocząć nie daje; to
niecierpliwość, która mnie odrywa od tego, co zrozu-
miałam, ku temu, co nie pojmuję.
Kwiat nie marzy, nie płacze — rośnie i rozkwita
bez nadziei, umiera bez rozpaczy. — Żadna myśl mu nie
przyjdzie, bo on cząstką nieustanną Rozumu Twego. —
Tyś go stworzył, ale Tyś się nie rozmiłował w nim.
Mnie dałeś być przez siebie samą^ na podobieństwo
Twoje — mnie ukochałeś sercem Twojem — nie chciałeś,
bym żyła bez wiedzy, że żyję.
Dziwnie przez mękę Swoją wyszlachetniłeś mnie.
Panie!
I dla tego ku Tobie dążę bez wytchnienia — po-
czu\yam się, że jestem częścią Twoją i sobą zarazem.
Żeś mnie wyrwał z Siebie, jako kwiat wyrwałeś, ale
żeś mi dał życie i kształt własny na wieki.
Umrzeć nie mogę — przemienię się, przeobrażę
się. — Dzień śmierci będzie dniem poczynającej się
chwały mojej.
I gdzież nadal będzie życie moje? Czyż tchnienie,
co wyszło z łona Twego, może być nieszczęśliwem na
224 ZYGMUNT KRASIŃSKI
wieki? Czy Ty zapomnisz o niem tak, jak ludzie zapo-
minają o tych, których niegdyś ukochali?
O Panie, Panie, zmiłuj się nademną!
Ty jesteś wszędzie — gdzież ja mogę się dostać,
gdzieby Ciebie nie było? a gdzie będziesz, tam Ty po-
znasz zawżdy dziecię Twoje.
Słyszałam, że łzę każdą, wylaną na ziemi, unoszą
do niebios Anieli Twoi. Oni sami nigdy nie płaczą,
ale w łzach ludzkich się kochają i strzegą ich aż do
dnia sądu.
Słyszałam, że matka Syna Twego modli się nieustan-
nie za nami u stóp tronu Twego.
Słyszałam, że święci, którzy umarli za Ciebie, modlą
się ciągle w niebiesiech.
O zmiłuj, zmiłuj się nademną!
Spuść na mnie Ducha Świętego!
Tego Ducha, co łączy się z Synem Twoim — Tego
Ducha, którego nieskończoność wciela się w skończoność.
Bym żyła pełnem życiem nadziei.
By mnie nie trapiły kłamstwa świata.
By dusza moja nie spustoszała.
By serce moje nie zwiędło jak kłos, z którego ziarna
wypadły.
Bym zawsze czuła Ciebie i miłość Twoją.
Bym nie szukała Ciebie po nocy ciemnej i daremno
nie wołała: »0 Panie !«
Bym nie zasnęła snem przywalonych nieszczęściami —
snem zrazu markotnem, martwem później, snem nicości.
Od tego letargu duszy uchroń mnie. Panie!
Od tego zwątpienia wyratuj mnie, Panie!
Od tej pustyni serca ocal mnie, Panie!
Bądź tarczą moją, bądź podporą moją!
Okryj mnie płaszczem opieki Twojej!
Oddal puhar goryczy od ust moich!
Ale jeśli wola Twoja, bym cierpiała: niech się ona
stanie, a nie moja, Panie!
Daj mi boleść, ale pozwól, bym żyła w Tobie!
Przebij serce moje, ale dozwól, by ono biło. Panie!
Nie daj mi zasnąć — nie daj mi znędznieć pod
smutkami — nie daj, bym przystała na śmierć serca!
MODLITEWNIK 225
Bym wolała nie czuć, niż cierpieć.
A po męce życia Ty wspomnisz o służebnicy Twojej.
Za to, że ból w niej był ciągle, bez przerwy, Ty
zmiłujesz się nad sługą Twoją.
Za to, że nie wątpiła o miłości Twojej, Ty rzekniesz
nad nią: >Darowanem jej jest, bo kochała wiele*.
Za to, że opłakała wszystkie nadzieje i sny swoje.
Ty ją wyrwiesz z tego snu ziemskiego i przeniesiesz ją
do nieskończonej rzeczywistości.
Tam będzie miłość bez miary.
Tam szczęście bez ustanku.
Tam życie bez granic.
Tam myśl i serce będą Jednością.
I walka ustanie wszelka.
I tajemnica pryśnie wszelka.
I w Duchu Twoim Duch mój będzie na wieki wie-
ków w miłości miłości. — Amen.
z. Kiasióski, Tom \. I 5
MODLITWA, ŻEBY UMRZEĆ MŁODĄ.
Dozwól, Panie, bym zniknęła jak kwiat, ścięły kosą
o południu — bym nie więdnęła w wieczornej żałobie.
Dzieci moje jak rozwiną się na podobieństwo pącz-
ków pękających, przechodzących w róże, wtedy czas
mi odejść. Panie!
O, skróć pielgrzymkę moją — umniejsz chwil sta-
rości, próbie mojej!
Duch mój w świeżości niech oderwie się od świe-
żego ciała!
Niech umieram w pełności sił!
Niech konam w latach, w których Syn Twój sko-
nał — niechaj nie przeżywam siebie samej !
Niechaj nie słyszę głosów ludzkich, mówiących
o mnie, jakom była kiedyś!
O jesieni życia niechaj odlecę, jak liście borów, jak
kwiaty łąk, jak motyle kwńatów!
Zimy ciemnej, zimy martwej nie nasyłaj na mnie,
o miłości moja!
Nie karaj mnie tem, czem ukarałeś starców — przy-
wiązaniem do ziemi!
Nie każ mi zwolna stąpać ku trumnie i co krok
obzierać się na niwy zielone, błonia przeszłości!
Udaruj mnie statkiem i niebojaźnią śmierci!
Wlej we mnie wiarę, że tam młodość bez końca,
że tam życie wiośniane!
Niechaj czuję, że dni mi ubywa, a że mi coraz
spieszniej ku Tobie!
Nie dopuść, bym zwiędłemi wieńcami igrać miała,
jakom igrała o świcie wieku mojego!
MODLITEWNIK 227
Daj, daj mi umrzeć mJodą!
Daj, bym z wiosny ziemskiej przeszła do niebieskiej,
jak akkord, co z niższego w wyższy ton się prze-
wija — jak promień w lęczy, co z słabszej barwy
w ognistszą się podnosi — jak myśl natchniona, co
w jednej chwili staje się porywającą, wielką, nie-
śmiertelną!
Błogosławić Ci będę w chwili zgonu mego — ale
jeśliś mi przeznaczył długie dni, długie męczeństwo:
o Panie, niechaj stanie się wola Twoja, a nie moja —
Amen!
15*
MODLITWA W CHWILI ZWĄTPIENIA.
Strach mnie ogarnia, o Panie!
Coraz ciemniej wokoło mnie.
Zmierzch jakiś nieskończony otoczył mnie.
Jako bywają dni na początku zimy, mroczne, słotne,
stroskane: takiemi dzisiaj wszystkie myśli moje.
Wspomnę o przeszłości i smutno mi jest.
Pomyślę o jutrze i smutniej mi jeszcze.
Dzieci wbiegną do pokoju, rzucają się w moje obję-
cia: a ja ich nie czuję.
Ich uściski jakoby nie były dla mnie.
Ich uśmiechy jakoby nie były dla mnie.
Z miejsca ruszyć się nie mogę. — Leżę godziny
całe, a w sercu mojem coraz głębsza pustynia.
Ku niebu spojrzę i ciężkie chmury widzę i ból
ściśnie mi duszę.
W oddali białość śniegów oczy mi razi.
Zimno mi, czarno, nieznośnie, o Panie!
Zęby choć jedna iskierka otuchy — choć jedno
kolnięcie nadziei!
Szum wichru jeden tylko rozmawia ze mną.
Świsty jego rozdzierają mi serce.
Zda mi się, jakoby jęczeli ci, których znałam kie-
dyś; zda mi się, jakoby na świecie całym był tylko
płacz jeden wielki.
Tulę się w zwoje płaszcza mego i nie mogę zasnąć.
Czoło wciskam w wezgłowie, by nic nie widzieć,
nic nie słyszeć: a nie mogę zapomnieć.
Kroki ludzi dolegają mi — głosy ludzi dolegają
mi — twarze ludzi męczą mnie!
MODLITEWNIK 229
Com kiedy widziała świetnego i pięknego, nie chce
wrócić mi na pamięć.
Com zaznała gorzkiego, gromadzi się wokoło mnie.
Wszystko, co lubiłam, obmierza mi. Panie.
Strun ledwo dotknąć się mogę — ich dźwięki roz-
dzierają mnie.
Pieśni, które kochałam, uciekają z pod palców moich.
Gdzież jestem? gdzież mijają chwile życia mego?
Czy to ziemią nazywa się. Panie?
Czy ja — to stworzenie rąk Twoich, Panie?
Czy ci, którzy mnie prześladują, to także syny Twoje,
bracia moi?
Czy przestwór ten, taki szary, taki martwy, to niebo.
Panie ?
Czy świat ten, taki nieczuły, lekkomyślny, to świat
miłości Twojej ?
Czy lata, które przeżyłam, były snem. Panie?
Czy boleści, których doznałam, były jaw em, Panie?
Czyż ja w tej chwili już umarłam. Panie, i pokutuję
za winy moje?
Czyż pokuta długo trwać będzie. Panie?
Czyż światło nie zabłyśnie nad tą, która wyszła
ze światłości stoku, z łona Twego?
Ciało moje i dusza moja wołają o litość do Ciebie.
Dusza w ciele tem mojem rozciągnięta, jak na łożu
boleści.
Konają oboje, a umrzeć nie mogą!
Z ich powiązania, z ich wspólnych uczuć dawniej,
została się tylko Jedność Cierpienia.
Zda mi się czasem, że jako mgła rozpływają się
kształty moje.
I że to, co myślało we mnie, zasypia na wieki!
Zda mi się czasem, ze w ogniu palą się ręce moje,
że gorączka dziwna krąży pod mojem i skroniami.
I że to, co czuło we mnie, dziko hasać zaczyna. —
Gdzież Ja się podziewam wtedy, o Panie?
^wiat inny od tego, w którym mi żyć kazałeś,
objawia się mnie.
Straszne Jego postacie i głosy — nie — nie — Tyś
nigdy takich nie stworzył.
^jiuiitmmm
230 ZYGMUNT KRASII4SKI
Tyś stworzył piękne kształty i szczęśliwe Duchy.
Tyś stworzył męczenników, idących wśród prób ku
chwale Twojej.
Aleś potępionych nie pomyślał nigdy.
Ale tam, gdzie Ty panujesz, niema wiekuistej męki.
W obliczu miłości Twojej gdzież na wieki wieków
utrzyma się ból ciała lub Ducha?
O Panie, Panie, kiedy szaleństwo rozum mój roz-
dziera, ja bluźnię Tobie.
Kiedy wśród nocy drżę wszystkiemi członkami przed
wrogiem Twoim, ja bluźnię Tobie.
Kiedy marzę o płomieniach piekieł, ja bluźnię To-
bie; kiedy od Twego lica, od niebios Twoich, lękam-się,
bym nie poszła na wygnanie wieczne: ja bluźnię Tobie.
Wtedy ja książęciu świata — ja Duchowi Złego hołd
składam — o, daruj mi, Panie!
Daruj, daruj mi, o miłości mtjja!
Ale, Panie, czyż to wina służebnicy twojej?
Czyż ona zdoła zwyciężyć wszystkie myśli sw^ojer
Czyż może odegnać obrazy, które niewiedzieć skąd
snują się przed jej biednemi oczyma?
Obdarz ją łaską Swoją, Panie!
Miłosierdzie Twoje zawieszone nad duszami naszemi,
jak drugie błękity.
Daj mi wiarę nieśmiertelną. Panie!
Ja wiem, żeś ukochał nas wszystkich nad miarę, nad
czas, nad wszystkie myśli ludzkie.
Ja wiem, żeś urządził świat ten, by on był tylko po-
nurem złudzeniem, czarną zasłoną przed wstępem do
przybytku Twego.
Ja wiem, że to życie próbą doczesną, za krańcami któ-
rej wonieją nieśmiertelne róże.
Ale dusza moja rozstraja się często i błąkam się nie-
szczęśliwa.
Łaski Twojej, łaski mi użycz, tej, która czarne widma
pokonywa!
Tej, która cichy spokój w sercu rozlewa, gdyby rosę
na spalone liścia.
Tej, która utrzymuje Duch wątpiący na nierówno-
ściach życia, jak Syn Twój Piotra na wzburzonych falach.
MODLITEWNIK 23 1
Tej, której na imię » nadzieja.*
O, żebym w tych miejscach smutnych, w tem zimo-
wym zmierzchu, mogła usłyszeć choćby diwięk jeden
z pieśni Aniołów Twoich!
Żeby choć jeden promień rozdarł te posępne wy-
ziewy i spłynął ku mnie!
Żeby w duszy mojej przeczucie Twojej piękności po-
wstało i nie zagubiło się nigdy!
Wysłuchaj mnie. Boże!
Myśli serdeczna, myśli rozumna, myśli wszystkich myśli
moich, myśli matko świata, matko moja, wysłuchaj mnie!
Jak iskra umierająca, zaniesiona przez wichry daleko,
wzdycham do Ogniska, w którem wzięłam życie.
Tleję tu w przepaści, tak nizko, tak słabo, a Ty tak
wypiośle, tak daleko odemnie biednej królujesz, stwa-
rzasz, pałasz.
Spojrzyj na mnie!
Światło Twoje jest we mnie.
Urodziłam się u Ciebie.
Byłam w Tobie, nim opadłam tutaj jak ziarneczko
ze szczytów drzewa, jak pyłek z wierzchołków góry.
Tyś czuł mnie w Sobie, nim sama zaczęłam czuć
siebie i wierzyć Tobie.
Teraz czy Ty mnie opuścisz? czy nie usłyszysz głosu
mego?
Czy dopuścisz, bym zgasła?
Czy nie poratujesz mnie w ciężkiej żałości mojej?
Czyż błędy moje, popełnione na tych ciemnych ścież-
kach, kędy zaniosły mnie wiatry, staną na zawsze
w poprzek między dzieckiem a ojcem?
Dziecię płacze dniem i nocą i prosi się ojca.
Ojcze niebieski. Ojcze mój, mój, umiłuj mnie, jako
dawniej bywało, kiedym jeszcze żyła w Tobie!
Rozdzieleni jesteśmy przez wolę Twoją świętą i mądrą.
Ale któż mnie zdoła oderwać od Ciebie? — Kto mię-
dzy nami nicość wydrąży? — Kto uczyni, bym już nie
była myślą Twoją, bym nie wróciła do Ciebie?
Kto osieroci córkę od Ojca, który umrzeć nie może?
Kto powie o mnie: »Ona przytułku niema« dopóki
Ty żyjesz?
232 ZYGMUNT KRASIŃSKI
Wróg Twój to szemrze z cicha — ale, Panie, on nie
wie, co mówi.
On w ciemnych nocach, on w snach ponurych grozi
mi gniewem Twoim wiecznym.
Ale czyż Ty możesz odrzucić, coś począł w Sobie?
Coś począł w miłości?
To, co stworzyłeś, miłością jest i będzie Twoją.
Nienawiść nic nie stwarza — niszczy siebie i inne.
Od chwili, w której wyszłam z Ciebie, nieśmiertelna
jestem.
Zbawiona jestem.
Przez to, że mi życie dałeś, wiekuista jestem.
Przez to, że mi cierpienie dałeś, cząstce Twojej, dzie-
cięciu Twojemu, Sobie samemu we mnie cierpienie, zba-
wiona jestem.
Niosę Duch Twój w sercu mojem, jak Marya nosiła
Jezusa.
Duch Twój w sercu mojem wytrzymuje mękę, obraz ^
męki Jezusa.
Duch Twój, co we mnie żyje, zbawi mnie, jako Jezus
zbawił ziemię całą.
I zmartwychwstanę, Panie.
Lecz dziś, dziś, o tej posępnej c hwili, proszę Ciebie:
zeszlij pociechę sercu mojemu!
Strzeż mnie i tych, których kocham!
Nie daj mi upaść pod ciężarem smutku i im nie daj
upaść, Panie!
Broń mnie i ich, Panie, od złych myśli!
Od myśli podłości.
Od myśli samobójstwa.
Od myśli gnuśności.
Od myśli szaleństwa.
Daj mnie i im wiarę niezachwianą, że po znikomych
obrazach tego życia ujrzemy przestronniej sze błonia.
Że tam połączonem będzie to, co rozerwała ziemia.
. Ja i oni, i Ty w nas, i my w Tobie na wieki wie-
ków — Amen!
MODLITWA PODCZAS MSZY.
Na wspomnienie Twoje, życie Twoje w krótkiej go-
dzinie powtórzy sługa Twój, o Panie — wszystko, coś
myślał i mówił, i wszystko, co wycierpiałeś.
U stóp ołtarza on się nachyla i duma w milczeniu,
nim zacznie ofiarę tak świętą.
Teraz wstąpił na stopnie ołtarza. — Dziecię mu od-
powiada. — On obrazem Twoim w tej chwili, o Boże!
a to dziecię, to ludzkość, co słowom Twoim odpowiada.
To ludzkość, co przed Tobą była, jest i będzie zawsze
dzieckiem. — Dlatego Ty ją zbawisz, o Boże!
Ten puhar, z którego teraz sługa Twój zdjął zasłonę,
to puhar goryczy, który świat podał ustom Twoim.
To puhar krwi Twojej, która świat zbawiła.
Ta księga, którą roztworzył, to słowo Twoje, opo-
wiedziane kilku wiernym, podane nam przez nich.
To słowo życia i nieśmiertelności.
Ty sam byłeś słowem Ojca niebieskiego, jako to
jest słowem Twoim.
Ojciec Cię posłał, jako Ty ich rozesłałeś.
Ale nim objawiłeś się tym wybranym Twoim, duma-
łeś długo w samotności boskiej.
Wiosna wieku Twojego ludzkiego upłynęła na pustyni.
Bo Ty sam byłeś światem.
I jako świat młody, nieśmiertelny, zbliżyłeś się po
długich czuwaniach i myślach do tego starego, zepsu-
tego, który panował na ziemi.
Zaczęła się walka Twoja z nim.
Nie mieczem walczyłeś, ale potęgą myśli i słowa.
Tym, których przybrałeś Sobie, nie opasałeś skroni
234 ZYGMUNT KKASlK'SKI
złotemi wieńcami, nie włożyłeś w ich dłonie oręża, ale
dałeś im wiarę i siłę cudów — kazałeś ich Duchom
stąpać i deptać po świecie ciała.
Byłeś królem niewidomych.
Byłeś panem nieskończoności.
Urodzon z niewiasty, kochałeś niewiasty za to, że
słabe ciałem i lotne duszą.
Za to, że bliższe świata duchów.
Za to, że cierpli wsze na męki.
Za to, że mniej głośne chwałą.
Za to, że nieśmiertelności nie mają na ziemi.
I słabościom ciała i słabościom, w których tlała
iskierka miłości, przebaczałeś. Panie!
Maryi przebaczyłeś, kiedy wonnemi kadzidłami i dłu-
gim włosem swoim przyszła namaścić Ci stopy — i tej
kazałeś odejść w pokoju, tej, którą ukamienować chcieli.
Ale pychom Ducha, ale uciskającym biednych, ale
przechwalającym się w dumie i nieużytości serca, ale kła-
miącym przed ludźmi, by uwieść ludzi, nie mogłeś prze-
baczyć.
Tam, gdzie nie było miłości, jedno podłość było i zło-
cone fałsze, sądziłeś i potępiałeś.
Kupców, frymarczących w świątyni, wygnałeś z niej ;
w obliczu Faryzeuszów iskrzyły się boskie oczy Twoje
i gniew nieśmiertelny wschodził na czoło Twoje!
Przyrównałeś ich do bielonych sarkofagów.
Zewnątrz rzeźby kosztowne i marne, wewnątrz próch-
no tylko.
Z ludem prostym lubiłeś rozmawiać, usiadłszy na
wzgórzach na brzegu morskim.
Z dziećmi igrać lubiłeś — niewinność lub żal za
grzechy przełożyłeś nad udaną cnotę.
Przebaczyłeś namiętnym za to, że kochali wiele —
przebaczyłeś prostym za to, że wierzyli wiele — prze-
baczyłeś słabym za to, że cierpieli wiele.
Tym tylko, którzy nic nie kochali, w nic nie wie-
rzyli, nic nie wycierpieli, nie zdołałeś przebaczyć.
Przekląłeś ich jako sługi ksiąźęcia świata!
I walka Twoja ciągnęła się z niemi — i coraz czar-
niejsze były ich podstępy — zgubniej sze cele!
MODLITEWNIK 235
Tyś wiedział, że kto zmaga się z światem, zginąć
musi w czasie — by żyć w wieczności.
Przeczuwałeś jako człowiek koniec Swój.
Jako Bóg obiecałeś, że wrócisz kiedyś.
I ze łzami słuchała cię matka Twoja.
I Tobie także raz przyszły łzy do ócz — kiedyś spoj-
rzał na miasto skazane, na miasto przodków matki Two-
jej, na ojczyznę Twoją.
Ty, co ze wzgórza płakałeś nad Hierozolimą, dziś
zapłacz nad nami!
Nim rozstałeś się z wybranemi Twemi, obróciłeś myśl
ku Ojcu i powierzałeś ich Jemu świętą modlitwą.
» Ojcze nadeszła godzina.
»Imię Twoje ogłosiłem przed ludźmi, których mi po-
wierzyłeś.
»Oni byli Twojemi i dałeś mi ich. — I zachowali
słowo Twoje.
A teraz ja już nie należę do świata, ale oni do niego
należą jeszcze — Ja idę ku Tobie.
» Ojcze, święty, strzeż ich w Twojem Imieniu, tych,
których mi dałeś, aby byli Jedno, jako my jesteśmy Jedno!
»Nie proszę Ciebie, byś ich wziął ze świata, ale tylko,
byś ich uchował od złego!
»Oni nie są ze świata, jako Ja nie jestem ze świata.
» Uświęć ich przez prawdę Twoją!
» Słowo twoje prawdą!
»Aby wszyscy stali się Jednością tak, jako ja jestem
w Tobie, a Ty we mnie. — Aby oni także byli Jednością
w nas i świat uwierzył, żeś Ty mnie zesłał*.
1 zasiadłeś do ostatniej wieczerzy.
I ten, który Cię miał zdradzić, stał obok Ciebie —
i głowa ukochanego Twego leżała na łonie Twojem.
Czułeś, o Panie, że Twoja walka zbliża się do końca —
ciało Twoje ludzkie wzdrygnęło się i, klęcząc w ogro-
dzie oliwnym, prosiłeś Ojca Twego, by puhar goryczy
od ust Twoich odwrócił.
Ale Duch Twój Boski spieszył się ku śmierci.
Piłat przeląkł się ludzi i przeląkł się jakiegoś Boga —
nie chciał ni ludu, ni Boga tego obruszyć — a więc
umył ręce nad męką Twoją w rozsądku swoim.
236 ZYGMUNT KRASIŃSKI
W Kaifaszu nie było takiej słabości — niewinnego
ścigał, nienawidził, potępił.
A lud hurmem się cisnął, by widzieć Ciebie, kiedyś
stąpał, krzyż dźwigając ku wzgórzu Kalwarii.
Kiedy pot sączył się z czoła Twego, szydzili.
Kiedyś upadł na żwirze pod ciężarem krzyża, nie
mieli litości.
Drobne dzieci natrząsali się z Ciebie — Ojce ich
i matki przeklinali Ciebie.
Szedłeś coraz dalej, w znoju i krwi, milcząc i prosząc
Ojca, by im przebaczył.
Świat to, świat ludzki o tej godzinie był naokoło
Ciebie — ten sam, co po wszystkie czasy — zgrzybiały
w myślach swoich, nieubłagany w sądach swoich, okrutny
w władzy swojej.
Im starszy, im bliższy końca, tem okrutniej szy.
Głuchy, martwy, ślepy na wschodzące gwiazdy —
czciciel zachodzących, co się wraz z nim urodziły!
Szyderski i zabójczy — by żyć kilka chwil dłużej!
Nie przeczuwający, że przez śmierć Twoją będzie zwy-
cięstwo Twoje.
Nie wiedzący, że kto chce żyć i być duchem na ziemi,
wprzódy winien zniknąć z niej ciałem.
I w tryumfie wiedli Cię do krzyża Twego.
I w tryumfie rozbili Cię na krzyżu.
I w tryumfie podawali Ci żółć z octem i piołun gorzki.
Nie wiedzieli, że w tej chwili stajesz się Bogiem na
wieki!
O, na Golgocie widzę mękę Twoją, o Panie — i tę
noc czarną, która stoczyła się nagle pośród dnia ja-
snego, i tę burzę, co się zerwała w przestrzeni, i to
czoło Twoje, uwieńczone cierniami, i to oko Twoje spo-
kojne, ostatni raz błogosławiące wzrokiem ziemię i synów
ziemi.
Spojrzeniem miłości objąłeś ich wszystkich i wnu-
ków ich i naturę całą, konając.
I plemię ludzkie objąłeś myślą Twoją aż do końca
wieków.
I rzekłeś, przewidując walki i rozpacze tych, którzy
przyjdą po Tobie dobrze czynić i skonać, rzekłeś
MODLITEWNIK 237
słowo nieskończonego bólu: > Czego opuściłeś mnie,
Ojcze?*
By Ojciec darował w niebiesiech chwile zwątpienia
dzieciom Swoim na ziemi.
By dopełnioną została męka ludzka, by w puharze
goryczy kropli nie wypitej jednej nie zostało.
By Duchowi nieznośnie było w chwili śmierci, jako
jest ciału.
By ta ostatnia próba nieszczęścia, to ostatnie zem-
dlenie serca, ten ostatni rozdział Syna i Ojca, wycisnął
łzy Aniołom i przebłagał Boga.
I odtąd nie było duszy jednej pięknej i wielkiej,
w którejby nie powtórzyły się te Twoje słowa ostatnie.
Każda szukała Ojca i ukrzyżowaną została w imieniu
Jego i w chwili wyrocznej drzeć zaczęła o siebie, czy
też znajdzie Ojca, którego szukała.
I noc pozornie nad nią zstąpiła w tej ostatniej próbie.
Miłość ją przytuliła do łona, kiedy jej rozpacz nie-
znośną się stała — kiedy od jej żądań i westchnień
pękło jej znikome życie.
Bo nie módz już żyć chwili jednej dłużej z bólu, to
wniebowstąpić, o Panie!
Ale Ty, by nauczyć nas, co się staje z duchem za
zasłoną tej pozornej nocy, kiedy wszystko ucichnie i, zda
się, rozwiało się na zawsze, dnia trzeciego podniosłeś
się z grobu.
Pierwsza, niewiasta Cię ujrzała i poznała, Panie!
Potem objawiłeś się mężom — obiecałeś im pocie-
szyciela, Ducha świętości, Ducha, który nieustannie krąży
między Tobą a Ojcem, który spaja Ciebie z Nim na
zawsze — Życie.
I ten Duch święty w nas jest, o Panie!
Bo my ni ciałem, ni Duchem czystym: my zgodą
ciała i Ducha — my żyjącą miłością tych dwóch połów
stworzenia, tych dwóch części wiekuistej myśli Twojej.
I kiedyś wrócił do Ojca na skrzydłach aniołów, ze-
słałeś pocieszyciela wiernym Twoim — podwoiłeś ich
tycie — wypotężniłeś ich dusze. — Związałeś ściślej ich
myśl z ich ciałem.
Oni mówili wszystkiemi słowy i czynili cuda, świad-
238 ZYGMUNT KRASIŃSKI
cząc Imieniowi Twemu — i tak żyli w miłości ducha
i ciała, że ciało w nich nie wzdrygało się konać, kiedy
Duch rozkazał.
Ty na prawicy Ojca w kształcie Twoim ludzkim za-
siadłeś na wieki — przez Ciebie zbawione, unieśmier-
telnione ciała.
Tyś słowem żyjącym, widomym, dotykalnym. Z głę-
bin nieskończoności wyszedłeś, opisałeś się w kształt,
bo żal Ci było tej nieszczęśliwej, tej cierpiącej materyi —
brzybrałeś ją. Panie, za córę Swoją i ona nieśmiertelną
stała się w obliczu Ojca Twojego!
On nieskończony. On niewidomy — przez Ciebie
tylko dochodzim do Niego — Tyś światem — On myślą
świata — a Duch, co wiąże Ciebie i Jego, a Jedność
Wasza bez końca, jest miłością miłości — jest wiecz-
nością wieczności — jest Bogiem!
O Boże potrójny i jedyny, zmiłuj się nad nami!
W Imieniu Ojca i Syna i Ducha niechaj zbawioną
będę!
W Imieniu Ojca i Syna i Ducha niechaj cierpię na
ziemi, by zmartwychwstać kiedyś!
Kapłan teraz wzniósł puhar krwi Twojej i wypił ją
i pożył ciało Twoje.
Nigdy męka Twoja, trud Twój nie ustaje na ziemi.
Tajemnica tajemnic, krzyż Twój, to dzieje nasze.
W kaźdem sercu ludzkim ta tajemnica powtarza
się codzień.
W każdej rodzinie — w każdym narodzie.
W Ludzkości całej tylko nie, boś Ty ją zbawił i wie-
dziesz ku szczęściu wiecznemu.
Ale dla rodzin męczą się syny i córki i ojcowie
i matki.
Dla narodów męczą się obywatele i wodzowie i sę-
dzię i kapłani ludu.
Dla ludzkości całej codzień męczą się narody i umie-
rają w bólach, rozpaczając.
Krew Twoja leje się co chwila.
Ciało Twoje przebite co chwila.
Każda myśl, co błąka się i zmaga się ze światem,
cierpi w Tobie.
MODLITEWNIK 239
Każde serce, co pęka, rozdziera się w Tobie.
Na milionach krzyżów, od bieguna do bi^una, mi-
liony męczenników konają w Imieniu Twojem na po-
dobieństwo Twoje.
Nim Ty umarłeś, śmierć i ból hańbą były.
Od dnia skonu Twego stały się chwałą i nadzieją.
Boś Ty śmierć przeszlachetnił na Życie.
Boś ty ciału nieśmiertelność obiecał w nadgrodę
męki.
I ja krzyż mój noszę, i ja gwoździe czuję w dłoniach
moich, w boku moim.
I modlę się do Ciebie męką moją ludzką — jako
Ty do Ojca Swoją boskąś się modlił za nas wszystkich
i za Siebie.
Jeszcze raz, nim ustąpi z ołtarza, sługa Twój odczy-
tuje słowa Twoje — słowa ulubieńca Twego — słowa
tego, któremuś Matkę powierzył w ostatniej godzinie:
>Na początku było słowo — I słowo było w Bogu —
i to słowo było Bogiem.
»Ono było na początku z Bogiem.
» Wszystko przez nie uczynionem zostało, a nic bez
niego się nie stało.
>W niem było życie, a życie było światłem ludzi.
>I światło zajaśniało wśród ciemności, ale ciemności
nie poznały Go«.
Tem słowem, ubranem w kształt. Ty byłeś.
Tyś zstąpił, ale nie przyjęli Ciebie.
I jako ciebie przeklęli, tak i wszystkich Twoich do
dziś dnia przeklinają na ziemi.
Ale jakoś przemógł nad światem, tak i Twoi prze-
mogą nad światem.
Twojemi byli po wszystkie czasy i są dotąd ci,
którzy kochają i chcą.
Wrogami Twemi byli i są ci, którzy nie kochają i nic
nie chcą.
Walce tej błogosławisz. Panie.
Natchnionych miłością Ty obdarzasz męczeństwem. —
Inni piją i jedzą w dumie swojej, a nie wiedzą końca!
Skończyła się ofiara święta. — Znów zasłonę kapłan
złożył nad puharem Twoim i schodzi z ołtarza.
240 ZYGMUNT KRASIŃSKI
> Idźcie, — mówi do nas — dopełnionem jest!«
I odchodzim, Panie, w nadziei, źe kiedyś oglądać
Cię będziem w chwale Twojej tam, gdzie bólu ni złudzeń
już nie będzie, jedno Ty i Ojciec Twój, i my wszyscy,
z Tobą i z Ojcem Twoim połączeni Duchem na wieki
wieków — Amen.
MODLITWA
(PRZEBUDZIWSZY SIĘ W NOCY)
O tej godzinie przesuwają się Duchy umarłych i cier-
pią żyjący — ci, którzy nieszczęśliwi, którzy wspomi-
nają przeszłość, a nie mają przyszłości!
O Boże, daj pokój Swój tym wszystkim, którzy się
męczą o tej godzinie!
Oni nie mogą zasnąć, jako ja, Panie. — Cicho wokoło
nich i pusto, jak wokoło mnie. Panie!
Czarne widma ich duszę rozdzierają. — To, co było,
staje nazad w ich oczach i jest przed niemi — a czują
jednak — że samotnemi zostali — że siebie i innych
goryczą opasali!
Ale w tych sercach skazanych nie to, że sami cier-
pią, jest męką, ale to, że inni może w tej chwili pła-
czą niesłyszani, dalecy, bez ratunku, bez nadziei.
Oto męka mąk, oto ich wieczne konanie, o Boże!
Jakkolwiek oni to sprawili niepamiętni, niewstrzy-
mani, ślepi, daruj im, o Panie!
O Ojcze, Ojcze, słuchaj głosu bezsenności mojej! —
Teraz wśród tylu sennych ja jedna żyjąca, myśląca,
cierpiąca, sam na sam z Tobą, korzę się przed potęgą
Twoją i wzywam miłosierdzia Twego!
O Panie, nie mam komu się pożalić, na łonie czyjem
oprzeć głowy mojej — wymarli ci, których kochałam.
Ty jeden. Ty jeden tylko znasz mnie i słyszysz mnie!
A więc w Twojej nieskończoności niechaj będzie
biedne serce moje — wpuść, Panie, myśl Twoją do
królestwa Twego — sierotę przyjm, co płacze u progów
Twoich.
z. Krasiński, Tom I 1 6
242 2VgMUNT KRASIŃSKI
A znośniej potem będzie ciału temu!
Jakże cicho i posępnie! Czyż wiele dusz na ziemi
w taki sposób cierpi w tej samej chwili?
Słuchajcie mnie, wy, siostry moje, wy, nieznane czy
znane, wy, podobne mi przez ból : połączcie się ze mną,
by ubłagać Pana!
Razem wśród szczęśliwych i uśpionych wznieśmy
nasz Hymn samotny ku niemu — oby ten diwięk roz-
dartych serc przebił cienie nocy — oby ta modlitwa
spotkała gdzie w przestrzeniach skrzydło anielskie, coby
ją zaniosło do Pana!
Daj mi zasnąć na podobieństwo braci moich! —
I innym, co przechadzają się w tej chwili w milczeniu
rozpaczy, co stali się żyjącemi grobami, co nie mają
przytułku przed własnemi myślami, daj na chwilę wy-
tchnąć, ochłonąć w miłosierdziu Twojem!
Proszę Cię za niemi. Panie, i za sobą!
Ah! są straszne chwile, Panie, za silne na stworzenia
Twoje! — Zdaje im się wtedy, że wszystko wymarło
w ich duszach — że nadziei niema nigdzie, nigdzie.
Panie!
Wtedy wstają wśród nocy i błądzą — szczęśliwi
jeszcze, kiedy im łza do ócz przyjdzie, kiedy kamień
serca się roztopi. — Ale ci, którzy zestarzeli się bo-
leścią, płakać już nie mogą. — Im wiecznie ciężko.
Wtedy wstają w nocy i błądzą — po czarnych ścież-
kach, po gruzach ich długie przechadzki.
Księżyc już ich razi światłem swojem — nie usiądą
nigdzie, bo nigdzie nie mogą spocząć.
Przed zamkniętemi kościołmi Twemi przechodząc,
znak krzyża kreślą w marnem powietrzu i idą dalej.
Myśli ich wraz z niemi.
A myśli ich jako tęskne dźwięki, jako wiry burzliwe,
jako piasek wrzący pustyni.
Ptaki nocne, oplecione szumami wichrów, gonią za
niemi; z sitowia bagien, z pod gałęzi cyprysów, z nad
piołunu dolin wznoszą się głosy, co im wspominają
przeszłość, co im wróżą nieszczęście.
Wrócićby chcieli tam, gdzie byli kiedyś.
O Panie, zeszli j im anioła stróża!
MODLITEWNIK 243
Czyż nie zlitujesz się? czyż dziecię nie wyprosi
u Ojca chwili odpoczynku? Czy nie każesz cieniom
nocy, by ich otuliły dokoła?
Ty dobry i święty — Ty czujesz każdą boleść stwo-
rzeń Twoich, ale i Ty sam nie cierpisz, bo wiesz, o Panie,
żeś ich zbawił na wieki.
Proszę Cię za niemi i za sobą, Panie!
Daj im pokój ducha i mnie. Panie!
Ubłogosław ich i mnie. Panie! — Daj im i mnie
zasnąć na chwilę, nim przyjdzie godzina snu wiecznego
na ziemi, a życia wiecznego w Tobie!
16*
WANDA.
(FRAGMENT.)
Wanda leży w naszej ziemi,
bo nie chciała Niemca.
PIERWSZA CZĘSC.
I.
Sala w zamku Rytygiera — przy pochodniach siedzą
rycerze tv stołu. Jeden Ryty gier tylko leży. Biskup na pra-
wicy Rytygiera. Wokoło koniuszowie, giermki, minstrele.
RYTYGIER. Przynieś mi czaszkę Hakona, oprawną
w stal, złoto i miedi, pić z niej będę dzisiaj zdrowie
twoje, święty Biskupie, zawdzięczając ci, żeś raczył
zamek ten nawiedzić i zasiąść do naszej biesiady! Kto
z was tymczasem uderzy w struny? Kto opowie zgon
siostry mojej i, jakom wgniótł w piasek, zagrzebał
pod kopcem trupów ciało wroga Hakona?... Do harfy!
do harfy!
(Wstają rycerze)
PIERWSZY RYCERZ. Ja.
DRUGI RYCERZ. Nie ty, nie ty. Ja, książę!
HAGEN. Ja byłem przy boku twoim tej nocy. Obryzg
krwi z piersi Hakona oczy mi zaćmił, kiedyś uderzał!
RYTYGIER. Prawdę mówisz, Hagenie, głos twój mnie
miłym będzie; podajcie mu harfę!
(Przynosi giermek czaszką)
Zdrowie, ojcze Biskupie! Zdrowie Kościoła, Cesarza
i Rzymu!
BISKUP. Amen.
HAGEN. Trzej posłowie króla Dano w, chytrego jak
morze, stanęli w progach wodza mężów — ojca Ryty-
giera i pięknej Gudruny. >Hakon, pan wysp i morskich
248 ZYGMUNT KRASIŃSKI
wybrzeży, słyszał — rzekli — o czarnobrewej Gudrunie.
Ona śliczna nad ślicznemi — on zamożny nad zamo-
źnemi. Oto kosztowne, bursztynowe przynosim jej
dary; niech dziewica dom opuści, niechaj pójdzie za
nami, swatami!* Król przyjął ich mile, trzy dni jedli
i pili razem, a czwartego powierzył im córkę.
Hakon, czekając na oblubienicę, przechadzał się po
żwirze morskiego brzegu, a gdy z statku wysiadła, on
rzekł do niej wśród syczących wiatrów: >Gudruno, po-
wiedz mi, gdzie leży sławny skarb ojca twego i brata,
potem będziesz żonąHakonal* Lecz dziewica spojrzała
nań z pogardą: » Królu wiarołomny, prędzej morze
wypowie ci przepaści swoje. Jam córka Sigmunda,
wodza bohatyrów!*
Zatoczył się Hakon wściekłym zdjęty gniewem: »Kaźę
cię związać i rzucić pod kopyta klaczy dzikich na dzie-
dzińcu pałacu mojego!* A ona mu rzekła: » Stary!*
Król odszedł i zgromadził srogich wojowników, po-
tem stanął z niemi na krużganku — związana Gudruna
u stóp ich leżała.
Przybiegły trzy klacze, jak trzy wichry morskie,
i stanęły, zarżały, zdeptać jej nie mogły — ona tak
piękną była!
Król trzem posłom wsiąść każe, posłom, co przy-
wiedli Gudrunę — pierwszy skoczył oklep sławny je-
ździec Eryk, drugi za nim rudobrody Hargaz i trzeci
ponury Levenskiold o długim dżyrycie.
Znów od bram dziedzińca puścili się razem i przy-
biegli, jak trzy wichry morskie, i przeszli, tratując po
śnieżnej Gudrunie.
Wszyscy, co tam stali, wrzasnęli, śmiejąc się z Ojca
i brata Gudruny, a u stóp Hakona kałuża krwi była
i kosy rozplecione pływały w niej czarne.
CHÓR. O biedna, biedna!
RYTYGIER. Zemszczona. Dalej, Hagenie!
HAGEN. Zorza północna buchała po niebie, kiedyśmy
na łodzie siadali w milczeniu. Dwudziestu nas było
i koń Rytygiera był z nami, koń Snafner, czarny cały,
z nastrzępioną grzywą, z iskrzącym u siodła toporem.
Trzy słońca i trzy księżyce chmurami powlekła nam
WANDA. 249
burza, ale wicher nam sprzyjał i wył w stronę Hakona,
jak psy dniem przed śmiercią pana. Rankiem dnia
czwartego wyspa Danów ukazała się nam!
Przed blizkim brzegiem nie dotrzymał na pokładzie
pan wassalów, Rytygier o niechybnem cięciu. Skoczył
na konia i konia rzucił z sobą w fale, my wszyscy
za nim, stąd, zowąd, wokoło płyniem, wytężając ra-
miona i podnosząc karki — okręt nasz za nami roz-
bijają skały!
Hakon w pałacu, otoczon rycerstwem, pił i szydził
z zabitej Gudruny. Usłyszał tętent Snafnera, pił dalej
i rzekł: >Szczęśliwy-m, szczęśliwy-m. Dziś książę Ryty-
gier przybywa mi w goście; spętam go łuku cięciwą
i strącę w podziemne lochy wężom na pokarm.*
W pałacu walą się stoły, palą się kobierce, puhary
toczą się we krwi z jękiem bohatyrów odlatują dusze.
Rytygier, syn Sigmunda, woła: > Szczęśliwy-m, szczęśli-
wy-m, Hakonie, bo dłonie ci obie uciąłem i rzucam
w ogień twój domowy; szczęśliwy-m, że teraz mieczem
długim przebijam ci piersi, a tobie, Eryku, niech służy
ta strzała, tobie, Lovenskiold, puginał mój w sercu
zostawiam na wieki — Hargaz, deptam po tobie na
pamiątkę Gudruny!*
I na stosach ciał, na gruzach i zgliszczach, przy bla-
dem księżycu dzieliliśmy łupy. Rytygier nam wszystkie
odstąpił. Wziął tylko sobie głowę króla Hakona i wrócił
do domu.
CHÓR. Niech żyje Rytygier, pan śmiertelnego cięcia!
RYTYGIER. Dzięki wam, moi. Teraz, Hagenie, odwilż
usta w czarze pośmiertnej wroga i ten łańcuch złoty
schwyć w powietrzu! {Rzuca mu łańcuch)
Co za chrapliwe dźwięki — czy słyszycie?
HAGEN. Na takim rogu dąć musi upiór myśliwiec,
kiedy nocą przelatuje bory.
{Wchodzi wódz straży)
RYTYGIER. Co słychać?
WÓDZ STRAŻY. Rycerz nieznajomy stoi u bramy zam-
kowej z nielicznym pocztem, o ile się nam wydało
przy świetle latarni, — na hełmie smok obrzydliwy
250 ZYGMUNT KRASIŃSKI
a twarz j^o z za przyłbicy pali się węglami dwoma.
Czy go wpuścić, książę i panie mój ?
RYTYGIER. Niech wjedzie, niech zasiądzie do biesiady
mężów.
{Wódz straży wychodzi)
BISKUP. Zważ, synu, noc bardzo czarna, w takowych
nocach nieraz warowne zamki widziałem zdobywane
zdradą — a wiem, że w tych okolicach teraz błąka
się pełno dzikich barbarzyńców, nieochrzczonych La-
chów. Strzeżcie się zdrady!
RYTYGIER. Nie lękam się nikogo.
BISKUP. I ja też prócz Jezusa Chrystusa nie lękam się
nikogo. Radę tylko roztropną ci dałem.
CHÓR. Niechaj lis się zjawi, tu jest lwów czterdziestu!
{Każdy rycerz dobywa puginału i kładzie go na stole)
BISKUP {dobywając puginału z pod szaty i kładąc go
na stole). Amen.
{Hamder wchodzi)
RYTYGIER. Czyś chrześcianin, czyś poganin?
HAMDER. Wyznaję Chrystusa.
RYTYGIER. Jakiegoż rodu witam w tobie gościa? Nie
wiem, na jakiem posadzić cię miejscu.
HAMDER. Na miejscu bohatyrów, a ród mój książęcy.
RYTYGIER. Imię?
HAMDER. Hamder, od dni już wielu, i nie wiem, na
jak długo jeszcze.
RYTYGIER. A twarz twoja?
HAMDER {podnosząc przyłbicą). Masz ją!
CHÓR. Jezus, Marya!
RYTYGIER. Siadaj przy mnie! Wina, miodu, mięsiwa!
Przynieść roztruhan ojca mojego — choćbyś był złym
duchem, ścisnę ci rękę.
HAMDER. Spróbuj, czyja silniejsza!
RYTYGIER. Bramy zamków, kute żelazem, pękają, kiedy
w nie uderzę. Ha! i od twojej dłoni wylecą — spró-
bujmy raz jeszcze!
HAMDER. A co?
RYTYGIER. Równi jesteśmy. Pierwszy raz śmiertelny
WANDA 251
człowiek dotrzymał mi w sile. Od tej chwili tyś bra-
tem moim!
HAMDER. Zgoda, bo oddawna tej chwili pragnąłem.
Tak! Pragnąłem jej, od kiedy chwała twoich przewal-
czonych bojów opadła mnie zewsząd. Szczęśliwy Ry-
tygierze! Gdziekolwiek szedłem, mówili o tobie pany,
niewiasty, śpiewaki, rycerze, a dziś, gdym stanął u mo-
stu zwodzonego, nim zatrąbiłem, doszły mnie odgłosy
wrzawy zamkowej — wszak wy śpiewali o czarnobre-
wej Gudrunie?
RYTYGIER. Poznałeś pieśń — czyś kiedy pierwej ją
słyszał ?
HAMDER. O! wiele pieśni słyszałem i rozmów wiele.
Włosy od nich mi nie pobielały, ale za to twarz mi
wyschła, jak u tych, co nasłuchali się przez życie całe,
a teraz nic już nie słyszą!
Wszak prawda, lica moje podobne do czaszki, z któ-
rej pijesz? Ale ja nie Hakon, ja brat, ja przyjaciel Ry-
tygiera.
RYTYGIER. Owszem, ja twarz twoją lubię; taką mieli
niegdyś w Walhalli towarzysze Odyna. Zostań w zamku
moim, Hamderze! Będziemy razem ścigać niedźwiedzie
na łowach, razem chrzcić pogan, lub dumne bić chrze-
ściańskie pany.
HAMDER. Zgoda! O, znam nieprzejrzane morza traw
i zboźów i bory, głucho szumiące, wielkie bory sosien.
Tam przechadzają się tury i żubry koło świątyń bo-
gów starych, a na równinach lud czeka objawienia
bohatyrów, by się im poddać.
Szlachetne rycerze! Widzę migi, słyszę szepty wasze,
ale ja na pozór tylko chudy, niezdrowy, umarły; kiedy
przyjdzie pora, poznacie mnie lepiej — waszemu panu
zwycięstwo i sławę, wam skarby i hoże dziewoje roz-
dam może kiedyś. I wy też na harfie wtedy zabrząk-
niecie o mnie.
A Tobie, księże Biskupie, tysiąc karków nagnę do
chrzcielnicy. Będziesz musiał stanąć ty i kapłani twoi
nad rzeką szeroką, bo w kościele nie zmieszczą się
przygnane trzody — dary moje! Ja wiem, księże Bi-
skupie, że i ty będziesz mnie kochał.
252 ZYGMUNT KRASIŃSKI
RYTYGIER. Nieraz śniło mi się o takiej nietkniętej zie-
micy. Ten, który mi ją zwiastuje, ze wszystkich u mnie
jest najlepszy ludzi. Hamder, zamieńmy się na oręża!
Weź miecz Rytygiera! Tę rękojeść wykuł mi Hor wat
Niger, najsławniejszy złotnik wśród plemion saksoń-
skich, a sześciu wodzów, z koni zwalonych, kopią do
ziemi przybitych, dałem mu na nią od piersi łańcuchy.
HAGEN (do Biskupa). Taką klingę cudzoziemcowi!
HAMDER. Tę szablę sam papież błogosławił w Rzy-
mie — niech ci służy, bracie!
BISKUP. Wracasz z Rzymu?
RYTYGIER. Byłeś w Rzymie.^
HAMDER. Gdzież ja nie byłem? Mowy wszystkich lu-
dów drzemią w głowie mojej ; kiedy mi potrzeba, bu-
dzę jaką z nich. Naprzemian lądy i wody schodziły
mi z drogi, jak znużone straże. Ja jeden szedłem nie-
znużony dalej. Ile barw na niebie dzieli jasność po-
łudnia od ciemności nocy, tyle barw na ciałach ludz-
kich widziałem i znałem wreszcie takich, którzy jak
noc czarni.
RYTYGIER. Wina, wina jeszcze! Bierz, gościu mój, pij,
jedz i opowiadaj dzieje dni twoich, bo kiedy mówisz,
rozwidnia mi się w oczach!
CHÓR. O, mów, prosimy cię, gościu, i niech noc prze-
leci na słowach twoich!
HAMDER. Noc — ;- nie, o, nie, połowa nocy do mnie
należy, rycerze. Ślubem strasznym związałem się nie-
gdyś i sam jeden być muszę, kiedy gwiazdom na nie-
bie mdło być zaczyna. Ale jeszcze czas, jeszcze mówić
'"ogC — kiedy umilknę, wyjdziecie wszyscy, a ja
modlić się zacznę. Czy obiecujecie?
RYTYGIER. Co tylko zażądasz, czynić będą w zamku
moim.
HAMDER. Dzięki ci, królewski Ryty gi erze. Teraz, przy-
jaciele, powiedzcie mi, skąd zacząć? W pamięci mojej
zmartwychwstają widziane strony, oglądane twarze,
stoczone walki, i cisną się tłumem, jak w dzień sądu
umarli. Kogóż zatrzymam? Któremuż z nich ścisnę
skrzepłą rękę? Oni przechodzą, mijają — a wy chcecie
powieści. Ah, dajcie mi harfę!
WANbA 253
CHÓR. Nie spojrzał, tknął tylko, a rozpłakały się struny.
HAMDER. Na smutną pieśń się zanosi — spróbuję losu
raz jeszcze.
CHÓR. Teraz jak gdyby przekleństwo zagrzmiało.
HAMDER. Czy to ty się prosisz, jęcząc pod mojemi
palcami, okrutna Marzanno, śmiertelnemi uwieńczona
maki, lub ty może. Łado, strojna w róże głogów, ty,
co sypiesz na synów Lecha błędne ogniki miłości?
Daremno, daremno. Jak gwiazdy nocy letniej, tak wy
opadniecie z niebios. I nie kto inny was strąci, jedno
syn wasz, jedno smutny wygnaniec.
Słuchajcie, rycerze! Teraz wam ziemię wskażę obie-
caną, rumianą jagodę, byście ją zgnietli żelaznemi
stopy.
Kraków, gród był wielki nad brzegami wartkiej
i czystej Bogini! Polany czczą ją pod Wisły imieniem —
nie jeden z was dotarł aż tam, gdzie ona ginie w morzu,
jak^ dusza w wieczności.
CHÓR. Polany, pogany! Jest u nas ogień i żelazo dla
nich!
HAMDER. Tam Krakus, ojciec ludu, król Polan, dwóch
miał synów z żony Świetlany i czarnobrewą jedną,
wyrosłą wśród białogłowych rówiennic, jak jodła nad
blademi brzozy — urodziwą, hardą, w brzęku cięciw
zakochaną Wandę!
Starszym był mu Ziemowit, młodszym Leszko sy-
nem, oba w potężnych wyuczeni czarach, jak przystało
na synów książęcego rodu: ale każdy z nich inną
w gwiazdach przyszłość czytał ludowi swojemu. Zie-
mowit Boga Chrystusa widział cień już nadchodzący,
Leszko kłaniał się bałwanom wraz z siostrą Wandą
i z gniewu tupał lekkiemi nogami na wspomnienie
Niemców.
Stąd waśń między braćmi się wszczęła. Ziemowit
był orłem, co odrazu gromi i zatapia szpony, potem
znowu w pokoju kładzie się na błękitach — takim
był, nim go długie przerobiły lata. Leszko nie ufał
tyle swej śnieżnej prawicy i wlókł się cichym krokiem
nakształt lisa, co uchodzi z kniei, gdyby lis zdołał być
i żmiją razem.
2 54 ZYGMUNT KRASDiSKI
. Wtem lud jął uciekać — tysiące zbladły, jako jeden
blednie. Padali wokoło króla, wołając: >Ratuj nas,
ojcze! < a skąd bi^li, od strony zachodu, ciągnął nad
wzgórzami smok, jak burza czarny, w paszczy trzy-
mając ludzkie i bydlęce ciała za włosy i rogi, potem
zapadł, grzmiąc łuskami skrzydeł, i legł nad rzeką
w jaskini.
Lecz kiedy noc nadeszła, wzbił się na nowo w po-
wietrze, naprzemian wił się z gór\- na dół i, podbiwszy
się, krążył w górze. Księżyc raz znika, to znów błyśnie
z poza jego kłębów, a pożartych niedojadłe kości spa-
dają na głowę żyjącym. Tętniące stada koni wlatują
do ogrodu. Trzody walą się i ryczą. Król milczał i sie-
dział jeden niewzruszony wśród tłumów. Nad rankiem
powstał Ziemowit i rzekł: > Jutro o świcie tak, jak dzi-
siaj, potwór zaśnie w nadwiślańskiej pieczarze. Ojcze,
by lud zbawić, ja tam pójdę sam!< I lud usłyszał
i krzyknął: >Za to kiedyś będziesz królem naszym. <
I powstał Krakus i Bogom ofiarę w świątyni zapalił —
a Ziemowit wierne psy zwołał i drażnił i głodził dzień
cały — sześć oszczepów wziął i obosieczny miecz —
a matka, drąc włosy, żegnała go z płaczem.
RYTYGIER. Chwała Lechickiemu Ziemowitowi — on
był bohatyrem!
CHÓR. On był bohatyrem!
HAMDER. On był młody i nadludzkiej siły — on po-
szedł — on miał za to zostać królem kiedyś — a rankiem
otoczyły go wyziewy i szedł w mgle, lud zostawiwszy
na wzgórzach.
I rzuciły się psy do pieczary. On chwilę stał jeszcze
u wnijścia, lecz kiedy nie usłyszał ni szczekania ni
skomlenia, sam wstąpił, w obu dłoniach trzęsąc śmier-
telne żelaza. On był pewnym zwycięstwa — on miał
królem zostać!
Przekleństwo! Koło smoka bez życia pokładły się
brytany i liżą ręce młodszego brata. On z jasną lampą
w dłoni siedzi na grzbiecie potwora i śmieje się zwolna,
posępnie, zwycięsko. Lecz krwi nigdzie nie widać
i broni żadnej niema w ręku jego.
Ziemowit struchlał pierwszy raz w życiu. Leszko róg
waKda Ź55
do ust przyłożył — mgła w tej chwili pęknie, słońce
wschodzące hańbę Bohatyra oświeci. Lud zewsząd
zbiega się wołając: » Niech żyje Ziemowit!* a Leszko,
stanąwszy na trupie: >Ja — krzyczy — ja zabiłem!*
i zabrzękły pod jego stopy martwych skrzydeł łuski.
Potem prawi dalej: > Sztuką, bogom tylko znaną,
ognistemi skórę byka wypchałem jadami. Smok po-
łknął drzemiące płomienie — chodźcie, dotknijcie się,
on się już nie ruszy!* A motłoch zawołał: >Tyś lud
zbawił, ty będziesz królem naszym!* i porywają go
i, hucząc, niosą przed starszego ojca, a inni, padłszy
na ziemię, czczą go, jak Boga. On śmiał się przedłu-
żonym echem.
Ziemowit sam jeden został wśród psów skowyczą-
cych, potem porwał się, jak błyskawica. Gwizdnął
oszczep i u stóp Krakusa wwiercił się w Leszkowe
serce. Ojciec, rozdzierając szaty, przeklął starszego
syna i każe go chwytać. Lecz Ziemowit tłum rozpierał
na prawo i lewo, broniąc się, mordował ludzi, aż wszedł
w gaje, poświęcone Bogom. Tam go już ścigać nie
śmieli Polanie.
CHÓR. Czemu nie kończysz ? czemu jedną po drugiej
zrywasz struny harfy?
HAMDER. Skończyłem — wam się reszty domyśleć,
wam siąść na koń i lecić. Ziemowit, ten, coby was
odparł, daleko gdzieś na wygnaniu. Starego Krakusa
w popielnicy spoczywają prochy — niewiasta dziś pa-
nuj e Polanom, siostra Leszka, Wanda! a więc . . .
HAGEN. Zważaj, księże biskupie, na tego człowieka!
BISKUP. Nie spuszczam go z oka.
RYTYGIER. Bracie, pokrzep siły!
CHÓR. Zrzuć pancerz, nadgardlnik rozerwij żelazny!
HAMDER. Nic mi nie jest, nic — jedno nadchodzi
godzina modlitwy. — Dotrzymajcie przyrzeczenia,
wstańcie i odejdźcie!
RYTYGIER. Lennicy, skończona biesiada! Do jutra!
CHÓR. Dobrej nocy, gościu!
(wychodzą?j
RYTYGIER. Oprzyj się na mnie, ledwo ustać możesz!
256 ZYGMUNT KRASróSKl
HAMDER. Precz — precz! nic mnie nie jest — mnie
tak zawsze w tym dniu, o tej porze. Ha! ranek się
zbliża i na bladych chmurach ciągnie nieprzyjaciel mój.
BISKUP. Krzyż ten z relikwiami weź w ręce, człowiecze!
HAMDER. I ty także się ociągasz ? precz, precz odemnie!
RYTYGIER. Twoja ręka, przed chwilą żelazna, teraz
jak wosk topnieje zimnym potem w mojej!
HAMDER. Daj, coś obiecał — daj mi spokój mój!
BISKUP. Palec Boży na czole t wojem pisze słowo za-
tracenia. Tyś brata zabił! Tyś Ziemowit książę!
HAMDER. Może myślisz, żeś mnie zdruzgotał tym sło-
wem, może myślisz, żeś pierwszy mi je powiedział na
ziemi?! — Śmieję się z ciebie, księże! {pada na sie-
dzenie Ryty gier d) Dniem i nocą to samo powtarzały
mi wiatry — milczenie głuchych pustyń wołało na
mnie: » Bratobójca!* i człowiek każden wyczytał to na
licu mojem, a nic dotąd nie zdołało duszy z pod pan-
cerza mi wyrwać. Ja miałem być i ja będę królem!
GŁOS. Nigdy, nigdy, nigdy!
RYTYGIER. Czyś ty przemówił, ojcze biskupie?
BISKUP. Przez imię Boga wcielonego — to nie ja.
HAMDER. Uciekajcie! {^porywa się) Gdzie miecz, gdzie
włócznia moja, zdrajcy?
RYTYGIER. Co ty widzisz? na kogo się zamierzasz? —
Weź go za drugą rękę, ojcze Biskupie!
GŁOS. Czemuś mnie strącił tak młodym do piekła?
o bracie! o bracie!
RYTYGIER. Teraz ja ciebie wyży wam, Duchu! — Objaw
się i spróbuj się ze mną!
HAMDER. Dajcie mi go przebić!
GŁOS. Dni twoje policzone. .
HAMDER. Niecierpiany na ziemi i w grobie, poco mnie
trapisz? Kto cię otoczył płomieniem i ranę, którąm ci
zadał, tak świeżą po latach tylu zostawił na piersiach?
Ty, coś miecza nie dźwigał nigdy, ręce tylko śnieżne
mył w krwi ofiar na ołtarzu Marzanny, tyś chciał królem
zostać!? Czyż nie byłem godniej szy od ciebie? Czyżbym
ludu mojego nie był wyniósł nad wszystkie postronne
plemiona? Wstrząsaj głową, groź rękoma — nie lękam
się ciebie! Tyś mnie wypchnął na bezdroża świata,
WANDA 257
rzuciłeś mnie w objęcia Niemców i krzyż niemiecki
zatknę na bałwanach, któreś ty tak kochał niegdyś!
Oh! przeklinam ciebie — precz stąd — precz! — mija
twoja godzina — precz!
GŁOS. Za rok o tej samej godzinie będę przy tobie!
HAMDER. Rozstąpcie się! {odpycha Ryty gier a i Biskupa)
RYTYGIER. Znów mi siłą dorównałeś, książę!
HAMDER (zrzucając pancerz). Bo jutrzenka świta, bo
jej rumiane promienie spadły na pierś moją. Witaj mi
światło, w którem od lat dziesięciu po tej nocnej mę-
czarni znowu piję życie! Jak dobrze oddychać świeżem
powietrzem! jak dobrze z piekła się wydzierać i wracać
na ziemię!
BISKUP. Zniż czoło i módlmy się razem!
HAMDER. Nie — ku słońcu wschodzącemu wzniesioną
trzymać muszę głowę — nie — my tylko Polanów chrzcić
będziemy razem. O księże, ja wracam z Rzymu, w La-
teranu kościele papież słuchał spowiedzi mojej. — Cóż
ty możesz po nim?
BISKUP. Jakąż ci Ojciec święty pokutę naznaczył .>
HAMDER. Przybyłem do was, bym jej dopełnił. On mi
kazał nie spocząć, aż dziesięciu tobie podobnych osa-
dzę na Lechitów ziemi. Lecz teraz może opuścisz mnie,
książę — ściganemu przez nadziemskie potęgi cofniesz
dane imię brata?
RYTYGIER. Sam cofnij, coś wyrzekł, lub dobądi miecza,
boś pierwszy na ziemi zwątpił o sławie Rytygiera —
przez duszę Gudruny! gdybym ci wprzódy nie ślubował
przyjaźni, terazbym cię do piersi przycisnął z sił wszyst-
kich.
Przez starego Odyna! widziałem bohatyrów, alem
nigdy nie spotkał równego tobie — oni umieli tylko
śmiertelnym ludziom kroku dotrzymać! przez wszyst-
kich świętych! sam koronę włożę ci na czoło wśród
miasta Krakowa.
HAMDER. Nie skłamały języki ludzi. — Jakim cię sły-
szałem, takim jesteś, Rytygierze. Każ więc flagi wojny
z wież zamku rozpuścić — niech się zbiorą lennicy
i poddani twoi!
RYTYGIER. Jutro puścim się w pole.
z. Krasiński, Tom I. 1'/
258 ZYGMUNT KRASII^SKI
BISKUP. Książęta, niech •pomiędzy waszemi skwapli-
wemi rady zostanie dość miejsca dla głosu mojego!
HAMDER. Czego żądasz?
BISKUP. Posłuszeństwa kościołowi.
RYTYGIER. Co znaczą te słowa?
BISKUP. Książęta, odebrałem zlecenia papieskie i ce-
sarskie względem bałwochwalców.
RYTYGIER. Cóż dalej?
BISKUP. Dobrze i roztropnie mówił gość twój, kiedy ci
radził zgromadzić Lenników. Wybierzemy się z licznym
i świetnym rycerstwem, ale przybywszy do pogan,
stańmy obozem i zacznijmy od słów łagodnych. Jeśli
odrzucą nasze przełożenia, wtedy dopiero miecz twój
świecki dokona wyroku Matki Duchownej.
HAMDER. Marna strata czasu, księże Biskupie! Bo
któryż lud wam się poddał, waszą rozczulon wy-
mową?
By starych Bogów wydrzeć z serca ludzi, trzeba tych
serc tysiące przeorać bojów lemieszem. Czy pamiętasz
Saksonów? O Witykindzie czyś zapomniał, ojcze? Ale
dwa, trzy dni odstąpić możemy obrzędom kościoła
rzymskiego. Po tych dniach kilku, tak pewno, jak, że
to słońce świeci, tak pewno, jak, że mnie losy prze-
klęły, przysięgnę, że nam wojnę wypowiedzą pogany.
Znam Lechitów!
RYTYGIER. Ułóż się z Biskupem!
Wojna mnie pali — wojnę czuję w powietrzu —
w uszach mi się przemykają chrzęsty — boskie chrzęsty
bitew, (zdejmuje róg z murti i znak daje)
HAMDER. Przystaję, Ojcze Biskupie — pamiętaj, żeś
mi dłużny teraz!
[Wpadają rycerze)
RYTYGIER. Wojna! wojna! — Ten człowiek, to Ziemo-
wit, syn Krakusa — kto mi służy i lęka się mnie, niech
mu służy i lęka się jego! Slubow^ałem Bogu i sobie:
wydarte państwo mu przywrócić. Jutro pod noc zamek
opuścimy.
Teraz uczcijcie króla Polanów, a potem za mną do
wieży północnej po nietknięte zbroje!
WANDA 259
CHÓR. Niech wyskoczą z naszych pochew ostrza,
Jak błyskawice lecące do burzy,
Wszystkie, jak piorun, co pada w jezioro,
Niech po rękojeść w morzu krwi utoną!
Szczęścia i chwały życzemy ci, Królu.
HAMDER. Oh! po długich latach przywitali mnie na-
reście króla imieniem. Naprzód, naprzód, rycerze!
17*
II.
Kopiec graniczny — po jednej stronie szopa, w jej głąbi
ołtarz, przed ołtarzem kapłani i rycerze. Biskup w or-
nacie na stopniach. Naokoło szopy zbrojni Niemcy, konno
i pieszo — po drugiej stronie równina i wzgórza^ okryte
ludem — z boku las sosnowy.
BISKUP. Introibo ad altare Dei.
CHÓR NIEMCÓW. Ad Deum, qui laetificat iuventutem
nieam.
PIERWSZY Z LUDU. Jakże dobra ziemia stęknęła od
ich żelaznych, padających kolan!
DRUGI. Druhu, cóż to za człowiek przybity do krzyża
w chmurze tak wonnego dymu, że aż tu go słychać?
PIERWSZY. A toć Bóg ich być musi fałszywy, niemiecki.
INNY. Mówcie lepiej, gospodarze, poco nas zwołały,
gdyby na żertwę jaką, wojewody nasze!
PIERWSZY. A Strzeżka zapytaj, alboć my wiemy?
GÓRAL. Ja wam powiem — cudzoziemcy rozhowor chcą
mieć z niemi — oto właśnie idę z boru, a w gęstwinie,
pasując sie z gałęziami, w prawo i w lewo machałem
toporem. Wtem, gdy ciąłem z sił wszystkich, ujrzałem
jedną rażą tam daleko, daleko, na karczach spalonych
siedzące wojewody, a pośrodku nich stała królowa
w białych szatach, Wanda.
KILKA Gł.OSÓW. Wanda tak blizko?
GÓRAL. Ona sama, przez ogniany i wiatrany! znamci
ją dobrze — przecież już jeden syn mojego wojewody
zapatrzył się na nią i odtąd skacze i śpiewa, jakby mu
słonko w sam upał żniw czaszkę przepaliło — a drugi,
Hardymir, dzielny wódz nasz, znać tego samego pra-
WANDA 261
gnie, bo i teraz jeszcze przechodząc spojrzę, aż tu on
siedzi, cały ku niej podany, z wytężonemi oczyma, z wy-
ciągniętą szyją. Nie mówię, gdyby przynajmniej twarz
jej mógł był widzieć — ale nie — bo ona pod długą
zasłoną się kryła i głos jej tylko z daleka powiewał.
INNY Z LUDU. Mało ludzi twarz jej oglądało.
BISKUP. Dominus vobiscum!
CHÓR RYCERZY. Et mm spirittc łuof
[Rytygier i Hamder z spuszczonemi przyłbicami wy-
chodzą z szopy).
RYTYGIER. Niecierpliwość na czarny węgiel spali krew
moją — tyś taki spokojny, Hamderze?
HAMDER. Skończyło się długie tułactwo, stoję wobec
ludu mego. Kiedy koronę włożę na skronie, jak ptak
lekkim się stanę; a gdyby wprzódy śmierć, gdyby...
to jeszcze lekszym, bracie. Zatem dobrze mi jest.
RYTYGIER. Jak się ruszają tysiące i ciekawie spoglą-
dają na nas! Jak myślisz? Czyżbym takich kos dwa-
dzieścia odrazu nie skruszył cięciem długiego miecza
na odlew?
HAMDER. Wzrostem i rynsztunkiem przenosimy ich, ale
zważ na ich gibkie ciała, na ogień, co im pryska z oczu!
Oni umieją rozbiedz się i skupić nazad, pod konia się
rzucić i rozkrajać mu wnętrzności, kamieniem wybić
oko jeźdźca, toporem, którym na wyżynach mordują
niedźwiedzi, głowę rycerzowi zdjąć z karku, lub naj-
chyższego rumaka zbić z nóg wszystkich czterech. Roz-
pędzisz ich pod wieczór, a o świcie nazajutrz, nucąc
pieśń zasiewu lub dożynków, oni ci wrócą do boju!
RYTYGIER. Tem lepiej, bo po łatwych zwycięstwach
niema czem zbudzić zaspanych strun harfy. Patrz! Oto
mi rysy, jakby z nieba wzięte — to jakiś bohatyr być
musi, orzeł takiemi w słońce spoziera oczyma. Czemuż
żadnej broni nie nosi? wszyscy się rozstępują i kła-
niają — on zwiesił głowę, jakby szyszak mu ciężał,
a tylko włosy jasne spływają mu na barki. — Czyż to
wódz jaki?
HAMDER. Urodził się na wodza, ale nim nigdy nie
będzie.
202 ZYGMUNT KRASIŃSKI
LUDGARD.
Ja detynka malenkaja,
Moja nóżka bosenkaja,
Wyneste koladnik!
RYTYGIER. Głos smutny z tak ogromnych piersi !
Wszyscy odwrócili głowy teraz.
HAMDER. Nie śmią w oczy mu spojrzeć, bo wierzą,
że on rozmawia z potężnemi Bogi, a on tylko oszalał,
urzeknięty Wandy spojrzeniem.
RYTYGIER. Jak to? — mów prędko! — on tu się zbliża.
HAMDER. Ojciec jego, Żelisław, wojewoda gór, niegdyś
Czechy z ludem swoim zrabował i, pyszny z powodzeń,
chciał zrzucić Krakusa — mój rodzic zgniótł go u bram
Krakowa. Kiedy Wandę obrano, przysłał stary woje-
woda starszego syna z hołdem i podarunkami — Ludgard
odtąd, jakem słyszał, do gór swoich nie zajrzał ni razu
i znikczemniał z rozpaczy, bo Wanda śmieje się z bo-
gini miłości.
RYTYGIER. Chciałbym ujrzeć niewiastę, która tak mę-
skie przechyliła czoło. Ha! spętać ją w łańcuchy z bła-
watów i kazać jej prząść na kądzieli!
LUDGARD.
Ja detynka malenkaja,
Moja nóika bosenkaja,
Wyneste koladnik!
HAMDER. Prosi o upominek.
RYTYGIER (kilka srebrnych pierścieni kolczugi ucina
sztyletem). Masz, niebożę!
LUDGARD. Znam was.
HAMDER. Mnie?
LUDGARD. Obu was widziałem.
RYTYGIER. Gdzie?
LUDGARD. Na kolanach u Boga Pogwizda, nim przy-
leciał powiew z dolnych jarów i zaniósł was na zie-
mię, gdyby ziaren dwoje — wtedy i mnie lepiej działo
się, niż teraz. Lecz nie troszczcie się! — wkrótce znów
będziemy razem.
HAMDER. Gdzie?
LUDGARD. Zrzuć rękawicę, a powiem ci przyszłość twoją!
HAMDER. A co?
WANDA 263
LUDGARD. I ten drugi niech da rękę!
RYTYGIER. Nuż, przepowiadaj!
LUDGARD. Ciebie pierwszego i ciebie drugiego śmierć
zawczesna, gdyby sama chciała, minąć nie potrafi.
RYTYGIER. Kawko!
LUDGARD. Mój wojewodo, mój kniaziu, jeszcze się
tobie coś w naddatku przed zgonem należy.
RYTYGIER. Cóż, puszczyku. >
LUDGARD. Dłoń twoja goreje, jako moja niegdyś. —
Szaleństwo! {odchodzi)
BISKUP. Itey missa est!
CHÓR RYCERZY. Amen.
HAMDER. Co tak za nim ciągniesz oczyma? teraz spoj-
rzyj lepiej w tę stronę, bracie! Czy widzisz pomiędzy
ostatniemi jałowcami boru tych dwunastu idących po-
woli — a przed każdym pług i dwa woły białe, jak
mleko? To wojewody!
RYTYGIER. A Wanda, gdzie Wanda?
HAMDER. Niema jej dotąd — Boże! nic się nie odmienił
potężny Żelisław, do dziś dnia tenże sam chód pyszny
i twardy, ta sama czerwona przepaska na białych wło-
sach — ale czemuż wiodą go pod ręce? wszak starzec, który
idzie przodem ich wszystkich, sam nie prowadzi pługu?
RYTYGIER. Młodzieniec jakiś, z kołczanem na plecach
i toporem u boku, woły starca pogania.
HAMDER. Oślepł, oślepł wojewoda gór, a Hardymirowi
oddał oręż dni dawnych. Ah! dobrze się stało, bo wzrok
jego byłby się wwiercił pod przyłbicę i poznał rysy
moje. Ot! Brzetysław z szramą na czole, co mnie w nocy
żegnał na tej samej granicy i ślubował wiernym mi
być, jeśli wrócę kiedy. Kołpak Gnieźnieńskiego Bar-
nima, jak dawniej, strusiemi powiewa pióry, zdartemi
gdzieś z Niemców.
Patrz! oto wróg mój, dawny przyjaciel Leszka, z temi
bursztynami na piersiach, Sterdza o słodkim głosie,
o roztropnych radach. Stań przedemną, bracie!
RYTYGIER. Żaden z nich nie patrzy na nas, wszystkich
oczy obróciły się ku Biskupowi i kapłanom jego.
( Wojewodowie nadchodzą i każden siada pod kopcem na
pługu swoim, miecz wetknązvszy w ziemię)
204 ZYGMUNT KRASIŃSKI
CHÓR LUDU. Witajcie, witajcie, Ho spody ny miłe, a jeśli
się godzi, prosim was poważnych i mężnych, zapytajcie
tych ludzi, poco przybyli i czego żądają?
ŻELISł.AW. Na to zesłała nas córa Krakusa, miła Bo-
gom Wanda, bądźcie spokojni!
HARDYMIR. Uciszcie się ! Alboż nie widzicie, że starzec,
kapiący od złota, wzniósł krzyż oburącz i o posłuchanie
prosi ?
RYTYGIER. Gdyby człowiek jeden, umilkli na równinie,
po widnokrąg umilkli na wzgórzach!
HAMDER. Jak tysiące, ozwą się od widnokręgu, kiedy
Biskup skończy!
BISKUP. Męże słowiańskiego plemienia, wybrane wo-
jewody z narodu Polanów, słuchajcie słów moich, jako
przystało na was, głośnych między postronnemi z mą-
drej rady i opatrznej myśli nad ludem waszym!
Przybyliśmy od zachodu, by wam przynieść dobrą
nowinę, by wam opowiedzieć słowo miłości i zbawienia.
ŻELISŁAW. Starcowi ja, starzec starców narodu mo-
jego, odpowiem. Twarzy twojej widzieć nie mogę, bo
od dni już wielu słońce mi nie weszło i księżyc wie-
cznym stał się dla mnie nowiem, ale każde drganie
głosu twojego rozważam, siedząc w ciemnościach. Jeśli
prawdę wyrzeczesz, ktokolwiek jesteś, obsypiem cię
najbujniejszemi kłosami z niw polańskich. Lecz jeśli pod
lśniącą pajęczyną słów twoich kryje się jama zdrady,
biada ci, cudzoziemcze, bo naprzód kalasz siebie sa-
mego, i po wtóre biada ci, cudzoziemcze, bo mój lud
się zemści !
BISKUP. Na świadka czystych chęci wzywam Boga,
który mnie przysłał, bym wam Imię Jego obwieścił.
Wszystko, na coś patrzał dawniej, ziemię, gwiazdy,
wody, zwierzęta, nikt inny, jedno Bóg ten jeden stwo-
rzył dla chwały swojej i człowieka z prochu ziemi
stworzył, a natchnął w jego oblicze dech żywota —
nasadził też był Pan Bóg sad rozkoszny w Eden, na
wschód słońca, i postawił tam człowieka, któremu przy-
dał niewiastę za wspólniczkę szczęścia; oboje mieli być
nieśmiertelni, ale Duch kłamstwa i złości, któremu kła-
niacie się dotąd pod postacią fałszywych Bogów wa-
WANDA 265
szych, wczołgał się, przybrawszy kształt węża, do roz-
kosznych gajów i podmówił niewiastę, by zerwała
jabłko z drzewa wiadomości, które Bóg jeść był za-
kazał — posłuchała i wraz z mężem jedli oboje, a Bóg
ich przeklął i ich i dzieci ich śmiertelnemi uczynił.
ŻELISŁAW. Nasze Htościwsze!
BISKUP. Nie bluźń, boś zrodzon w niewiadomości
prawdy, a my przyszli ci ją objawić!
ŻELISŁAW. Któryż człowiek na szerokiej ziemi może
takie słowo wyrzec do drugiego człowieka? Czy ty
nieśmiertelny? czy nie łakniesz, jak ja, napoju i jadła?
czy lata, przechodząc nad twoją głową, nie przypró-
szyły jej śniegiem?
Hardy język i czcze myśli twoje — chyba zwiedli
mnie towarzysze, kiedy rzekli: >Starzec siwy stoi przed
tobą*. Ty młodym być musisz!
BISKUP. Obłąkany! ty mi raczej odpowiedz, czy wiesz,
skąd i dokąd idziesz dniem po dniu, jak skrzydłami
niesiony do śmierci? kto duszę twoją, której ni pło-
mień stosu spalić, ni skorupa popielnicy zamknąć nie
zdoła, sądzi za grobem?
ŻELISŁAW. Pamiętam, nieraz, kiedy siedzimy wespół,
ja i towarzysze, porą zimową przy dzbanach, opowia-
dając sobie łowy i boje, otoczeni miłym sercu smol-
nych łuczyw trzaskiem, a na dworze za drżącemi ściany
czarno i wietrzno — pamiętam, nieraz wleci ptaszek
obumarły w koszulce ze szronu i padnie na stoły, lecz
go wraz ciepło i światło ożywią, otrząśnie piórka i, ponad
głowami wojowników krążąc, zaśpiewa o wiośnie; potem
zmylony, myśląc, że to już wiosna na zawsze, znów
wylatuje drugą stroną szopy! Takci i człowiek każdy
wśród dwóch ciemności kilka dni na ziemi, ocieplonej
słońcem, zbożami umajonej, przeżywa, a potem, gdzie
znika, tego nikt nie dociekł, tego nikt nie powie.
BISKUP. Mylisz się, wojewodo słowiański! — bo Bóg
wszechmocy w miłosierdziu s wojem zesłał Syna, Jedno-
rodnego Jezusa Chrystusa, który oblekł się w ciało
ludzkie i słowem żywota te ciemności rozgarnął, a po-
tem do Ojca powrócił i króluje w niebiesiech, aż znów
zstąpi w dzień ostatni świata, by sądzić nas wszystkich.
206 ZYGMUNT KRASIŃSKI
ŻELISŁAW. Co ty chcesz wmówić we mnie? Gdyby
Jeden był wszystko stworzył i gdyby Syn tego Jednego
raz stąpnął na ziemi, czyżby nie była się rozpadła od
Wschodu na Zachód? czyżby gwiazdy, jak rój pszczelny,
nie były same zleciały zatknąć się w koronie nad Jego
czołem? — i dotądbyśmy niebo porysowane widzieli!
BISKUP. Na świecie był i świat jest uczynion przezeń,
a świat go nie poznał. I na to był przyszedł, by,
wszystkie zbrodnie ludzkie wziąwszy na siebie, na tym
krzyżu skonał. Nie był on królem ni wodzem, on tylko
słowem nauczał o chwale Ojca swego, kazał ufać wiarą,
spodziewać się nadzieją i kochać miłością — przebaczył
wszystkim, byleby w skrusze żałowali za winy swoje.
Jeśli pomiędzy wami jest zabójca, darowano mu, gdy
uwierzy w Chrystusa — niechaj się nie lęka, niechaj
przyjdzie do mnie! Jeśli między wami jest taki, coby
ojca lub matki dźwigał przekleństwo, darowano mu
będzie, jeśli uwierzy w Chrystusa. Jeśli jest niewiasta
cudzołożna, darowano jej, niechaj przystąpi! Jeśli jest
pogardzony przez braci za podstęp lub zdradę, niech
się zbliży i dotknie się ustami tych nóg, gwoździami
przebitych, a odpuszczę jemu i on czystym się stanie
i żyć będzie na wieki.
ŻKLISł.AW. Gdyby znalazł się taki, nimby złożył po-
całunek na krzyżu twoim, syn-by go mój, syn ostatni
Hardym i r, przeszył starą włócznią ojca !
BISKUP. Nie tobie jednemu przyniosłem dobrą nowinę,
ale wszystkim — nie do ciebie przemawiam, ale do ludu
całego — w Imieniu namiestnika Chrystusa i w imie-
niu potężnego cesarza Zachodu nową wiarę wam ogła-
szam. Kapłanów, którzy mię otaczają, rozeszlępo kraju
waszym, a łaska Boża was przez nich oświeci.
ŻELlSłvAW. Ni ciebie, ni cesarza, ni Boga twego nie
wzywaliśmy nigdy. — Obcy jesteście — Niemcy jesteś-
cie. Droga, którąście przybyli, niech was odprowadzi
nazad !
BISKUP. Ludu się pytam, niech mi lud odpowie!
HARDYMIR {zrjwając się). Zaraz lud ci odpowie!
STERDZA. Stój! — prócz królowej, nikt nie może sta-
nąć na tym kopcu świętym i zapytać się całego ludu.
WANDA 267
ŻELISŁAW. Zwyczaj ten wzięliśmy od przodków. Synu,
prawdę rzekł wojewoda.
HARDYMIR. Królowa czeka na nas w borze — zatem
wązkie te smugi przebiegnę i opowiem jej, co się na
ró\vninie stało.
CHÓR LUDU. Spieszaj, Hardymirze, synu gór, lotny
orle skał!
BISKUP. Tymczasem klęknijcie koło mnie, kapłani ! —
proście Ducha św. za temi tysiącami!
HAMDER (do Rytygierd). Teraz blizka już wojny godzina!
LUDGARD (śpiewa pomiędzy ludem). O tym Bogu, co
na krzyżu, krótkie słowo powiem wam.
Czy widzicie, jak się męczy?
Czy słyszycie, jak on jęczy?
A za co tak krwawy?
A za co tak Jzawy?
Za to, ie Niemców Bc5g!
Za to, ie Lachów wróg!
KILKA GŁOSÓW. Wie, co mówi — on z Duchami roz-
mawiał dziś nocą.
LUDGARD. Kto z nas tu wszystkich Ładę kiedy wi-
dział na modrym obłoczku?
GŁOSÓW KILKA. Nikt — nikt!
LUDGARD. Kłamstwo — bo ja!
Gł.OS JEDEN. Jakże to było, wojewódzki synu?
LUDGARD. Tęczą miała obwiązane skronie, a końce
puściła z tyłu w powietrze i one ku mnie spadały,
igrając z wiatrami — podmuchy wieczoru gnały ją ku
wschodzącym gwiazdom. Krzyknął Ludgard: ona się
zatrzyma — ona się odwróci i ukaże lica!
KILKA GŁOSÓW. I cóż? — i cóż?
LUDGARD. Ot, niech piorun rozbije na miazgę Lud-
garda! Przysięgam, że Wanda piękniejsza. Lecz nie
dajcie jej Niemcom, bo zbrzy dnieje wtedy!
GŁOSÓW KILKA. Dobrze mówi, dobrze!
LUDGARD. Holla! Hurra! Cztery konie czarne buchnęły
z boru na zieloną łąkę. To ona! jak słup mgły srebrnej
stoi na wozie! To ona!
RYTYCilER. Hamderze, czy to królowa?
26S ZYGMUNT KRASIŃSKI
HAMDER. Królowa? Nie — to tylko siostra moja, Wanda.
RYTYGIER. Gibka i śmiała jej ręka! Jakźeź]^lejce puszcza
na karki rumakom! Ominęła teraz głaz ten na polu,
znów chyżej pchnęła się ku nam — to potok, to wi-
cher, to piorun! to nie kobieta!
HAMDER. Ha! pod tą śnieżną zasłoną wrą śmiertelne
gniewy. Hardy mir jej doniósł słowa Biskupa — patrz,
jak dumnie skinęła głową na okrzyki ludu, jak teraz
wyciągnęła ramię i dłonią rozprowadza milczenie nad
niemi! Ani słucha wojewodów, ani odpowiada im,
prosto na kopiec wstępuje — widzisz? zatrzymała się,
patrzy na nas. Zgaduję jej pyszny uśmiech, jeśli oczyma
krzyż wasz napotkała. To krew ojca mego, książę!
RYTYGIER. O wietrze, stu zamków zdobytych na igra-
szkę rzucę ci popioły, bylebyś teraz z jej głowy za-
słonę tę zerwał! Stanęła już na szczycie, wzniosła ręce
ku niebu, przynajmniej głos jej usłyszemy.
WANDA. Dobre i nieśmiertelne Bogi! Wy, coście nigdy
nic nie odmawiały córze Krakusa, wysłuchajcie jej
i dzisiaj jeszcze! Wszak nie skąpiłam wam najpełniej-
szych kłosów i najwonniejszego kwiecia, wszak posta-
wiłam wam świątynie w głębi głuchych lasów i na
wyspach jezior, wszak tobie, matko Wisło, święty za-
paliłam ogień w jaskini smoka, przy brata mogile!
Rzućcie, o rzućcie postrach na cudzych ludzi, którzy
stanęli na naszej granicy w jasnych zbroicach, a od
ich namowy zachowajcie tych, których kocham, tych,
którym panuję, tych moich wszystkich! Słońce zacho-
dzące, niech twój ostatni promień roztoczy się nade-
mną, jak opieka Bogów! — nim zejdziesz w złotą prze-
paść, niech wyrok Ludu zagrzmi w powietrzu! (Obraca
sią ku ludowi) Syny Sławian, czy chcecie być chrze-
ścianami ?
CHÓR LUDU. Nie! nie!
WANDA. Syny Sławian, czy chcecie być Niemcami?
RYTYGIER. Lud cały jednem gardłem się rozśmiał.
Przez Św. Huberta! Samo powietrze się śmieje i bór
i wzgórza. Będę ja deptał wasze śmiechy moją kutą
stopą! Czyś osłabł pod temi rykami, że się na mnie
opierasz? Hamder! Ty drżysz cały!
WANDA 269
HAMDER. I ja byłem Lachem kiedyś!
RYTYGIER. Przez Gudrunę! Tegom się nie spodziewał,
źe będę musiał stać niewzruszony, obwiany pogardą
motłochu. Hamder! Hamder! czy słyszysz?
HAMDER. Mścij się więc za siebie i za mnie!
RYTYGIER. Księże Biskupie, ojcze Biskupie, proszę cię,
ustąp się! Królestwo słów przeminęło, na nic się nie
zdało. ( Wyskakuje naprzód) Królowo, dopiero jednej
połowy poselstwa dopełnił ten starzec, druga zabrzmi
inaczej. {^Dobywa miecza) Oto jej pierwszy dźwięk!
Cha, cha, cha! Czy ja na księdza lub dziewczę wyglą-
dam, źe mnie zastraszyć myślicie? Odwołajcie, Lachy,
krzyki do piersi waszych, bo nawet słów moich za-
głuszyć nie zdołacie! Kiedy grzmi na niebie, jeszcze
mnie słychać.
ŻELISŁAW. Synu, co to za człowiek, którego głos hu-
czy ponad wrzaskami tysiąców?
HARDYMIR. Przyłbica twarz mi jego wydziera, ale pierś
jego pod ciężkiemi ogromami żelaza, jak żart wolna
się zdaje, miecz olbrzymi, na którym dłonią się oparł,
ugina się i drży cały. Inni wydają się przy nim, jak
giermki chłopięta, prócz jednego tylko, co stoi z boku,
z pochyloną głową — gdyby ją podniósł, mógłby mu
dorównać. Lecz słuchaj, ojcze, słuchaj teraz!
RYTYGIER. Wando! Czy znasz brata? Lachy, znacie
wy króla Ziemowita?
WANDA. Jak ono słońce, co zaszło, znikł bratobójca.
Jak te połyski, co bledną, ślady jego się rozwiały. Jak
ta noc, co się zbliża, tak nad nim weszły ciemności
Hańby.
CHÓR LUDU. Królobójca, bratobójca, zapomnian na
zawsze!
RYTYGIER. A jednak on prędzej wróci, niż to słońce,
córo Krakusa! Przysięgam, że prawdę mówię, i ty mu
ustąpisz, a wy go słuchać będziecie. Inaczej, Lachy,
biada wam! bo wasz śmiech przerobię na jęk kona-
jących, bo z was jednego nie zostawię z wolnemi rę-
koma i wypuszczę spętanych na pole, jako bydło,
i każę wołom, by was pasły, dawnych panów swoich!
WANDA. Nie porywaj toporu, Hardy mirze! Nie wsta-
270 Z^'GMUNT KRASIŃSKI
waj, Barnimie! Zostańcie wszyso' przy pługach wa-
szych! — przez pięć dni i pięć nocy obiecaliśmy zgodę
i pokój cudzoziemcom zachować. Dwie doby dopiero,
jak słowo nasze słyszały nieśmiertelne B(^il (Do Ry-
ty gierci) A ty, choć r\'czysz, jak Lew zmartwychwstania
na Flinsa ramieniu, nie strasznymi jesteś, bo kto zdraj-
com pomaga, ten niedługo stąpa po miękkiej życia
murawie. Cokolwiek knujesz, bezpiecznyś na tej ziemi
naszej, póki chwile miru nie uprfyną — wtedy wolno
ci wrócić nazad, wolno ci bój z ludem moim rozpocząć.
Zacnieś uczynił, żeś twarz od oczów dobrych ludzi od-
dzielił żelazem, ja nie mam się czego ni lękać, ni wsty-
dzić, a zatem weź na drogę pamiątkę po królowej Po-
lanów! K Odrzuca zasłonę) \Veź to spojrzenie pogardy!
CHOR LUDU. Niech żyje krasopani nasza!
RYTYGIER. Księża, czy to święta z niebios ? Hagenie,
czy to jedna z Walkyrich, o których mówią stare pieśni
ojców r
HAMDER. Odpowiedzźe dumnej! czy nie widzisz, jak
wojewody i lud i ona z nas się urągają? Czyś nie
słyszał jej słowa ostatniego?
RYTYGIER. Hagenie, podnieś mi przyłbicę, niech ode-
tchnę wolno, niechaj spojrzę pełno — zerwij mi szy-
szak, Hagenie!
HAGEN. Tę klamrę muszę rozerżnąć szt\'letem. Strzeż
się tej czarownicy, panie!
CHÓR LUDU. Czy to Lei młodzian, czy to Znicz, pan
światła, błysnął wśród Niemców i spogląda na Wandę
naszą ?
RYTYGIER. Nie odwracaj się, dziewico, tej zasłony nie
zarzucaj nazad! Powiedz mi, jak się zowiesz, bo oni
wszyscy kłamią, mówiąc, żeś córka śmiertelnego czło-
wieka!
HAMDER. Przez czarta! Milcz, jak umarły, jeśliś poległ
od jednego jej spojrzenia! — patrz i milcz, by dzieci
Polan w piosnkach swoich nie osławiły ciebie! — milcz!
raz jeszcze mówię. [Obejmuje go ramieniem i staje
przed nim) Wando, zatrzymaj się!
WANDA. Kto przemówił teraz ? Sterdzo, czyś tego głosu
nie poznał? Wojewody, otoczcie mnie! Czy widzicie
WANDA 271
tę postać wysoką, jak Czarnyboh, co przesłoniła boskie
czoło tamtego wojownika, czy słyszycie, jak ona woła
na mnie? Wiecie wy, kto to jest, wojewody? Patrzcie!
Zbrojną podniosła rękę i grozi mnie. Tu, na lewo, tu,
na prawo, bliżej jeszcze, bliżej stańcie przy mnie!
HAMDER. Kryj się pośród służalców, Wando, i prze-
padnij wraz z niemi w łonie wiecznej nocy! — Ranek
mój już świtać zaczyna. Długoś prządła spokojnie kró-
lewską kądziel przy umarłego mogile; kiedym wędro-
wał w nędzy, przy gromnicach błyskawic, tyś chleb
jadła miękki, tysiącem szczęśliwych otoczona bogów.
Teraz ja wracam z jednym tylko Bogiem, skrwawio-
nym i ponurym, jako serce moje. Teraz brat mój,
książę Rytygier, wypowiada ci wojnę, a z głębi Nie-
miec tłumy rycerzów śpieszą mu na pomoc. Za trzy
dni, siostro, spotkamy się na polu bitwy!
WANDA {do ludu). Rozejdźcie się do domów po oręże
i konie, a za drugim świtem czekam was u ojca
Krakusa mogiły! Idźcie i złóżcie przed bojem należne
ofiary Marzannie! (Do Ilamdera) W imieniu ludu mego
wojnę przyjmuję, straszną wojnę dobrych przeciwko
tobie, coś Bogów rodzinnych odstąpił i duszę zaprze-
dał wrogom ziemi twojej.
STERDZA. Wojna, wojna! Bo dotąd zwłoki Leszka nie-
zemszczone leżą.
HARDYMIR. Wojna, wojna! Dzieckiem byłem, gdyś
uciekał nocą. Teraz wypróbujesz, czym wyrósł na męża!
ŻELISł^AW. Jak przez mgłę zapamiętam jeszcze białą
brodę pradziada twego, z dziadem twoim w głuchych
borach nad ciałami pobitych turów spijałem gęste roz-
truhany miodu. Ojcu twemu przysiągłem na przyjaźń
pod murami Krakowa i żyłem z nim odtąd, jak po-
tężny starosta z kochanym od Peruna żupanem. Cie-
biem piastował na ręku, kiedyś się urodził, potem
topór ci kładłem w maleńkie dłonie i błogosławiłem
twej główce dziecinnej — a dziś, stary i ślepy, przekli-
nam ciebie!
CHÓR LUDU. Wraz z wojewodą gór i my wszyscy ciebie!
HAMDER. Biorę wasze przekleństwa na głowę moją —
tyleż ich w moich własnych piersiach leży!(Z?ć^ Biskupa)
272 ZYGMUNT KRASIŃSKI
Teraz z krzyżem, wzniesionym wśród jarzących grom-
nic, dotrzymaj mi obietnicy, ojcze! — jam ci się z mojej
wywiązał. Wszak lud ten za to, że odrzucił świętą
wiarę chrześcian, oddajesz w ręce moje?
BISKUP. Amen.
HAMDER. I ta ziemia moją w imieniu Cesarza i Rzymu?
BISKUP. Amen.
HAMDER. Słyszeliście, towarzysze, dzielni Rytygiera
wojownicy?
CHOR RYCERZY. Długiego życia królowi Polanów!
RYTYGIER. Hagenie, czy to jej biała szata tam, wśród
ciżby, blizka już lasu? Nie, nie, wszak to jej wóz
i konie dotąd przy tym kopcu stoją? Hagen, Ham-
der, pomóżcie mnie! Te zawistne cienie tak chyżo
spadły, te tłumy tak błędnie się gmatwają, rozchodzą,
nikną — gdzie ona? Gdzie ona? Wyrwijcie mnichom
gromnice! dobądźcie szabel, by się w każdej jeden
płomień odbił — światła, światła, światła!
HAMDER. Jużbyś jej nie ujrzał, gdyby samo słońce
wróciło — patrz! pługów ni wozu już niema — tylko
snują się Polanie, jak burza, co się oddala — coraz
pustszy widnokrąg — wojewodów kilku jeszcze radzi
pod temi sosnami, lecz i oni zabierają się w drogę —
wracaj, Rytygierze, do zmysłów!
RYTYGIER. Hagen! ty wiesz, żem dotąd na żądną nie
spojrzał niewiastę. — Urągałem się z rycerzy cesar-
skich, kiedy szli dobywać zamków, w których hoże
panowały dziewice — mnie jedna tylko twarz niewie-
ścia tkwiła w pamięci, twarz biednej Gudruny! a teraz
drżę cały — te lasy i niebo kręcą się wokoło, niedługo
zwalą się razem i uduszą mnie! przeklęte słowo ry-
cerskie! przeklęty mir, który mnie wiąże. Dziśbym
jeszcze za niemi poskoczył, a rankiem wrócił i przy-
niósł Wandę na świtu promieniach . . . Hamder! chodź
ze mną — mów do mnie — głos twój czasami do jej
głosu podobny!
HAMDER. Bracie, niedługo przybędę, ale teraz muszę
tu na chwilę zostać, (do giermka) Goń za tym czło-
wiekiem, co się oddzielił od innych i sam stoi na
moście — goń, ile sił ci stanie, oddaj mu ten pierścień.
WANDA 273
a kiedy go pozna, wskaż mu ręką szopę — nic wię-
cej, tylko pierścień oddaj i wskaż ręką szopę!
{giermek odbiega)
RYTYGIER (odchodząc z rycerzami i Biskupem). Ham-
derze, nie zwlekaj! Hamderze, czy słyszysz!?
HAMDER. Przysięgam o północy być w namiocie
twoim — [do straty) oddalcie się, wróćcie do obozu,
zostawcie mnie samym ! (wchodzi do szopy i siada na
stopniach ołtarza)
Przyświecaj mi, chrześciańska lampo, ty, coś dostała
mi się w zamian za stracone niw słowiańskich słońce!
Ileż już nocy przemarzyłem w twych gorzkich pro-
mieniach! Dziś na zawsze połączyłem się z tobą i ty
na królewskim grobie moim tleć będziesz, przeklęta
od Polanów! —
Ah! gdybym był odzierżał po ojcu puściznę, tybyś
daleko gdzieś w Rzymie lub nad brzegami Renu ja-
śniała teraz, ale nie tu — nie tu, na tej ziemi mojej!
(schyla sią i bierze trochę ziemi) W tobie naddziadów
moich prochy — ty mi nic nie winna, jedno oni, któ-
rzy zamieszkali łany twoje, zmusili mnie do boju bez
odpoczynku, a może bez końca. Im zemsta! lecz tobie,
droga, pocałunek syna! — Czyjeś kroki się zbliżają —
gracko się sprawił giermek Rytygiera — to Brze-
tysław!
(wchodzi Brzetysław)
Witaj mi, druhu! kiedym przebrany odwiedzał wczo-
raj dąbrowę Pelwita, u wejścia siedział stary twój
gęślarz, Siemian, i poznał mnie i mówił, że dni kilka
temu ci się śniło, że wracam na rodzinne pola. Sen
twój jawem stał się, wojewodo!
BRZETYSŁAW. A dotąd jaw ten snem mi się wydaje!
Jakżeś odmienny w tej niemieckiej zbroicy! Inaczej
wyglądał wódz dni dawnych, co tak lekko i urodziwie
Lechickie przebiegał równiny w białej czapce, z burką
błękitną, szumiącą wichrami! Wtedy skrzydła orłów
pobitych igrały ci zatknięte u ramion i kosa, tęcza
bojów, jaśniała w ręku twojem! Lud patrząc wołał:
» Chyba to jeden z Bogów naszych*. Ah, Ziemowicie!
z. Krasiński, Tom I. I8
274 2YGMUNT KRASlŃSia
wtedy zacniej, wtedy lepiej byłol Co za chrzęst się
odezwał? Czy kto trzeci tu nas nie podsłuchuje, książę?
HAMDER. Z przyjacielem nie lękaj się zdrady! to tylko
wyschłe piersi mojej kości wzdrygnęły się w próżni
pancerza — precz z tą słabością, starych wspomnień
sługą! Na co wywoływać czas obalony, co już nie
powstanie nigdy, kiedy żyjąca teraźniejszość stoi przed
nami — o niej pomówmy! Tu, przy mnie siadaj, wo-
jewodo!
BRZETYSŁAW. Na tych czarnych stopniach? — pod
tym cudzym Bogiem?
HAMDER. Nic cudzego niema człowiekowi, który wzbić
się umie po nad złudzeń codziennych pospolite szranki.
Od lat dziesięciu nie spocząłem nigdzie: sto miast
widziałem! pokotem spałem z niewolnikami, a? naza-
jutrz-em siadał do biesiady królów. Wszędziem jedną
tylko prawdę znalazł! Imię jej: potęga. O nią walczą
ludzie, gdziekolwiek im się dostało przemijać na sze-
rokiej ziemi, a kto jej nie dostąpił, żyje w nędzy
i umiera w zapomnieniu; bo dni jego przeszły marnie,
w niczem nie podobne do siły odwiecznej, co nas
z góry tłoczy, Białymbohem-li ją nazwiesz, czy Bogiem
Chrystusem! Siadaj przy mnie, wojewodo!
BRZETYSŁAW. Po tych słowach lepiej, niż po twojem
pierścieniu, niż po twojej twarzy, poznaję ciebie!
Wspólna nam obu ta żądza sławy! przysięgliśmy nie-
gdyś na zgliszczach Peruna drzeć się oba do wielkości
razem, ty jako król — ja jako wierny ci starosta!
ale w tej przysiędze lat naszych młodych o cudzo-
ziemcach mowy nie było — nie wahałbym się wśród
wojny domowej wraz z tobą jednych braci stopy pę-
dzić na drugich obalone karki. Lecz kiedyś obcym
się powierzył, kiedy krzyż niemiecki przylgnął ci do
serca, a miecz niemiecki zrósł z dłonią twoją, ni im,
ni tobie, książę, nie mogę ja służyć!
HAMDER. Czyż nie każda wojna domową, Brzetysła-
wie ? Czy nie wszyscy ludzie braćmi i wiecznemi wrogi
zarazem? braćmi w kolebce i trumnie, wrogami przez
ciąg cały życia? Niemiec, ażaż nie człowiek jako ty,
skory do niewiasty, skarbów i rozboju, cichy, kiedy go
WANDA 275
Zgnieciesz, hardy, kiedy mu się poddasz? A krzyż co?
Godło wiary tajemniczej, która nad ziemią przelatuje
tak samo, jak Bogi nasze, wędrowna od wschodu, tak
samo niewidziana nigdy, a czczona jednak — tylko
w tem od nich różna, że młoda — a one zgrzybiałe!
BRZETYSŁAW. Wierzy jednak w te stare Bogi siostra
twoja i lud im codzień na wzgórzach składa objęty.
Lud ich bronić będzie i na potokach krwi własnej po-
czyni im wyspy schronienia!
HAMDER. Słuchaj mnie! — bom jedne po drugich
rzucił na targ życia wszystkie zdrowia siły, bom roz-
bratał się z snem, z urodą, z sumieniem, by kupić je-
dyną mądrość tej ziemi — kilka kropel jadu w czarce
doświadczenia! I od goryczy tego piołunu wzrok mój
dostał sił tyle, że spokojnie zdoła, świecąc próchnem,
rozgarniać cienie przyszłości! Wierz mi! przeznaczenie
na czas długi krzyż wyniosło, by panował światu.
Widziałem, jak on naprzemian kruszył serca narodów
żelazem, to namową i łzami — spotkałem tysiące na-
wróconych Sławian, pędzonych jak cicha trzoda przez
starców kilku. Stałem na pobojowisku, kędy leżały dzi-
kich bałwochwalców trupy, a ich dzieci klęczące, po
chrześciańsku już się modliły za dusze ojców pobitych.
Gdziem tylko szedł lub zatrzymał się, krzyż migał prze-
demną, na prawo, na lewo, w górze na wieżach i w dole
na grobach. Wcześniej czy później on owładnie wami.
Dzieckiem, kto odkłada do jutra i znów na drugie i na
trzecie jutro to, co stać się musi. Mąż, konieczność gdy
uzna, brata się z nią dzisiaj — wtedy jej żelazne ra-
miona stają się ramionami męża! Wojewodo! kiedyś
sami Niemcy przybędą, a mnie już nie będzie z niemi.
Wtedy dola Polanów nie odwrócona, odwleczona tylko,
ażaż tysiąc razy sroższą się nie stanie? Przecież ja
wzrosłem u was, przecież mnie matka lechickiemi kar-
miła piersiami! Ja waszej mowy nie wytępię, waszych
zwyczajów nie zdeptam, bo one młodości mojej pa-
miątką! Sąsiadów, przybyłych ze mną, zdołam odpra-
wić do domu. Cień tylko krzyża, nie on sam, wzorem
dębu twardego, jak w innych krainach świata, spadnie
z mojej ręki na was. Pomyśl, synu Mścisława! Lepiej
18*
276 ZYGMUNT KRASIŃSKI
nam obu zyskać na zmianie, niż żeby na mogiłach
naszych ktoś inny, ktoś cudzy zasiadł w pysze i urągał
się z nas pomarłych w milczeniu, kiedyśmy żyć mogli
potężnie i głośno! Czas krótki do namysłu . . . Kiedy
ta noc upłynie, ze mnie jeszcze król być może, z ciebie
już nic, Brzetysławie!
BRZETYSŁAW. Czemuś, czemuś sam jeden nie wrócił,
książę? Za kilka dni Lechia rozdwoić się miała. Har-
dymir lada chwila chciał słać wróżbiarzy, swatów do
siostry twojej, tusząc sobie w szale, że jemu Bogi prze-
znaczyły rozpleść jej warkocz nietknięty. Czemuś, cze-
muś sam jeden nie wrócił, Ziemowicie? Łukonośna
Wanda byłaby dziewosłębów zimnym zbyła słowem.
Stąd bunt Hardymira, bo czego raz zapragnie, tego
dopiąć musi lub zginąć. Tymczasem ty ukryty czekasz,
aż ich oręże się stępią, aż lud znękany zacznie sarkać
na obojgu — krewni i służebni moi zbierają się koło
ciebie ... Na ich czele występujesz w porę, bo zapo-
mniany już, a zatem świeży i miły ciekawości ludzkiej . . .
Ktoby się nam oparł? Ah! czemuś nie zaufał wierze
mojej? Czemuś samotny nie przyszedł zakołatać nocą
do wrót moich? Byłbyś zasiadł w cieniu zielonych kło-
sów mojego domowego Potrympa!
HAMDER. Czyż to, co być mogło, godne słów tylu
wobec tego, co jest i będzie? Księżyca nie nagniesz
do matni w jeziorze! co się stało, stało się, człowiecze!
BRZETYSŁAW. Wiem ci ja, wiem i dlatego narzekam.
Bo muszę, jeśli teraz zwiążę się z tobą, wyzuć się z czci
Bogów i wstydu ludzkiego — patrz! włosy te ciemne
muszę okryć hańbą, a jeśli kiedy siwych się doczekam,
powiedzą Sławianie: »Nie ze starości, ale od śliny plwań
naszych zbielały mu włosy*. I córa Lubhosta, którąm
pojął za żonę, płakać będzie po wszystkie dni swoje;
aż nici kądzieli od łez zgniją jej w dłoniach ifdzieciom
dzieci moich, kiedy zapytają się: »Kto był dziad nasz?
przecz nigdy jego imienia nie słyszym*? odpowiedzą
ludzie: »Na imię było mu: Zdrajca!* O, biada, biada
mi, książę!
HAMDER. Mylisz się — bo jeśli przegramy, zginiem
oba razem gdzie na polu bitwy. Wtedy wszystko ci
WANDA 277
jedno, jakie gwary żyjących zostawisz po sobie. Lecz
jeśli zwycięźym . . . Czy ty rozumiesz, co zawiera w swoich
przepaściach to słowo: Zwycięstwo? Patrz na te łany
milczące i ciemne — na wzór nich leżą zwyciężeni pod
nogami bohatyra. Teraz spojrzyj w górę na gwiazd
tych krocie! Kiedy miną zapasy walki, on tyle dobro-
dziejstw rozda tym, co mu wierni byli — i tym, którzy
mu się poddadzą, przebaczy i lud, który mu się po-
wierzy, wyniesie ponad wszystkie inne, aż imię jego,
zrazu niecierpiane, wreście w chwałośpiewach przebrzmi
do przyszłości . . .
Druhu! ty możesz takim zostać, a wahasz się. Nie
zmuszam ciebie . . . Los nie pro^i się u nikogo, jedno
ludzie proszą się u Losu. To jedno wiem, że mi dwu-
nastu wojewodów nie potrzeba wcale. Jako król jeden,
tak i jeden na tych niwach będzie wojewoda: namiest-
nik mój, szafarz życia i śmierci. I to drugie jeszcze
wiem, iż z Niemcami wiecznego nie szukałem miru
i że kiedyś ich ziemię, jeśli tchu mi stanie, polskich
rumaków stratuję, nawiedzę kopyty.
Teraz wolno ci odejść i raz ostatni pożegnać Zie-
mowita!
BRZETYSŁAW. Przeklęty niechaj będzie wabny twój
głos, królu! przeklęta godzina, o której tu stanąłem!
Jak otchłań, w dół i wszerz roztwierasz się przedemną
i porywasz mnie! Tak Czarnobogi, w nocy po źalni-
kach plącząc się kołem, odbierają rozum młodzieńcom,
a kiedy zorza wschodzi, zostawują ich nędznych i śle-
pych na wieki ! Ciesz się — dziękuj Bogom, ty, co zgnę-
bić chcesz Polan, żeś znalazł jednego Polana — ty, coś
brata zabił, żeś znalazł jednego człowieka, który dłoń
swoją z twoją wiąże, kusicielu! Oto ręka Brzetysława,
jedno przysięgnij na to, coś wyrzekł!
HAMDER. Że kiedyś Niemcom damy się we znaki?
BRZETYSŁAW. I że w Polszczę całej będzie tylko jeden
wojewoda!
HAMDER. Przez co mam przysiądz? zbiegłem ziemię od
zachodu na wschód, a żadnych imion świętych ni ko-
chanych niema dla mnie na niej! — Oddaj mi mój
pierścień z głową potrójną Peruna!
278 ZYGMUNT KRASII^SKI
BRZETYSŁAW. Masz go.
HAMDER. I krzyż ten mi podaj ! —^ przecz się lękasz ? —
to drewno i toczne kamienie — nic więcej!
BRZETYSŁAW. Masz!
HAMDER. Przez starego Okkopirna i przez nowego
Chrystusa przysięgam dotrzymać ci obietnicy mojej!
Teraz leżcie pospołu! (Rzuca krzyż i pierścień)
BRZETYSŁAW. O czem się zamyślasz ? co tak patrzysz
ponuro? wychodźmy stąd!
HAMDER. Cha, cha, cha! Oni leżą obok siebie w zgo-
dzie i milczeniu, a za trzy dni o nich bić się będziem.
Chodź, wojewodo, przechowam cię w namiocie do
jutrzejszej nocy; będziemy mieli czas rozmówić się
wolno, cierpliwie, ostatecznie! Tędy droga, tędy, wo-
jewodo!
DRUGA CZĘŚĆ.
Szczyt wzgórza, skąd widać podhalańską okolicą o wscho-
dzie słońca. Żelisław na ogromnym głazie siedzi —
ti stóp jego leży Ludgard — z drugiej strony, nieco
opodal, stoi Hardymir — w blizkiej dąbrowie widać
orszak kapłanów, schylających się pod drzewami i za-
trudnionych objatą. Zbrojni górale,
ŻELISŁAW. Wzywajcie Jessena pieniem świątecznym,
wróźbiarze i czarnoksiężnicy! — a wy, ludzie plemienia
mojego, Chrobaty o niezłomnych toporach, stuletniemu
starcowi, który widzieć was nie może, odezwijcie się
krzykiem! On waszych ojców i dziadów niegdyś pro-
wadził dc boju!
CHÓR GÓRALI. Haleśmy opuścili — z drap stromych
na twój rozkaz spłynęliśmy, jak potoki wiosny, i teraz
czekamy błogosławieństwa twego, by odejść na boje,
zstąpić na krakowską równinę.
ŻELISł^AW. Dzięki wam, dzieci! Dopóki niebo błę-
kitniało nademną, dopótym sam stąpał na czele po-
kolenia mojego — dziś nieskończona ciemność północ
i południe, wschód i zachód mi zaległa. Dziś ja się
powlokę za wami, oparty na ręku syna, Ludgarda,
a przodem iść będzie syn mój, Hardymir! Bądźcie mu
posłuszni i za Wandę panią i za Polanów braci bijcie
Niemców do tchu ostatniego!
CHÓR GÓRALI. Niech żyje Hardymir, niech przepadną
Niemcy!
ŻELISŁAW. Dzięki wam, dzieci! Na tym samym wzgó-
rzu, na tym samym głazie wszyscy ojcowie moi skła-
28o ZYGMUNT KRASIl^SKl
dali Bogom ofiary i sądzili sprawy ludu — a kiedy
wojna zawrzała na równinach, oni stąd waszym nad-
dziadom obiecywali zwycięstwo i kazali bez trwogi
umierać. Na tym samym wzgórzu, na tym samym
głazie i ja was błogosławić będę. ( Wstaje) Słyszę, słyszę,
dzieci moje, żeście zniżyli głowy, żeście przypadli do
ziemi . . . Niech siła piorunu, co tam drzemie w górze,
spłynie mi do rąk, a z nich zleje się w piersi wasze!
Hardymirze, synu, przystąp, niech moje dłonie, jak
dwa gromy, spoczną na głowie twojej!
LUDGARD. Hardymirze!
ŻELISŁAW. Hardymirze! Gdzież twój brat, Ludgardzie?
LUDGARD. Zadumany patrzy na dąbrowę, na kapła-
nów, a mówią, że nic nie widzi i że nic nie słyszy,
prócz myśli swych. Dzisiaj em z nim w jednej spał
szopie, on w nocy jak się porwie i stękać zacznie
i chodzić . . . Ojcze, ojcze! jemu się chce tego, na czem
ja się rozbiłem. I chodził posępniej szy od nocy, a gdym
się spytał: » Czego jęczysz, młodszy mój ?« on skoczył
zgrzytając i uciekł — Halele, Lele! Hardymirze, czy
słyszysz? Hardymirze, chodź do ojca twego!
HARDYMIR. Ojcze, wszak ród nasz od bogów pochodzi ?
ŻELISłAW. Czemu się pytasz? Ażalim cię nie uczył
od kolebki, że krew niebieska w twoich żyłach płynie?
HARDYMIR. A zatem czoło moje godne Lechickiej
korony?
ŻELISŁAW. Skąd w takiej chwili przyszło ci na myśl
budzić we mnie dawne wspomnienia i starą pokusę ?
^Marzyć nie przystało, kiedy działać trzeba. Obcy na-
jezdnik grozi Lechii, a góry te mnie przyrzekły, że
się schylać będą, ile razy krakowska równina krzyknie
im: >Na pomoc!* Jej głos słyszałeś zawczoraj — z do-
borem więc synów skał śpieszaj do Wandy, pani
twojej !
HARDYMIR. Zaprawdę, ona panią Hardymira, bo gdzie-
kolwiek spojrzę, postać jej widzę, a kiedy oczy zamknę,
ona mi się przyśnić musi. Tysiąc córek Krakusa cha-
dza przedemną i za mną, na prawo i w lewo. Wiatr
zaszumi po borze, a ja wołam: > Wando, co każesz ?«
gdzieś potop z daleka huczy, a ja biegnę krzycząc:
WANDA 281
»Tu jestem, tu, o Wando !« W ryku wilków, w krzyku
orłów jeszcze głos jej słyszę. I wszędzie jej pełno i ni-
gdzie jej niema. Dopókim mógł, znosiłem męczarnię,
teraz nie służę już dalej ! Dziś niechaj się losy Hardy-
mira rozstrzygną!
LUDGARD. Halele, Lele!
HARDYMIR. Precz mi z tym krzykiem pogrzebów!
LUDGARD. Twój dziś się zaczyna, jako mój począł się
już oddawna, o podobnej godzinie!
Halele, Lele!
HARDYMIR. Ojcze, błagam ciebie, poszlij kapłanów do
Krakowa z świętym śnieźnobursztynowym naszego rodu
puharem, niech go podadzą królowej Polanów, niech
ją proszą, by nietknięte na jego brzegach odwilżyła
usta! Ojcze, patrz, jeszcze trzy dni spokojnych nam po-
zostało przed miru upłynieniem, teraz dopiero co weszło
słońce, a nim ono zajdzie, dziewosłęby tu z powrotem
być mogą! Ojcze, proszę cię, poszlij ich!
ŻELISŁAW. A jeśli nie zechce królowa dotknąć się pu-
haru Chrobatów, jeśli wzgardzi młodszym, jako star-
szym wzgardziła już bratem, co ty poczniesz wtedy?
HARDYMIR. Nie, nie, przez Boga piorunu, tego nie bę-
dzie! Hem razy na łowach cisnął pod jej stopy oba-
lonego niedźwiedzia, lub przebił włócznią tura, odrzu-
cając na chwilę zasłonę z nad czoła, chwaliła mnie wobec
radnych panów i zdarte z dzikich zwierząt skóry nieść
kazała do jaskini smoka. Tam one leżą miękkie przy
Leszka mogile. Jeszcze zawczoraj, gdy przed straszną
twarzą bratobójcy schodziła z świętego kopca, rzekła
do mnie: > Podaj mi lejce, wojewódzki synu!« i znikła
wśród sosien, z wozu żegnając mnie ręką. Kto drugi
w Lechii całej pochwalić się może, że go kiedy Wanda
białą witała lub żegnała dłonią?
ŻELISŁAW. Marne twoje słowa!
HARDYMIR. Niedość na tem, ojcze! Zważ, że teraz
właśnie pora uderzyć w jej dziewicze serce i zmiękczyć
je na wieki. Kto jej będzie śmiał radzić w takim nie-
bezpieczeństwie, by prośby mojej nie wysłuchała? Któż
jej sierdzi stszych mężów przywiedzie odemnie? Czy
Mestwin z nad bagien gnieźnieńskich? Czy Brzetysław,
282 ZYGMUNT KRASIŃSKI
dawny Ziemowita służebnik, z nad piasków, porosłych
sosnami? Ona wie dobrze, kto ja i chłopy moje! Nim
innych wojewodów nadciągną poddani, posiłki, Niemcy
Kreików zdobyć mogą. Dopóty Kraków stoi, dopóki
góry z nim. Rytygier i Ziemowit wyglądają na bohaty-
rów. Ta wojna spadła nagle, jak obryw skały, i Wanda
nad przepaścią stoi! Ojcze, szlij swatów do niej! Za-
wczoraj możeby ich była wywołała z kraju, lecz dziś
ich przyjmie ła skawie, a jutro, jutro Hardymir twój
będzie również królem!
LUDGARD. Halele, Lele!
ŻELISŁAW. Teraz dopiero coś nakształt prawdy wy-
rzekłeś. Jednak w córze Krakusa nie spodziewaj się
nigdy strachu, ni zwątpienia! Duch ojca zawrócił z mo-
giły i wstąpił w jej ciało. Jeszcze widzę pole, na któ-
rem mnie wielki król Polanów pokonał u bram Kra-
kowa, kiedym chciał panem całej Lechii zostać, jako
godziło się mnie, potomkowi nieśmiertelnych bogów.
Może ci się dzisiaj szczęśliwie powiedzie. Lecz raz jeszcze
pytam się ciebie: co poczniesz, jeśli odrzuci miłość
twoją łukonośna Wanda?
HARDYMIR. Co pocznę, ojcze i panie mój? Ja? Pytasz
mi się? Jeśli ona... Ojcze, ja nie wiem! Ojcze!
ŻELISŁAW. Ale ja wiem. Natychmiast ruszysz do kró-
lowej na czele ludzi naszych i, jeśli tak losy opatrzą,
zginiesz za nią wraz z niemi wszystkiemi, bo jej ojcu
ja, ojciec twój, przysiągłem na wieczny hołd i stateczną
wierność. Teraz podaj mi rękę i zaprowadź do świę-
tego gaju! Tam zbiorę kapłanów i wyprawię ich do
krakowskiego grodu. (Odchodzi).
LUDGARD. Hej ! Bracia górale, czego klęczycie? wstańcie!
nie widzicież, że wódz wasz o zapoinach, nie o bitwie
duma? Zejdźcie na łąkę, połóżcie się przy ruczaju! Dobra
woda, chłodny wietrzyk, owsiane placki macie, jedzcie,
pijcie od południa do wieczora, chyba w nocy zacznie
się pochód wasz! Halele, Lele! Słuchaj, młodszy mój,
tymczasem ja także się wybiorę i pójdę dziewosłębić
ci do jaskini smoka. Patrz! z ruty już wianeczek plotę,
rosą kwiatów namaszczę włosy, zwabię dwa krogulce
z wyżyn powietrza i na barkach mi siądą. Halele, Lele!
WANDA 283
Gwiazd osiem uszczknę na niebie i zaniosę Wandzie
i powiem: »Bierz, Hardymir ci je przysyła!* gwiazd
osiem — czy słyszysz ? Wtedy ona będzie twoją — raz,
dwa, trzy, cztery . . . cha, cha, cha! nie prowadź ojca
tak szparko! — pięć, sześć, siedem — a gdzie ósma? —
Nie zdążę za wami — ósmej potrzeba. Dostać jeszcze
jednej z błękitów? Halele, Lele! Halele! Wtedy będziesz
królem moim, będziesz mężem Wandy! Wszak i ojciec
mnie błogosławił, wszak i za mnie słał druhów do Kra-
kowa. Alboż ja Wandy mężem? A kochałem ją, ko-
chałem. Boże piorunu, zniszcz te góry! Przekleństwo
wam, wam, wam, wszystkim wam i jeszcze wam, a wam!
[Znika w dąbrowie).
Jaskinia smoka. Leszka mogiła i żyrowiec, palący
sią na niej; z obu stron przed mogiłą kamienne katedry
dla wojewodów y pośrodku ich siedzenie Wandy — po
ścianach jaskini rozwieszone skóry j łuki, strzały^ mie-
cze — kilka wydrążeń na lewo i w prawo, za któremi
widać cic(gnące się przejście, w skale wykute. Wanda,
siedząca przed mogiłą — Starzec — Giermek, trzyma-
jacy harfą. Straż zbrojnych.
PLAN DALSZEGO CIĄGU CZĘŚCI DRUGIEJ.
Druga część. 1. Hardy mir o wschodzie słońca w dą-
browie radzi się ojca Żelisława i kapłanów — kapłani
objatę Bogom czynią — niczego się z lotu ptaka ni
ofiar dowiedzieć nie mogą — Hardymir szle wróżbitów,
dziewosłębów do Wandy.
2. Rytygier, przebrany za starca, przybywa do Jaskini
Smoka, kędy Wanda wśród niewiast gotuje się do
wojny. — Mogiła Leszka w głębi i przy niej granitowe
kute stolice, wojewodów radne siedzenia. — Starzec
mądrością i pieśniami ją zajmuje — o Rytygier a ona
się pyta cudzoziemca. — Wtem wchodzą wojewody —
za niemi posły Hardymira z puharem ślubnym. —
Wanda ich wysłuchiwa — każe im się oddalić, woje-
wodom, by zdanie swe ogłosili. — Sterdza, Barmin,
Światopełk radzą, by wzięła Hardymira za męża, lęka-
jąc się buntu jego w takiej chwili — Starzec, przyzwany
do rady, jeden się sprzeciwia — Wanda ich odprawia —
sama się zostaje. Jej niepewność — monolog — wtem
wraca starzec — zdziera brodę, kołpak — to Rytygier. —
Ona uderza o tarcz młotem — wpadają wojewody —
każe im zasiąść i radzić. — Tymczasem , podczas ich
sądu, Rytygier siada na przodzie jaskini i gra na harfie
pierś dumną, bohatyrską Skandynawów. — Wstają wo-
jewody — wyrok ich: by go strącić do ciemnic. — On
dobywa miecza — Wanda mu grozi, że każe jaskinię
płomieniem otoczyć — on się śmieje z groźby. — Wtedy
WANDA 285
ona nagle wspomina, że godzina miru nie upłynęła
i puszcza go wolno — Sama idzie do świątyni Wisły
i na dziewicę Bogini się poświęca — powrót posłów
do Hardymira z tem doniesieniem; on rozpacza, ale się
nie buntuje, postanawia nie opuszczać królowej i z swo-
jemi wyrusza na walkę.
Koniec drugiej części.
PLAN CZĘŚCI TRZECIEJ.
Trzecia część. Chór starców od trzech dni już na wzgó-
rzu, skąd widać bitwę — Żelisław ślepy pośrodku objatą
zawiaduje. — Zrazu zioła rzuca Bogom — potem, gdy się
Polanom nieszczęścić zaczyna, bić każe kozły i czer-
wone jałówki — podczas ofiar chór wciąż opowiada
ślepemu bitwę; — kiedy Polanie przed Niemcami zaczy-
nają ku wieczorowi ustępować — niewolnika, rycerza
niemieckiego, przyprowadzonego do wzgórza, Żelisław
Bogom piekła i wojny zabijać każe. Pod noc Wanda
i Hardymir znikają z pola bitwy — Niemcy i Hamder
zwyciężyli.
— Dom Żelisława — siedzi Rytygier na jego stolicy,
nad ogniem domowym i sądzi go. — Osądziwszy, zstę-
puje z stolicy — Hamder na niej siada i jako król
wyrok śmierci daje — Żelisława na śmierć prowadzą. —
Wpada Światopełk wojewoda, prosząc za synem —
Hamder mu przebacza i daruje — zatrzymuje go przy
sobie.
Koniec trzeciej części.
PRZYPISKI AUTORA.
%
PRZYPISKI DO »IRYDIONA«.
PRZYPIS KI DO WS lĘPU.
Strona 79, wiersz 1: Jut się ma pod koniec staro-
tytnemu światu.
Niniejsza powieść pomyślaną jest w trzecim wieku
po Chrystusie. — Stan państwa rzymskiego w tych latach
był stanem konania — rozwiązywania się — dezorga-
nizacyi. — Wszystko, co niegdyś było życiem jego, co
sprawiało ruch jego postępowy i byt, teraz wracało
w nicość, słowem : umierało — przetwarzało się. — Trzy
systemata stały obok siebie: — Pogaństwo, już bez ży-
cia, ale uzupełnione wszystkiemi religiami, przybyłemi
ze wschodu — jakby ciało, we wszystkich częściach
swoich pysznie ubrane, leżące na marach — Chrześciań-
stwo, dotąd bez ciała prawie, bez kształtu, prześlado-
wane, rosnące między ludem, wyzywające wszystkie
wiary symboliczne przyszłości do walki, z filozoficznemi
zaś to ucierające się, to godzące na przemian — podo-
bne do ducha, potężnego w pracy wcielania się swego —
i Barbarzyństwo rozmaite, dzikie, ruchome, jak morze
wśród burzy, mające także swoje myty, ale po większej
części niepamiętne ich na łonie Rzymu, żyjące od dnia
do dnia w legiach rzymskich, buntujące się przeciwko
Rzymianom w północnych prowincyach, gwałtem jednak
zewsząd cisnące się ku Włochom, czy zbrojną ręką, czy
jako zaciążne żołnierstwo, pełne jakiejś niespokojności,
na wzór atomów, kiedy się zrosnąć i skupić mają, ale
bez poczucia się, bez wiedzy żadnej, bez conscientia
sui, ślepe, straszne, jak siły natury. — Była to materya
z. Krasiński, Tom 1. Ig
290 ZY(;MUNT KRASIŃSKI
już -wrząca, już gotowa stać się kształtem, przylgnąć
jako ciało do ducha przechadzającego się w katakom-
bach — do Chrześcijaństwa! Milczenie, które poprze-
dziło tę wielką burzę, w której Rzym zniknął i prze-
tworzył się na Europę chrześciańską, były to ostatnie
biesiady Cezarów — była to nędza nieopisana ludu
i niewolników we wszystkich częściach państwa. —
W rzeczy samej zbytki materyalne i nędze materyalne
są zawsze wielkiem milczeniem ducha czy indywiduów
czy narodów — jest to życie zwierzęce na najwyższym
lub najniższym szczeblu swoim — a życie moralne zda
się odpoczywać tymczasem, by powstać i zagrzmieć —
zresztą świat starożytny był raczej światem liczb i kształ-
tów, niż wolnych ruchów ducha — dlatego musiał, ko-
nając konwulsyjnie, ogromnie się tarzać w materyi
swojej — nasz zbytkuje duchownie raczej. —
Strona 79, wiersz 5: Fatum jedno spokojne y nie-
wzncszone, rozum nieubłagany świata.
Fatum u Rzymian, 'AvaYX7j u Greków, według Hesioda
syh Nocy i Chaosu, znaczyło przeznaczenie, konieczność,
wyższą od wszystkich Bogów i Duchów, czy niebieskich
czy piekielnych; wystawiali go pod postacią starca,
gniotącego nogami ziemię a trzymającego w dłoniach
urnę, w której spały losy śmiertelnych — najczęściej
jednak w sensie idealnym pojmowany, znaczył jedność
boską, ostatnią przyczynę, matematykę, universumy
której nic oprzeć się nie mogło. —
Strona 80, wiersz 13 : Motłoch i Cezar — oto Rzym cały.
Pod Cezarami ułożyła się równość wszystkich pod-
danych — przed Cezarem — przyjęte zostały do prawa
obywatelstwa, tak skąpo rozdawanego przez patrycyu-
szów, wszystkich prowincye państwa. — Większa część
Cezarów pochodziła z prowincyi — Trajan był Hisz-
panem, Heliogabal Syryjczykiem, Maksymin Gotem itd.
Rzym, którego myślą było ujarzmić świat a samemu
zostać na boku, tak, jak Bóg po stworzeniu świata, mu-
siał koniecznością okoliczności otworzyć bramy swoje
ludom północy i południa. — Egoizm jego nie mógł się
PKZYPISKI DO IRYDIONA 29 1
utrzymać zawsze w tej samej, odległej, samotnej posta-
wie — nie rozlał on swojej indywidualności, ale ci, których
podbił, rozdarli ją stopniami — każdy przyszedł upomnieć
się o jej cząstkę. — Sztuki Greków, filozofia grecka, pierw-
sze wcisnęły się do miasta — nauczyły miasto — wyo-
sobniły w niem cząstkę duchowną sobie. — Tem samem
zgubiły je — bo wielki egoizm materyalny dopóty silny,
dopóki zupełnie jest materyalnym. — Ducha w nim obu-
dzić a zgubić go, to jedno — bo naturą ducha jest dą-
żenie zewnątrz, jest siła rozlewania się — wcześniej czy
później od jego usiłowań pęknąć musi skupienie ma-
teryalne — Dalej wschodnie podania, myty, obrzędy
i czary przybyły do Rzymu, — one w gminie to samo
sprawiły, co filozofia grecka w Senacie i patrycyuszach. —
C3ne symbol egoistyczny wiecznego Kapitolu rozer-
wały — później okazały się dotykalnie skutki widome
tych przyczyn niewidomych, moralnych — Rzym stał
się Grecy ą, Egiptem, Azyą mniejszą, a nie Grecy a, Egipt,
Azya mniejsza stały się Rzymem. — Barbarzyńcy zasiedli
w Senacie rzymskim — pomieszały się wszystkie wiary
i prawa w tej colhizńo nationuniy w tym składzie de-
zorganizującym się upadły wszystkie dawne porządki
i podania rzymskie. — Arystokracya zupełnie wyginęła,
to przez zawiść Cezarów, to przez wyczerpnienie sił
żywotnych. — Cezar, konfiskując jej dobra lub biorąc
zapisy, stał się jej dziedzicem — również zgromadził
w sobie wszystkie prawa Kapłanów i ludu. — Co mógł
zniszczyć na swoją korzyść, zniszczył — siły zniszczo-
nych zebrał w sobie. — Jednej tylko rzeczy, jednej je-
dnostki nie mógł zniszczyć — to jest ludu, któremu pa-
nował. — Został się więc sam na sam z nim — a że
w tej drugiej połowie państwa była siła materyalna, siła
prostobytu, musiał jej nieraz ulegać, podchlebiać jej
darami, igrzyskami i t. d. Lecz prócz niego i ludu nic
już nie było w Rzymie. —
Strona 80, wiersz 26: Czy gdzie nie spotka Ody na ^
Mogą lodów szooich.
Ze względu religii rozróżnić można plemiona Ger-
mańskie na dwa wielkie oddziały. — Germania o której
19*
292 ZYGMUNT KRASIŃSKI
Tacyt mówi a w której górują Suevy (Hermiones) ma
religię natury, czci żywioły, drzewa, krynice. — Bogini
Hertha {Erdey ziemia) każdego roku na wozie przesło-
niętym, powstaje z gajów dalekich od wysp północnego
morza. — Rozmaite zapewne były u rozmaitych Hord
miejscowości, obrzęda, ale ogólnie biorąc, ich wiary
jeszcze były bardzo pomieszane, niepewne. — Na tem
tle bladawem mocne wycisnęły się barwy przez napad
Hord dalej ku północy mieszkających, Rzymianom nie-
znanych. — W tych Hordach wszczął się już był ruch
postępowy, bohatyrski, objawienie jakieś religijne. —
Temu objawieniu na imię było Odyn. — Odyn od Islan-
dyi, gdzie później jego religia naj dzielniej i najobficiej
się rozwinęła, do brzegów Renu opanował umysły lu-
dów. — Gothy, Saksony, Gepidy, Lombardy, Burgundy
były to odyńskie pokolenia, wierzące w wcielenie się
Odyna, w pewne, opisane obrzęda, w nieśmiertelność
za grobem, w nadgrody w pałacu Odyna w Walhalli,
w jakieś miasto Asgard, święte na ziemi, skąd wyszli
ich ojcowie, a do którego wrócić mieli wcześniej czy
później. — Z tego kształtu, nadanego ich wiarom, z tych
myto w już opisanych wyszła ich siła popędowa. — Oni
to poruszyli plemię Germańskie, leżące martwo w niższej
Germanii — oni to ze Skandynawii zeszli ponad brzegi
Bałtyku, spuścili się ku Dunaj owi i przebiegli całe Niemcy,
ocierając się wszędzie o granice Cesarstwa. — Z ich ru-
nięcia od północy wszczął się chaos w Germanii, który
później cały na Włochy się zwalił. — U Gothów później
Odyn przybrał imię Wodana. — Saksony jeszcze przez
czas jakiś nieporuszonemi zostali na brzegach morza
niemieckiego. — Myty odyńskie w krótkości są nastę-
pujące:
Przedewszystkiem był olbrzym Imer. — Tego zabił
Odyn wraz z braćmi swemi Vile i Ve — z czaszki za-
bitego powstały niebiosa, z jego ciała ziemia, morze
z krwi jego. — Inny olbrzym, Nor w, był ojcem Nocy. —
Noc porodziła dzień. — Oboje nieustannie na niebie na
dwóch wozach kołują. — Hrim-fax (zmarzła grzywa)
koniem Nocy — Skin-tan (grzywa światlana) koniem
Dnia. — Most wielki wiedzie od ziemi do nieba — z trzech
PRZYPISKI DO FRYDIONA 293
barw złożony, a na imię mu: tęcza; — przerwie się on
kiedyś, kiedy złe duchy po zwycięstwie nad Bogami
przechodzić nim będą. — Świat ma skończyć pożarem. —
W ostatniej walce świata złe duchy zwyciężą. —
Odyn jest Bogiem nad wszystkimi innymi. — Dają mu
imię Alfader, ojca wszystkiego, ojca bitew — zowią go
jeszcze Hor, Janfchar i Thridi (wyższy, równy wyższemu
i Trzeci — Trójca); on poległych bohatyrów bierze do
swego pałacu wniebiesiech, do Walhalli — pięćset czter-
dziestuma bramami tam wchodzą. — Na ramionach Odyn a
siedzą dwa kruki — jeden zowie się Hugin (rozum), drugi
Munin (pamięć) — przez nich wie, co się dzieje w prze-
strzeniach. — Synem Odyna jest Bóg Thor, Bóg wojny,
z młotem w ręku. — Młot stał się u tych plemion sym-
bolem zdobycia. — Boginie, dziewice wojny, zowią się
Walkiryjes. — Jest ich dwanaście — a najpotężniejsza
Frigga. — Loke jest Bogiem złudzeń i złego. — Bogi
niebios okuły w kajdany syna jego, wilka Feuris; — wtym
Loke skandynawskim jest jakby przeczucie Mefistofe-
lesa. — Wodzowie pochodzący od Bogów, szlachta wio-
dąca do bitew, zwana u Gothów Amali iBalthy. — Saksoni
dłużej pozostali spokojnymi — dopiero kiedy z jednej
strony Franki, z drugiej przyparli ich Sławianie, ułożyli
się w hordę wojenną, oddawna już przemagającą w skła-
dzie Gothów, i rzucili się na Anglię — Gothy zaś. Lom-
bardy, Burgundy zaraz poddali się wodzom; u nich to
rozwinęło się przywiązanie żołnierskie, słowo niezłomne
żołnierskie, początek feudalnego składu. — Oni to pierwsi
rzucili się na dalekie błędy, goniąc za złotem i niewia-
stą. — To wszędzie było ich bohatyrskim celem — stąd
później wyrosła poetyczna postać Sygurda w poemacie
Nibelungów — w niej zarazem połączone rada i wale-
czność, to, co rozdzielonem było w mytach greckich,
Achilles i Ulysses. — Z tego więc pierwiastkowego obja-
wienia się formy religijnej w Skandynawii wyszedł ruch
i życie. — Ruch gwałtowny, dzikie życie, jak źródło, z któ-
rego wypływało — Nieopisaną jest ponurość podań Skan-
dynawskich. — Jedyną ich moralnością jest chwała, obie-
cana za odwagę. — W Walhalli biesiadują bohatyry i wśród
biesiad te szkielety zbrojne wstają i walki przeszłe od-
294 ZYGMUNT KRASIŃSKI
nawiają między sobą. — We wszystkich mytach odyń-
skich przebija wpływ natury północnej — znać w nich
jakby brak nadziei, jakby rozpacz wieczną, połączoną
z dzikiem, bohatyrskiem męstwem, idącem zawsze na-
przód, nie dbającem o to, że koniec będzie straszny i fa-
talny. — Myśl, że świat skończy nieszczęśliwie, że na
końcu wieków złe duchy przemogą, kołuje jak zorza pół-
nocna, krwawa, nad tą całą mytologią — w jej blaskach
biją się do upadłego wojownicy na ziemi i, goniąc wszę-
dzie za niebezpieczeństwem, nie przepuszczając ni sobie,
ni wrogom, szukają zapomnienia — żyją tak gwałtownie
zewnętrznie, by nie myśleć wewnątrz.
Taka myśl matka, takie przeczucie zniszczenia wszyst-
kiego, musiało wcielać się w zniszczenie szczegółowe —
musiało z tych ludzi utworzyć Alaryków, Genseryków,
Attylów — Jako chrześciaństwo w swoim najgłębszym
początku jest duchem postępowym miłości, tv/orzenia,
spajania, tak myty barbarzyńskie, północne, były siłą
postępową niszczenia,r ozprzęgania. — Ale kiedy chrze-
ściaństwo postawiło się w środku tego koła zdarzeń
i plemion, działać na nie zaczęło atrakcyjnie, i zdarze-
nia i plemiona północne przetworzyły się na okrąg
porządny, zamknięty. — Po dopełnieniu klęski, po uka-
raniu Rzymu, ta materya rozerwana, ciężąca wszędzie
śmiertelnie, ożywiła się i stała się. — Chaos powoli zaczął
przechodzić w organizm — miłość ducha zwyciężyła
opór materyi — Nasza powieść dzieje się jeszcze przed
poczęciem się chaosu i tworzenia — Irydion jest tylko
przeczuciem chaosu, a zatem i życia — bo chaos na
to zdał się tylko, by stało się życie. —
Strona 81, wiersz 21: Morituri te salutant, Cae-
sar ...
Formuła, którą przechodzący zapaśnicy przed roz-
poczęciem igrzysk witali Cezara: — » Mający zginąć witają
Cezara*.
Strona 81, wiersz 24: Na J^a laty nie, na wzgórzu
7'uin i kwiatów.
Na wzgórzu palatyńskim stał pałac Cezarów — dziś
PRZYPISKI DO IRYDIONA 295
ostatki pałacu Farnezów, na głębszych jeszcze gruzach
pałacu Cezarów. —
Strona 81, wiersz 32: Wzlatywały z katakómb . . .
Katakomby, przestronne lochy, wydrążone pod całym
Rzymem i częścią Kampanii rzymskiej, dochodzące nawet,
jak twierdzą, aż do morza, pierwszych Rzymian cmę-
tarze dla chowania ubogich i niewolników, których nie
stać było na stos; później schronienie Chrześcian pod-
czas prześladowania; dziś w niektórych miejscach jeszcze
całe, dostępne, po większej części zaś zasypane, skła-
dające się z mnóstwa nizkich i ciasnych manowców,
czasem rozprzestrzeniających się w kwadratowe lub okrą-
głe ciemnice — ściany zaś zasute nadgrobkami mę-
czenników. — Dotąd kości męczenników z nich wyko-
pują. —
Strona 82, wiersz 37 : W Chersonezie Cymbrów . . .
Rzymianie tak nazywali półwysep Jutlandzki —
i wszystkie plemiona Skandynawskie nazywali ogólnem
imieniem Cymbrów. —
Strona 82, wiersz 37: W ziemi srebrnej potoków .. .
Sami barbarzyńcy tak nazywali Chersonez od białości
śniegów i potoków tam płynących. —
Strona 82, wiersz 38 : Brat za brat z królami morza . . .
U Anglów, Saksonów, Nord-Manów, u wszystkich
Skandynawów wodzowie nazywali się królami morza. —
Ich życiem były ciągłe rozboje morskie.
Strona 88, wiersz 34: Błota meockie i^d\\is maeotis).
Azowskie morze.
PRZYPISKI DO PIERWSZEJ CZĘŚCI.
Strona 93, wiersz 10 : A tymczasem w Gineceum . . .
U Greków kobiety jeszcze nie były doszły europej-
skiej wolności — coś jeszcze wschodniego zostało w spo-
sobie ich życia i Greczynki wychowywały się w hare-
mach, zwanych Gineceum, od słowa YuvatxT] niewiasta, i nie
wychodziły stamtąd przed zamęściem. —
296 ZYOMUNT KRASII^SKT
Strona 93, wiersz 13: Murzyny Heliogabala.
Tak przezwanym został syn Scemidy i Yariusza Mar-
cella, Yarius Bassianus, od Boga Halgah-Baal czyli Mitry,
którego Arcykapłanem był w Emezie, nim został Cesa-
rzem rzymskim. — Dzieje Heliogabala są najmocniejszym
dowodem, naj wyraźniejszym symbolem zgrzybiałości ów-
czesnego świata. — W piętnastym roku życia wstąpił na
tron, w ośmnastym zaś zginął zamordowany przez pre-
toryanów, a w tym znikomym przeciągu czasu zużył
wszystkie rozkosze, jakie potęga przynieść może. —
On nigdy nie był młodym. — Imię jego: starość uoso-
bniona. — Zdawałoby się, jakoby przeszłość działalności,
przeszłość czynnego Rzymu zostawiła w nim próżnię, któ-
rej niczem zapełnić nie mógł. — Dwa znamiona jego cha-
rakteru są: Nuda i Lubieżność — to samo zupełnie, co
starców cechuje. — Nuda albowiem jest męka, pocho-
dząca z uczucia wiecznej próżni i z daremnej żądzy jej od-
sunięcia — Lubieżność zaś jest pracą wyobraźni na wyna-
lezienie czegoś, coby rozbudzić mogło martwe zmysły. —
Namiętność jest zawsze silną, prostą, jest to synteza, jest
to poezya ciała. — Lubieżność przeciwnie jest wymyślną,
rozkładającą się na tysiąc szczegółów, jest raczej prozą,
analizą. — Heliogabal nie dogadzał swoim namiętno-
ściom, bo ich nie miał — on miał tylko żądzę ich mienia —
on szukał w całej naturze, w całem państwie swojem,
w całym sobie, tylko podniety, iskry, coby zapaliła ja-
kiekolwiek ognisko w jego piersiach — na tym trudzie
nieszczęśliwym przeszło mu życie — dlatego wszystko,
co czynił, było kaprysem. — Taki skład niepojęty byłby
w człowieku młodym, gdyby na nim nie ciężyła już fa-
talna starość świata, w którym się urodził. — Heliogabal
był starcem przez świat otaczający, a był młodym przez
siebie — stąd wieczna sprzeczność, niemoc i żądza. —
Ten starzec, ta jednostka spróchniała i zmagająca
sama z sobą, to dziecię zgrzybiałe wychowało się w Sy-
ryi, w kraju czarodziejskich mytów i pochłaniającego
klimatu. — Babka jego Moesa była siostrą Julii, żony
Septymiusza Severa — po śmierci tego Cesarza cała fa-
milia jego żony, odsunięta od potęgi, poszła na wygnanie
do ojczystego kraju, do Syryi. — Moesa miała dwie córki.
PRZYPISKI DO IRYDIONA 297
Scemidę i Mammeę, matkę Aleksyana, sławnego później
pod imieniem Aleksandra Severa. — Heliogabal przed
czternastym rokiem życia jeszcze został Arcykapłanem
w świątyni Emeskiej. — Czczono w niej wielkiego Boga
Halgal-Baal, czyli Mitrę, Boga Chaldejskiego, w którym
zeszły się wszystkie podania wschodnie i Egipskie. —
Był to symbol słońca, uważanego za Boga, czystego, naj-
wyższego. Jedynego, że tak powiem : Oderwanego. — Dla-
tego też nie miał posągu żadnego, tylko kamień czarny,
ostrokręgowego kształtu był jego symbolem. — W tej
samej świątyni inne były Bogi : — Baal-Fegor, czyli słońce
już zmateryalizowane, jako siła obudzająca wegetacyę —
Gad-Baal, czyli słońce jeszcze bardziej ucieleśnione, ogła-
szające wyrocznie, Phoebus-Apollo— AstarteBaalis, wielka
Bogini, żona Halgah-Baala, czyli księżyc oświecony słoń-
cem, natura ożywiona przez słońce — Baalis-Benoth, czyli
Yenera, i Baalis-Derceto czyli Afrodytę grecka, obie wy-
rażające naturę już uczłowieczoną, niewiastę. — Obcho-
dzono w świątyni śmierć i zmartwychwstanie Adonisa,
czyli symbol natury opuszczonej w zimie od słońca i znów
przezeń na wiosnę ożywionej. — Cała Azya słała dary
do tej świątyni. — Z nadludzkim przepychem odbywały
się jej obrzęda i z zwierzęcą sprosnością zarazem. — Tam
rozwinęły się nasamprzód myśli Heliogabala. — Tam wola
jego wolna i siła wszelka zabitemi zostały u wstępu do
życia przez sceny fantastyczne, dalekie od rzeczywistości
świata, przez wpływ rozwiązłego, zachwycającego kli-
matu. — Podług wszystkich podań był on niezrównanej
piękności. — Biegały wieści pomiędzy ludem, że matka
jego niegdyś była kochanką Cesarza Karakalli, że on
synem Karakalli, którego pamięć obóstwiali żołnierze
legionów. — Makryn, prefekt pretorium, po zamordo-
waniu Karakalli panował podówczas Rzymowi i światu —
ale jego rządy słabemi były. — Legia przechodząca przez
Emezę ujrzała młodego Heliogabala. — Piękność jego i pa-
mięć ojca wzruszyły Legionistów — do tego przydać
należy wszystkie przebiegi i starania się Moesy, nie mo-
gącej zapomnieć, że niegdyś siostra jej była pierwszą
w Rzymie. — Ona to w nocy przyprowadziła Heliogabala
i Scemidę ze świątyni do obozu Legii. — Tam syn Ka-
29S ZYGMUNT KRASIŃSKI
rakalli ogłoszony Cezarem. — Ulpius Julianus, posłany
przez Makryna, zbity na głowę — w tej bitwie Helio-
gabal pierwszy i ostatni raz w życiu pokazał się odwa-
żnym. — Makryn sam uciekając, dowiedziawszy się o za-
biciu syna, zeskoczył z wozu i ramię złamał — głowę
mu ucięli, zanieśli ją Heliogabalowi. — Odtąd poczynają
się dni jego panowania, czyli ciągłe marzenie, jakby się
nie nudzić. —
1, żeby się nie nudzić, Halgah-Baala sprowadził do
Rzymu — do jego świątyni kazał zanieść wszystkich in-
nych Bogów, bohatyrów, palladium trojańskie, Westę
i puklerze Numy. — Z nich porobił służalców, urzędników,
prokonsulów i nałożnice Bogowi swemu — potem szukał
mu żony. — Palladę Ateńską dał mu zrazu, potem ją
rozwiódł i z Kartagi Wenerę sprowadził — ta została. —
I, żeby się nie nudzić, jeździł wozami z Sycylii, trzymał
fletniarzy z Egium, kucharzy z Elidy, piekarzy z Aten;
kobiercami lidyjskiemi zaścielał posadzki, kadził woniami
z Syryi, posyłał po gołębie do Cypru, po perły do Lydyi,
po konie do wyspy Melos, po ostrygi do przylądku Pilos,
po ryby do Hellespontu, po raki do Minturnu, po gruszki
do Eubei, po śliwki do Damaszku, po winograd do Rhodu,
po pomarańcze do Persy i, po cedraty do Palmiry, po
granady do Antyochii, po daktyle do Fenicyi, po mi-
gdały do Naksos, po wino z Tasos, woniejące jabłkami,
i po wino z Saprias, rozlane wonią fiałek, róż i hiacyntów.
I, żeby się nie nudzić, zaprzęgał do wozu swego wiel-
błądy, lwy, słonie — nosił długą szatę medyjską zamiast
krótkiej, rzymskiej tuniki, z wielkiem zgorszeniem Rzy-
mian nosił diadema na czole wewnątrz pałacu, bo nie
śmiał tak występować przed ludem, nosił koturny z dro-
gich kamieni. — Nigdy dwa razy nie wdział tej samej
sukni, ni obuwia, ni pierścienia tego samego — pływał
w ogromnych wannach marmurowych, w wodzie zapra-
wionej szafranem i najdroższemi woniami — spał na ło-
żach srebrnych, na puchu łabędzim lub kuropatwim —
pijał z czar kryształowych, bursztynowych, onyksowych
lub złotych. — Za każdem daniem odmieniał wieniec na
głowie — podczas pierwszego nosił wieniec róż — pod-
czas drugiego wieniec z fiałek, na trzecie kładł mirtowy.
PRZYIMSKI DO IRYDIONA 299
na czwarte narcysowy, na piąte bluszczowy, na szóste
wieniec z papy rysu i róż splecionych — na siódme wie-
niec z lotusów aleksandryjskich. —
I, żeby się nie nudzić, kazał sobie podawać grzebienie,
wyrwane żywym jeszcze kogutom — języki pawie i sło-
wicze — móżdżki z kwiczołów i kuropatw, głowy z ba-
żantów, kanarków i papug. — Przed stąpającym w por-
tykach pałacu lub w ogrodach idący niewolnicy rozsy-
pywali róże i piasek srebrny. — Raz kazał przynieść sobie
dziesięć tysięcy pająków — inną rażą dziesięć tysięcy
myszy — to znowu zachciało mu się dziesięciu tysięcy kun
i kotów — po odbytych igrzyskach rozrzucał między lu-
dem zgromadzonym żmije i bazyliszki. — Parasytom
swoim posyłał w darze naczynia najdroższe, zalutowane,
pełne ropuch i niedźwiadków. — Spraszał ich na biesiady
do sal, których podniebia się roztwierały i wypuszczały
deszcz z fiałek, róż i innych kwiatów. — Zrazu rozko-
sznie się rozciągali pod temi spadającemi wieńcami —
ale deszcz nie ustawał — coraz więcej przybywało kwia-
tów, sala się przepełniała i nazajutrz wyciągano ich ciała
przyduszone pod małgorzatkami i liliami. — Czasem
znowu kazał wprowadzać do sali lwów i tygrysów uła-
skawionych — i napawał się trwogą senatorów, kon-
sulów, dworzan biesiadujących. —
I, żeby się nie nudzić, spróbował, jak się jeździ po
cyrku za pieniądze — został powoźnikiem i zbierał sztuki
srebra, rzucane przez widzów — potem został płatnym
muzykantem. — Zdaje się, że jak ojciec jego, Karakalla,
namiętnie naśladować chciał Aleksandra, tak on sobie
za wzór obrał był Nerona — tego Nerona, który, prze-
bijając się w jaskini jakiejś Kampanii rzymskiej, wykrzy-
kiwał do towarzyszów: » Patrzcie, jaki artysta umiera !«
I, żeby się nie nudzić, zamordować kazał Pomponiusa
Bassussa — żonę jego młodą oderwał od ciała, które oble-
wała łzami i do swego łoża wprowadził — nazajutrz o świ-
cie odesłał ją, już znudzony. —
Dalej próbował, czy też Westalka święta, niepokalana,
nie potrafi go zabawić, rozerw.ać — Nikt nigdy w całej
starożytności na Westalkę się nie targnął — tem ten
pomysł nowszym się mu wydał i przyjemniejszym. — Sam
300 ZYGMUNT KRASIl^SKI
Akwilią Severę porwał z przed ognia Westy — nazajutrz
odesłał ją — już znudzony. —
Wyprawił potem naumachię czyli igrzyska >vodne,
wśród cyrku, na jeziorze z wina i wody piołunowej. —
Siostra Scemidy, Mammea, odziedziczyła po matce
silną wolę, bystry rozum i żądze wywyższenia się. — Jako
Scemis wdała się była we wszystkie czary, symbola roz-
wiązłości wschodnie, tak Mammea oddawna poszła byJa
drogą idealizmu, filozofii neoplatońskiej i nauk chrześciań-
skich. — Syna swego Aleksyana obznajomiła z niemi —
Aleksyanus miał w swoim sacrarium (kaplicy) posągi
Pytagora, Abrahama, Orfeusza, Apolloniusa z Tyany
i Chrystusa — żył tylko owocami i nabiałem — wiersze
sam pisał i czytał nieustannie Senekę, Yirgiliusa i Cy-
cerona. — Mammea wmówiła w siostrzeńca, że najprzy-
zwoiciej jemu, jako Arcykapłanowi słońca, by trudnił się
tylko nadziemskiemi czarami, a ziemskie sprawy, nędzne
i mierne, poruczył komuś. — Heliogabal zrazu uwierzył,
uznał tę radę za godną siebie i przybrał do spraw
ziemskich Aleksyana, którego zaraz mianował Alexan-
drem, Severem, Cezarem i Konsulem. — Wtedy zaczęła
się z początku ukryta, potem otwarta walka w pałacu. —
Heliogabal chciał Aleksandra na swój obraz przetwo-
rzyć — a że Aleksander mu się nie dawał, rozwściekał
się na jego matkę i nauczycieli. — Retora Sylwina skazał
na śmierć — Ulpiana, sławnego prawnika, wygnał —
Mammeę otoczył szpiegami — wreszcie siostrzeńca kilka
razy otruć usiłował — ale nie udało mu się, bo czynne
oko matki go strzegło. — Wtedy kazał Senatorom, by tytuł
Cezara odebrali Aleksandrowi, a Pretoryanom, by jego
posągi zrzucili. — Senatorowie zbledli, nie śmieli usłu-
chać — Pretoryanie, podjudzeni i przekupieni przez Mam-
meę, rokosz podnieśli. — Heliogabal, ten sam, który przed
trzema latami na czele Legii Emeskiej wyzwał był po-
tęgę Makryna i dzielnie sobie poczynał na polu bitwy,
bez zbroi, bez hełmu, prawie nagi, z jednym tylko mie-
czem w ręku — teraz uniżony, struchlały, udał się do
obozu za miastem i obiecał szanować i poważać brata
Aleksandra. — Wróciwszy zaczął rozmyślać, jakby się
jego pozbyć najrychlej. — Po niejakim czasie dla wy-
PRZYPISKI DO IRYDIONA 3OI
wiedzenia się ducha pretoryanów kazał rozsiać fałszywą
wieść o śmierci Aleksandra. — Znowu bunt się wszczął
w obozie — znowu cesarz musiał brata żywego i całego
pokazać żołnierzom, by ich uspokoić — ale kiedy stojąc
na wozie przemawiał do nich, oparty na Aleksandrze,
usłyszał zewsząd wznoszące się groźby — zdjęty gniewem
każe chwytać winnych zbrodni zelżonego majestatu —
zamieszanie się powiększa — z jednej strony Mammea
zagrzewa żołnierzy — z drugiej Scemis obiecuje im na-
grody — ale Heliogabal, ogarnięty strachem i przeczu-
ciem śmierci, ucieka — w tej jednej chwili w życiu się
nie nudził. — Stronników jego wyrzynają pretoryanie —
Aleksander ogłoszony imperatorem. —
Wieszczbiarze Syryjscy oddawna byli zgadli, że ich
Arcykapłan nie zwyczajną śmiercią zakończy życie —
przepowiadali mu więc zawsze, że sam się zabije. — Do
tego on był sobie różne przygotował narzędzia: — czary
zatrute, klingi zatrute, podwórzec brukowany u stóp
wieży marmurowej drogiemi kamieniami. — On chciał
sobie śmierć przyprawić, jako przyprawiał biesiady, roz-
pusty, igrzyska — ale w chwili śmierci, w tej jedynej
chwili mocnego czucia, nie nudy, zapomniał o wymarzo-
nych, przygotowanych lubieżnościach zgonu. — Z matką
po prostu, bez dalszej analizy, skrył się w najodleglej-
szych tajnikach pałacu — w miejscach najnieprzystoj-
niejszych Cezarowi rzymskiemu, o których nawet Neron
nie był nigdy pomyślał w ostatecznem niebezpieczeń-
stwie. — Tam pretoryanie go wykryli i zabili — głowę
mu ucięli, ciało jego i matki, wleczone po ulicach miasta,
w końcu wepchnięto do kloaki, ale, że otwór był ciasny,
wyciągnięto nazad i do Tybru rzucono. — Ostatnie prze-
zwisko Heliogabala było: Tiberinus. —
W nim uczłowieczyły się myty wschodnie, symbola
pozostałe same w całej sprosności kształtów swoich,
symbola głębokich, prawdziwych myśli, tylko że nie pa-
miętanych, zatraconych — i uczłowieczyły się, by tem
pewniej, jaśniej zniknąć z powierzchni ziemi. — Symbol
wschodni mógł być tylko takowym. — Myśl najczystsza
nie mogła na wschodzie przybrać formy czystej, bo, jak
tylko wcielała się, wpadała pod prawa Natury tamtejszej.
302 ZYCMUNT KKASIŃSKI
Natury, pochłaniającej wolność ludzką — nęcącej do roz-
koszy, porywającej do zapomnienia, zaprzeczającej ducha
przez własną piękność i siłę swoją. — Zwykle historycy
z pogardą mijają krótkie dni Heliogabala. — Jakoindy-
widuum on jest jej godny, ale nie jako faktum histo-
ryczne. — Od niego albowiem zwycięstwo Chrystusa
codzień staje się pewniej szem — przez niego pogaństwo
zeszło na najniższy szczebel — przez niego ukazało się
oczywiście, że ono spróchniało, że owocu już żadnego
nie wyda — bo w całej potędze, w całej rozległości swo-
jej się w nim objawiło — nadaremnie. — Heliogabal
we wszystkiem, co czynił i w^yobrażał, jest starością
i śmiercią — jest brakiem ducha — jest materyą w gni-
ciu. — Opowiadają, że był nad miarę urodziwym — było
to materyj a Lighłning before Deoth^']2L^ Szekspir mówi. —
Strona 94, wiersz 5: Że Senat przezival cią już boską...
Po łacinie Diva. — Zwyczajnie wyrokiem Senatu Im-
peratorowie i żony ich stawali się Bogami — stawiano
im posągi — świątynie. — Dlatego tylu Chrześcian gi-
nęło, że nie chcieli rzucać kadzidła na ołtarz, palący się
przed obrazami Cezarów. — Antinous, ulubieniec Adryana,
po śmierci zapisany został w regestr Bogów za Sena-
tuskonsultem — i za wolą Adryana. —
Strona 99, wiersz 34: Jam Ait^gusty Antoniny Aic-
relitisz . . .
Imiona wielkich Cezarów, policzonych po zgonie
między Bogi, stawiały się tytułami dla ich następców
lub Książąt z rodu cesarskiego. — I tak Cesarze mia-
nowali na Augustów, na Cezarów. — Tak Heliogabal,
przybrawszy jako honoryficzne tytuły imiona najlepszych
Cesarzów, zwał się Antoninem, Aureliuszem i t. d.
Strona tOt, wiersz 16: Evoe Bacche!
Wykrzyknik, używany przy tańcach świąt Bacchu-
sowych — oznaczający wesołość i komiczność. —
Strona 101, wierz 36: Me hercule!
» Przez Herkulesa* — wykrzyknik, używany od Rzy-
mian.
PRZYPISKI DO IRYDIONA 303
Strona 103, wiersz 8: Peristyl —
Peristyl był to salon starożytnych. — Domy ich po
większej części składały się z ciągu komnat, idących
jedna za drugiemi tak, że stanąwszy w vestibtilum t. j.
u wejścia, najczęściej ciasnego, można było od razu
przejrzeć aż do viridarium czyli ogrodu, zwykle koń-
czącego dom z drugiej strony. — Zaraz po vestibulum
następowało atrium^ czyli sień, w której niewolnicy
siedzieli i goście podrzędni przyjmowani byli. — To
atrium^ pośrodku którego było impluvium^ czyli,
sadzaweczka okrągła lub kwadratowa na zbieranie się
wody deszczowej, otoczone było małemi izdebkami sy-
pialnemi — przez otwór nad impluvium wchodziło
światło dzienne. — Dalej było tablinum^ czyli podłużna
sala, wystrojona w kosztowności domu — za nią dopiero
peristyl y kwadratowa przestrzeń, otoczona zwykle ko-
lumnami, zwykle bez dachu, przeznaczona przechadzce
i rozmowom — potem następował łriclinium, czyli po-
kój jadalny, połączony z viridarium lub często w samym
viridarium, gdzie stały posągi, kwiaty, krzewy. — Ten
cały ciąg komnat był na oko jako jeden korrydorz
długi, urozmaicony tylko występuj ącemi, to rozstęp ują-
cemi się ściany, posągami, freskami, ołtarzami Bogów
domowych w vestióulum^ Bogów innych w peristyhi
i w viridarium. — Izdebki, w których mieszkali nie-
wolnicy, w których spali panowie, kuchnia, spiżarnia,
i t. d. były tylko przydatkowemi ciupkami do tego
korrydorza głównego, z obu stron ciągnącemi się przy
nim — Rozumie się, że w Rzymie i że w pałacu Ceza-
rów wszystkie części domu nabyły większych propor-
cyi — ale w ruinach Pompei ten tylko korrydorz główny,
przeznaczony na publiczność domowego życia t. j. na
przyjmowanie gości, na biesiady i t. d., jest obszernym
i pięknym — reszta złożona z pokojów ciasnych, nizkich,
słowem z ciupek. —
Strona 107, wiersz 25: Wielkiego Septyma.
SeptymiusSeverus, którego żona Julia, siostra Moesy,
matki Mammei i Scemidy. — Po Septymiuszu nastąpił
304 ZYGMUNT KRASIŃSKI
syn jego Karakalla, po nim Makryn, prefekt straży pre-
toryańskiej a dopiero potem Heliogabal. —
Strona 108, wiersz 3: Do cyrku Flazńana —
Dzisiejsze Koliseum, wystawione przez Flaviusa Ves-
pasiana.
Strona 1 10, wiersz 1 : Czyt boska Soji-a . . .
Sofi-a, oocpeia, mądrość po grecku, stąd ©iXoao9eia miłość
mądrości.
Sttona 110, wiersz 27: J^zez Bogi many Antonina.,.
Bogi Many czyli cienie, duch czyjś po śmierci. —
Na grobach nie pisali starożytni: poświęcone temu lub
owemu, ale: Bogom manom tego lub owego, n. p.:
Diis Manibus
Pueri Septemtri
onis. annor. KIL qtń
Antipoli in Theatro
Biduo saltavit et
placuit —
Napis znaleziony w Antibes — w nim cała nieużytość
świata starożytnego rzymskiego się odbiła — dlategośmy
go tutaj raczej od każdego innego przywiedli. —
Strona 111, wiersz 28: Sztuką Danaów —
Timeo Danaos et dona ferentes. — Virg.
Strona 112, wiersz 17: Lncius Mummius nic nam
nie zostawił'. . .
Lucius Mummius zabił Grecyę zburzeniem Koryntu.
Strona 113, wiersz 2: Dulces moriens reminiscitur
Argos.
Cytacya z Eneidy: »Niech słodkie umierając wspo-
mina Argos.*
Strona 113, wiersz 35: W Termach Karakalli.
Ryły to kąpiele, wystawione przez Karakallę. Gmach,
którego gruzy dzisiaj jeszcze są gmachem. U starożytnych
PRZYPISKI DO IRYDIONA 305
kąpiel nie była rzeczą tak krótką i mało znaczącą, jak
u nas. Najsłodsze godziny życia przepędzali w Termach.
Były to budynki pełne portyków, ogrodów, bibliotek,
przyozdobione arcydziełami sztuk pięknych. Tam wy-
szedłszy z wann marmurowych, namaściwszy sięnajdroż-
szemi kadzidłami, przechadzali się lub słuchali Filozo-
fów, lub grali w różne gry, ćwiczyli się w gimnastyce. —
Czasem w Termach bywały Teatr a i Cyrki.
Strona 114, wiersz 5: Chyba go Tyresias w piekle
zrozumie.
Tyresias, sławny wieszczbiarz, syn nimfy Charycloe —
oślepiony przez Junonę, darem proroctwa obdarzony
przez Jowisza. Do niego, do piekieł, zstępowali Bohaty-
rowie, ciekawi przyszłości i objawień o tajemnicach życia.
Strona 114, wiersz 24: Prawdziwego Krotoniatę.
Mieszkańcy Krotony słynęli z siły i zręczności w za-
pasach.
Strona 115, wiersz 10: yacta est alea.
»Kość rzucona!* — słowa Juliusza Cezara, przesa-
dzającego Rubikon.
Strona 115, wiersz 21: Vae capiti ejusf
» Biada głowie jego!« — zwykłe przeklęstwo u Rzymian.
Strona 117, wiersz 18: Prohf Jupiter f
»Ach! Jowiszu* — zwykły wykrzyknik u Rzymian.
Strona 117, wiersz 29: Rąk potrząsających Tyrsami...
Tyrsy, święte laski, oplecione bluszczem, zakończone
gronem winnem, niesione w igrzyskach i świętach Bac-
chusa. Ukazanie się tego widma Aleksandra Wielkiego
znane jest w historyi.
Strona 117, wiersz 38: Podaj mi Falernu.
Falernum, sławne wino u Rzymian.
Strona 117, wiersz 40: Dii^ avertite omen!
Poświęcony sposób mówienia u starożytnych dla od-
wrócenia złej wróżby.
z. Krasińslci, Tom 1. 20
306 ZYGMUNT KRASIŃSKI
Strona 118, wiersz 1: Aldoż wys&ło ci z pamiąci^ te
syn wielkiego Septyniiusza (Karakalla) i t. d.
Ta cała mowa Irydiona zasadza się na szalonej mi-
łości, którą powziął był Karakalla ku pamięci Aleksan-
dra W. Karakalla był to człowiek bardzo mierny, o że-
laznych kaprysach, nie woli, niezmiernie chełpliwy, pełny
drobnej miłości własnej, cierpiący niejako pomieszanie
mózgu, zresztą odważny żołnierz. Koniecznie mu się wy-
dało, że jest bohatyrem i że do ogromnych celów stwo-
rzyło go Fatum. Postać, która najdzielniejszym bohatyr-
stwa blaskiem świetniała nad światem Greckim i Rzym-
skim, postać Aleksandra W., obudziła w nim żądzę takiej
samej chwały — we wszystkiem go naśladował. Dwo-
rzanie twierdzili, że podobny jemu jak kropla do kropli —
posprawiał sobie podobne zbroje, hełmy, szablę — głowę
pochyloną na wzór jego nosił — ale że nie mógł być
zdobywcą i Gieniuszem, pocieszał się musztrami Legio-
nów — a że nie mógł zdobyć Tyru ni Babylonu — poje-
chał do Aleksandry!, miasta swojego własnego, i tam
w jednym dniu wyrżnął połowę mieszkańców, udając
przed sobą samym, że gdzieś zwycięża i morduje, jak
niegdyś Król Macedoński. Nareszcie tyle kłamał sobie
samemu, że uwierzył pod koniec dni swoich, że w rzeczy
samej metempsychosą duch Macedończyka wszedł w niego
i zupełnie się ujednoczył z Aleksandrem Wielkim.
Strona 119, wiersz 17: Święty zamek.
Kapitol — arx sacra, aeterna.
Strona 119, wiersz 25: Gieniusz miasta.
Każde miasto, każde państwo w pogaństwie miało Gie-
niusza swego, Ducha opiekuńczego, niby Anioła Stróża.
Strona 120, wiersz 18: Panowie Amfiteatru.
Tak nazywano motłoch rzymski.
Strona 120, wiersz 37: lo triumphe!
Wykrzyknik, używany w pieniach do Bacchusa.
Strona 121, wiersz 16: Ich fibule.
»Fibula« sprzączka, na którą sprzęgała się Toga lub
Tunika na ramieniu.
PRZYPISKI DO IRYDIONA 307
Strona 122, wiersz 9: Salve Aeternnm!
Formuła, używana przy pogrzebach, pieśń przed za-
niesieniem ciała na stos — tak samo, jakby kto po pol-
sku powiedział: »Ty wprzódy nad niemi wyrzeczesz —
Wieczny odpoczynek*.
Strona 124, wiersz 5: Vale!
Formuła pożegnania u Rzymian: »Bądi zdrów«.
Strona 124, wiersz 33: Człowiek nowy.
U Rzymian homo novus zwał się plebejanin, co dostał
się do urzędu, lub człowiek z miasta obcego, nie mają-
cego prawa obywatelstwa, co przyszedł do Rzymu i urząd
pozyskał. Cycero był homo novus — (un parvenu).
Strona 126, wiersz 1: Skonał w spoliarium.
>Spoliarium« nazywało się miejsce obok każdego Am-
fiteatru, do którego rzucano konających Gladyatorów,
z ran odniesionych na Arenie.
Strona 128, wiersz 9: Alma Venus,
»Alma« przymiotnik zwykły Cybeli i Yenery, znaczy:
wszystkorodząca.
PRZYPISKI DO DRUGIEJ CZĘŚCI.
Strona 133, wiersz 13: Pod mattsoleum Cecylii Metelli.
Zdaje się, że obok tego pomnika, wystawionego żonie
Triumvira Krassusa, było ukryte miejsce dokatakomb. —
Dotąd stoi obok kościół św. Sebastyana w Kampanii
rzymskiej, od którego schodzi się w tę resztę katakomb,
po której chodzić można.
Strona 134, wiersz 7: Na Forum romanum.
Tak zwał się plac przed Kapitolem, na którym stały
mównice i kurye, czyli trybunały, w których odbywały
się sądy, a czasem narady Senatu. — Od tego Forum
wstępowały schody aż na szczyty kapitolińskiego wzgó-
rza. — Tam, na lewej wyniosłości, nad skałą tarpejską,
stał kościół Jowisza Feretryjskiego, na prawej zaś Jowi-
sza Kapitolińskiego; — via sacra^ czyli święta droga
tryumfujących, szła na Forum przez łuk Fabiana,
20*
308 ZYGMUNT KRASIŃSKI
wychodziła zaś z niego, by już iść w górę na Kapitol,
przez łuk Septyma Sewera. — Naprzeciwko Kapi-
tolu, z drugiej strony Forum, stała świątynia i klasztor
Westalek, bliżej zaś stóp wzgórza Kapitolińskiego,
świątynia Fortuny i Zgody — na samym zaś środku,
na czystem miejscu, była mównica. — Kształt całego
Forum był równoległoboczny. — Boki jego wszędzie
zasute były rzędami kolumn, ciągnącemi się przed świą-
tyniami i bazylikami. — Widok ten musiał być nade-
wszystko uroczystym i wspaniałym. — W Architekturze
starożytnej nie było uniesienia Ducha, odbijającego się
w Gotyckiej, ale zato najwyższa powaga ciała wszędzie
panowała.
Starożytny Patrycyusz, niewzruszony, z zarzuconą
togą, odpoczywający po ofierze złożonej Bogom, jest
obrazem Architektury starożytnej. — W niej każda
cząstka opisana, ograniczona, doskonale skończona —
Idea miary i piękności, przeniesiona do okręgu zupełnie
zawartego. — Niewzruszoność i jedność są zatem jej
piętnami, kiedy w Gotyckiej ruch prawdziwy, rozma-
itość i nieskończoność żyją. — Możnaby powiedzieć, że
Architektura starożytna jest Duchem zupełnie wcielo-
nym w rozmiary, w materyę, a Gotycka materyą pra-
cującą, by się zidealizować, by zduchownieć. — Dlatego
też niema kościoła Gotyckiego prawie, któregoby bu-
dowa zupełnie skończoną była, a nie było kościoła po-
gańskiego, któryby nie był zupełnie dokończonym w każ-
dej części swojej. — Stąd pochodzi, że architektura pogań-
ska przenosi o wiele chrześciańską pod względem sztuki,
chrześciańska zaś pogańską pod względem myśli. Ducha.
Strona 134, wiersz 26: Ae zv tych cmątarzach śpią
goście tylko.
Napis był na jednym z wejściów do katakomb: —
Cuemeternun est domus, in qua hospites dormire solent.
Cmentarz jest domem, w którym spać zwykli goście.
Strona 134, wiersz 32: To Lykaoński Orfeusz.
W katakombach pełno było rzeźb i malowideł sym-
bolicznych po ścianach i na Sarkofagach. — W począt-
PRZYPISKI DO IRYDIONA 3O9
kach chrześciaństwa sztuka była całkiem symboliczną.
I tak Orfeusz, pierwszy mędrzec, poeta, założyciel to-
warzystwa u pogan, wyrażał Chrystusa — postać No-
ego, Izaaka, Józefa Patryarchy to samo znaczyły. —
Złoty świecznik o trzech ramionach wyrażał Chry-
stusa — latorośl winna to samo. — Lira była symbo-
lem krzyża — palma: zwycięstwa niebieskiego — krzyż
z drogiemi kamieńmi, otoczony wieńcami róż, z wiszą-
cemi na złotych łańcuszkach dwiema literami Greckiemi
alfa i omega- znaczył Boga, koniec i początek wszyst-
kiego. — Paw był symbolem zmartwychwstania a cza-
sem znowu Szatana. — Oliwne drzewo było Hieroglifem
wieczności i pokoju — cyprys i sosna: śmierci — ko-
twica: zbawienia — ryby: ludzi — z powodu słów
Chrystusowych do Apostołów: Faciam vos piscatores
homimim — delfin : nadziei i umarłych, co z tego świata
w lepsze strony się udali — Samson, z wyrwanemi
bramami na barkach, znaczył Chrystusa na tej zasadzie:
Tollit port as civitatis id est Inferni et removit mortis
impermm. Tu civitas raz znaczy czyn Samsona realny,
drugi raz oznacza świat starożytny cały, który był tylko
składem civitatum miast (citće) czyli Egoizmów, zam-
kniętych w sobie, najsrożej uciskających. — W rzeczy
samej Chrystus zadał śmierć składowi temu, porząd-
kowi całego świata starożytnego, powołując ludzi do
braterstwa i wolności. — To dowodzi, że i Chrze-
ścianie pierwszych wieków już czuli swoje powoła-
nie polityczne. — Dalej jeleń znaczy Apostołów, ko-
gut, czujność pasterską — a krzyż zawsze składał się
z czterech gatunków drzewa — z cyprysu, cedru, palmy
i oliwy.
Strona 135, wiersz 14: Przynoszą mu Prochristttm.
»Prochristum« była to flaszeczka, zawierająca trochę
krwi męczennika, złożona na Jego piersiach w trumnie,
z wyrzniętemi literami: p. Ch. co znaczyło za Chry-
stusa. — Dotąd w katakombach po takowym znaku
poznają ciała męczenników, gdyż nieraz żadnego na-
pisu niema przy nich ani na grobie. —
310 ZYGMUNT KKAalNSKI
Strona 136, wiersz 38: Apage.
Znaczy precz — używana formuła na odstraszenie
Szatana.
Strona 137, wiersz 12: Czyś nie słyszała od wielu
światy chy ze już blizkie czasy.
Od śmierci Chrystusa aż do połowy prawie średnich
wieków trwała w chrześciaństwie posępna wiara, że
świat blizki ciągle końca i sądu ostatniego. — Im dalej
w lata, im dalej od Chrystusa, tem bardziej słabnęła ta
wiara, lub odkładaną była na odleglejsze czasy — ale
w pierwszych wiekach Chrześcianie, osobliwie mistycy,
pustelnicy, anachorety, spodziewali się lada nie codzień
powrotu Jezusa. — Osobliwie na wschodzie, w Egipcie,
panowało to oczekiwanie. — Rzymski kościół od sa-
mego początku swego był raczej praktycznym, niż
idealnym, raczej starającym się wcielić w kształt i po-
tęgę, niż gotującym się na rozwcielenie się zupełne
z wszelakiego kształtu; ale i na zachodzie jednak wielu
wierzyło w blizkie ukazanie się Chrystusa — najbardziej
do ustalenia tej wiary przyłożyły się natchnienia św.
Jana na wyspie Patmos, zawarte w znanej księdze »Apo-
calypsis.* — W pierwszych i następnych wiekach mnó-
stwo było podobnych ksiąg objawień, widzeń. — Nie-
jeden męczennik, konając, widział otwarte niebiosa,
przepowiadał koniec rzymskiej potęgi, a zatem świata,
a zatem z niebios-zstąpienie Chrystusa — Bardzo po-
mieszane były i zawikłane pod tym względem domysły,
nadzieje, życzenia pierwszych Chrześcian. — Jedni są-
dzili, że wróci Chrystus i że na ziemi zacznie się Jego
panowanie — tę wiarę nazwano później wiarą w Mille-
nium y bo później przeniesiono ostateczny termin sądu
na rok tysiączny. — W rewolucyi Angielskiej siedem-
nastego wieku znów znalazła się sekta polityczna i re-
ligijna, która tę wiarę wskrzesiła. — Drudzy myśleli,
że w rzeczy samej próba materyalna się zakończy, że
ziemia zniknie z przestworów wraz z Rzymem — że
umarli powstaną i że się objawi w przestrzeniach obie-
cana przez Św. Jana nowa Hierozolima. — Nic dziwnego
PRZYPISKI DO IRYDIONA 3II
W tern wszystkiem nie było. — Naprzód na niektórych
słowach samego Chrystusa przed śmiercią, mogła za-
sadzać się ta wiara. — Dalej ludzie, przyjmowani na
łono Chrześciaństwa w pierwszych czasach, byli jeszcze
bardzo materyalnie wszystko sobie wyobrażający, były
to po większej części wyobraźnie rozgorzałe, cierpiące,
rozdrażnione poniżeniem i niesprawiedliwością świata,
pragnące, by wszystko, i ludzie i natura, przetworzonemi
zostali. — Codzień powtarzano im formuły chrześciań-
skie: — że świat ten materyi jest tylko złudzeniem, że
życie ludzkie jest cieniem znikomym — że jest inny
świat duchowny, wyższy — codzień widzieli ginących
z nadludzką odwagą, by do tego drugiego się dostać;
i jakże nie było im czasem pomyśleć, że ten drugi
wkrótce znidzie, zniszczy niższy i sam jeden zostanie? —
Oni czuli się powołanymi do obalenia świata realnego,
prześladującego ich. — Oni jeszcze nie wiedzieli prawdy
moralnej, że myśl zwycięża zawsze materyę, jak kropla,
co kamień przedrąża po wiekach wielu — sądzili więc,
nie widząc w samych sobie żadnej potęgi świeckiej,
że im Chrystus i Anieli przyjdą w pomoc, że w dniu
jednym runie Kapitol i zarazem rozpadnie się ziemia,
bo wiarą także równie silną, zakorzenioną w świecie
ówczesnym było, że Roma stoi, dopóki świat stoi. —
Wreszcie wspólnem to jest przesądem wszystkim lu-
dziom, że niejasno pojmują, jakoby mógł świat żyć
dalej po skonaniu tego, w czem wzrośli, czego sami
częścią byli. — Państwo rzymskie oczewiście wtedy
zbliżało się do śmierci. — Co potem nastąpić miało,
nie mogło wcisnąć się w mózgi ludzi żyjących wśród
państwa tego, a zatem bez dalszych domysłów świat
cały na śmierć skazywali, błędnem przeczuciem. — Zdaje
mi się jednak, że to było tylko wiarą ludu, ale nigdy
naczelników Chrześciaństwa. — Biskupi Romy prze-
czuwali, że nauka Chrystusa wcieli się jeszcze na ziemi
w jedy no władztwo materyalne. — Na tych to podaniach
o końcu świata, o zmartwychwstaniu Świętych, o znisz-
czeniu Romy zasadza się spisek Irydiona w katakom-
bach. —
312 ZYGMUNT KKAblŃSKl
Strona 137, wiersz 29: Trawa nie porośnie^ gdzie mój
koń przeleci.
Słowa Attyli.
Strona 138, wiersz 37 : Wyzwoleniec czytał mu Fedona,
Dyalog Fedona o nieśmiertelności Duszy, dzieło Pla-
tona, które Kato odczytał przed zabiciem się w Utyce.
Strona 145, wiersz 24: Cenotafy po ścianach,
»Cenotaf«, nadgrobek po grecku.
Strona 150, wiersz 30: Przed laty Herman , . .
Po teutońsku Herman, po rzymsku Arminius, ten
sam, który wyrżnął Legie rzymskie pod dowództwem
Yarrusa. Znany jest żal Augusta i słowa: Yarrusie,
wróć mi Legiony moje! —
PRZYPISKI DO TRZECIEJ CZĘŚCI.
Strona 156, wiersz 6: Irydion dobywa tabliczek
i stylem pisze na nich.
Starożytni nosili zawsze przy sobie tabliczki, polane
cieniuchną warstwą wosku, po której pisali ostrym me-
talowym piórem, zwanym stylus. Ten stylus zatknięty
mieli zwykle u przepaski tuniki — używali go czasem
miasto puginału. Większa część spiskowych, którzy
zabili Cezara, przyszła do senatu uzbrojona tylko w sty-
lusy. Brutus pchnął go stylusem.
Strona 156, wiersz 12: Byśmy go na krzyżu rozbili , . .
Naj ohydni ej szą śmiercią u starożytnych była śmierć
na krzyżu, to samo, co u nas na szubienicy.
Strona 157, wiersz 1 : Aż po Hyrkańskie Syrty i pu-
stynie Jazygów.
Hyrkania była nad brzegiem Kaspijskiego morza,
blizko Partyi — pustynie Jazygów między Dnieprem
a Donem.
Strona 157, wiersz 25: Przecie Hekatombą.
»Hekatomba^ z Greckiego, ofiara z stu byków zło-
żona — w przenośni każda wielka ofiara.
PRZYPISKI DO IRYDIONA 3I3
Strona 158, wiersz 26: Zemsta jest rozkoszą Bogów ^
Stare greckie przysłowie.
Strona 161, wiersz 17: Od bram Kuryi . . .
»Kurya« kaźden budynek, w którym sąd lub senat
się zbierał.
Strona 167, wiersz 21: Eheuf
Po łacinie: Niestety!
Strona 166, wiersz 8: Hesperus.
Gwiazda wieczorna » Wen era. «
Strona 167, wiersz 23: Polać zdrojem nafty.
Nafta, gatunek oleju ziemnego, palnego.
Strona 168, wiersz 14: Zwycięstwem pod Zamą.
Pod Zamą Scypion Afrykański zbił na głowę Han-
nibala.
Strona 168, wiersz 22: Całun z amiantu dla popio-
łów Romy.
Żeby rozeznać po spaleniu na stosie popioły ciała
od popiołów stosu, starożytni zwykli trupy obwijać w ko-
szule, utkane z włókien kamienia zwanego »Asbest.« —
Takie włókna prząść się dają i zowią się Amiantem.
Strona 169, wiersz 7: Maniptde Severa.
Legia rzymska we trzy rzędy ułożona stawała na
pobojowisku. Pierwszy rząd składali Hastati, drugi
Principes, trzeci Triarii. Każdy rząd dzielił się na dwa-
naście Manipulów. — Dwie Manipule stanowiły Centu-
rie, której przełożony zwał się Centurion, a trzy Ma-
nipule składały Kohortę. W Manipuli bywało najmniej
po sześćdziesiąt, najwięcej po sto dwadzieścia żołnierzy.
Strona 170, wiersz 24: Włosy Bereniki.
Konstellacya, z siedmiu gwiazd złożona, tak nazwana
od siostry i żony zarazem Ptolomeusza Evergeta, króla
Egipskiego, która przyrzekła włosy swoje uciąć i za-
wiesić w świątyni Marsa za powrotem męża z wyprawy
do Azyi. Dotrzymała obietnicy — ale włosy tej samej
314 ZYGMUNT KRASIŃSKI
noc>' zniknęły. Conon z Samos, nadworny Astronom,
przysiągł wtedy, źe wy obserwował, jako Zefir za roz-
kazem Wenery wniósł je do niebios — i nazwał siedm
gwiazd świecących obok ogona Lwa > włosami Bereniki.<
Strona 171, wiersz 18: Ludowi rzymskiemu przy-
pomną Brennusa.
Brennus, wódz Gallów, który zdobywszy miasto i senat
wyrżnąwszy, kiedy okup żądany brał od Rz>Tnian, rzucił
jeszcze do szali miecz swój z tern słowem sławnem: Vae
victis! — biada zwyciężonym!
Strona 171, wiersz 34: Potrójna Hekato . . .
Dlatego potrójna, że nazywała się Księżycem w nie-
biesiech, Dyaną na ziemi, Prozerpiną lub Hekatą w piekle.
Epitet jej zawsze jest Dea feralis — zgubna bogini.
Strona 171, wiersz 37: Jeżeli jesteś moim złym Gie-
niuszem . . .
Było wiarą ustaloną pomiędzy starożytnemi, iż każdy
z nich ma dobrego i złego Gieniusza. Brutusowi ukazał
się jego zły Gieniusz przed bitwą pod Filippami.
Strona 178, wiersz 30: Dariijcie mi^ Kwiryty —
QuiriteSy imię Rzymian od pocisku zwanego guiris.
Strona 180, wiersz 5: Sit tibi terra levis —
Formuła, którą umarłych żegnali Rzymianie, odcho-
dząc od stosu lub od urn. — Zwykle nawet te słowa
pisano na każdym nagrobku : — Ziemia niechaj ci lekką
bądzie. —
Strona 180, wiersz 6: Wśród tych kolumbariów —
Pomnik dla uboższych ludzi, podobny z kształtu do
gołębnika z framugami, w których stały urny, nazywał
się columbarium.
PRZYPISKI DO CZWARTEJ CZĘŚCI.
Strona 186, wiersz 30: Stanął ti progów Attala . . .
Znaną jest rzeczą, źe Senat Rzymski wydzieliwszy naj-
piękniejsze prowincye, zdobyte na Antyochu Wielkim,
PRZYPISKI DO IRYDIONA 3 I 5
Attalowi, królowi Pergamu, kiedy tenże Attal umierał
bezpotomnie, kazał je sobie zapisać i darować. —
Strona 186, wiersz 33: Podniósł się wśród Istmij-
skich igrzysk . . .
Przed wdaniem się jeszcze czynnem i zdobywczem
do spraw greckich, poseł rzymski oświadczył publicznie
na igrzyskach istmijskich przed zgromadzonymi mie-
szkańcami wszystkich miast greckich, że senat i lud
rzymski, wziąwszy na uwagę, o ile niesprawiedliwe są
żądania króla macedońskiego i o ile piękną i pożyteczną
jest niepodległość Grecyi, obiecują jej bronić wszelkiemi
siłami przeciwko napadom tegoż króla. —
Strona 187, wiersz 3: Syn Latony.
Phoebus Apollo. —
Strona 187, wiersz 30: Bite drogi Aedylów . . .
Aedyle, urzędnicy przełożeni nad budowaniem pu-
blicznych gmachów, dróg, mostów, wodociągów i t. d.
Strona 187, wiersz 34: Od Gadesu po ultima Thule —
Gades: Kadyx dzisiaj — Thule: Islandya; — prawie
zawsze starożytni przydawali do niej ten przymiotnik
lUtima^ ostatnia, bo ją uważali za najodleglejszy kraniec
ziemi. —
Strona 187, wiersz 36: Stoików obłąkane cienie —
Ostatnim wyrazem szkoły greckiej Platońskiej byli
przy kończącym się starożytnym świecie Stoicy. — Idea-
lizm starożytny w nich się wcielił tak, jak materyalizm
u Epikurejczyków. — Cnota Stoika była wielką, ale nie-
wzruszoną. — Umieli umierać, ale żyć nie umieli. — Pierw-
szą ich zasadą było słowo a-£-/ov — wstrzymuj się. —
Wstrzymywali się więc od wszystkiego, smutnym wzro-
kiem spoglądali na świat obumierający, ale nie szli go
ratować. — Zawarci w sobie, korzący się tylko przed
sądem dumy własnej, którą nazywali sumieniem, wyszli
na samolubów moralnych, pełnych nadzwyczajnej egoi-
styckiej godności, ale nie związanych z sobą, nie natchnio-
nych iskrą wspólnego, towarzyskiego życia. — Ich myśli
3l6 ZYGMUNT KKASIliSKI
i przepisy krążyły ciągle w idealnym świecie, nigdy nie
dały się przystosować do ziemskiego — i dlatego też
zostały nam tylko podania o ich sławnych zgonach, nie
zaś o ich życiu. — Marek Aureliusz, Cesarz, tchnął ich naj-
czystszym, najpiękniejszym duchem. — Jego maksymy
przez długi czas pocieszały niejako ten świat, codzień
bardziej się rozrabiający w rozprzęgnieniu śmierci —
ale i one nic nie utworzyły wielkiego, żyjącego. — Sy-
stema stoickie moźnaby nazwać Testamentem, w którym
konający nic nie zapisuje dziedzicom swoim, prócz kilku
smutnych uwag nad życiem. — Pierwsi Stoicy wprowa-
dzili na świat chorobę zwaną spleen^ odziedziczoną przez
Anglików, której ostatecznem przesileniem jest samo-
bójstwo.
Strona 188, wiersz 6: Jako ojciec rodziny dziecię
jak Patrycyusz Plebejan . . .
Wyobrażenia prawnika rzymskiego. —
Strona 188, wiersz 16: Jak w lasach Hercyńskich
zbladłe klękają pod nożem ofiary . . .
W lasach hercyńskich Herman, czyli Arminius, otoczył
legie Yarrusa i pierwszych naczelników zabił w ofierze
Bogom Germańskim.
Strona 188, wiersz 17: Nie lotnym gromem Ale-
ksandra . . .
Nigdy nic idealnie wyniosłego nie było w dziejach
Rzymu — ale zato nikt nigdy na ziemi nie był bardziej
realnym, praktycznym. Praktykował Senat rzymski nie-
słychane podstępy i podłości od samego początku aż do
końca Rzeczypospolitej. — Nieprzyjaciół najczęściej po-
zbywał się zdradą (Hannibal, Jugurtha, Sertoriusz, zbu-
rzenie Kartagi, Mitrydat), przyjaciół zaś i sprzymierzeń-
ców oszukiwał na wszystkie sposoby (Grecya, Azya mniej-
sza, Pergam, Egipt, Gallia i t. d.). Wytrwałość w złych
losach, wiara, że Rzym stać powinien, bo powinien, bez-
czelność, która się niczego nie wstydziła, sprawiły wielkość
tego miasta. — Nigdy Rzymianie nie puścili się na wy-
prawę młodzieńczą, poetyczną, na wzór Aleksandra wiel-
kiego — nigdy myśl cywilizacyi nie powstała w ich sercu.
PRZYPISKI DO IRYDIONA 3 I 7
jak W sercu ucznia Arystotelesa. — Egoizm ciężko-ma-
teryalny wiódł ich wszędzie — dlatego nie starali się
spajać ludów razem, nie usiłowali ich narodowości po-
łączyć w harmonię, uczynić ograniczonej całości, ale
zagubiali, niszczyli, wytępiali. — Wyroki Senatu rzym-
skiego są wzorem obłudy i nieskończonego świadczenia
się Bogów, powtarzania rozmaitych przepisów cnoty,
sprawiedliwości, pobożności. — W imieniu sprawiedli-
wości wyzuwali z własności, kraje wolne zamieniali w pro-
wincye, lub królestwa, którym umarli królowie, ogłaszali
swojemi na zasadzie praw naj śmieszniej wynalezionych,
najbewsty dniej utrzymywanych. — Zarazem przybierali
na się wszystkie pozory szlachetności, występowali ciągle
niby to w obronie słabych, skrzywdzonych — a potem
i skrzywdzonych i krzywdzących ogałacali z posiadłości
i władzy. — Układy, zawierane przy niepomyślnych oko-
licznościach przez wodzów Rzeczypospolitej, były tylko
igraszką, bo senat zwykle ich nie potwierdzał, tłómacząc
się tem, że ów Pretor lub Konsul nie miał dostatecznej
władzy i wydając jego samego za karę. — Potem ciągnął
dalej wojnę, korzystając ze straty czasu, wyłudzonej na
wrogach. — Rzymian potęgą były także frazesa. — Ich
posłowie u dworów zagranicznych wciąż kłamali, wciąż
opisywali siły swoje z największą bezczelnością i pychą. —
Udawało się im. — Papilius Lenas najpotężniejszego mo-
carza wschodu, Anty ocha Wielkiego, nie wypuścił z okręgu
zakreślonego na piasku, nim odpowiedział na jego żą-
dania — a jednak jeszcze wtedy Azya ledwo była sły-
szała o Rzymie. — Słowem — nikt Rzymowi nie zrównał
w praktycznym rozumie — ale nikt też tak ciągle, bez-
przestannie światu nie kłamał — nikt tak niecnie przysiąg
nie łamał, nikt na tyle potęgi nie wydał tak ogromnego
zapasu złej wiary. — W świecie ducha dlatego też sła-
bemi pozostali Rzymianie — nic nigdy nie wynaleźli, nie
odkryli. — Literatury, sztuk, nie mieli. — Rozum ich był
przedewszystkiem adwokacki. Ich zdobycze podobne pro-
cesom, z wielką sztuką prowadzonym — a ich ostateczne
zwycięstwo, ich panowanie światu stało się zepsuciem
i śmiercią świata. — Ludzkość zgniła pod ręką Rzymu. —
jedność, o której marzyli, była tylko skupieniem mecha-
3l8 ZYGMUNT KRASIŃSKI
nicznych cząstek — nie organicznem ożywieniem wiel-
kiego ciała. — Na czem się znali, to nam zostawili : —
Kodeksa — prócz tego nic a nic — bo wszyscy ich
pisarze są tylko odbłyskiem cywilizacyi greckiej, pro-
stem jej naśladownictwem i to bardzo niewolniczem. —
W świecie materyi panami byli, w świecie ducha nie-
wolnikami — karę swoją wycierpieli w samych sobie,
przez siebie samych. — Zginęli przez to, że nigdy pra-
wdziwego życia politycznego ni towarzyskiego nie po-
jęli — przez to że podbijali, nie urządzali — że wygubiali,
nie pomnażali — że uciskali, nie uwalniali — że zbijali
siłą, nie spajali duchem. — Kiedy przyszło umierać Rzy-
mowi, obejrzał się naokół, czy gdzie iskry życia nie
odkryje, którąby mógł w stare swoje żyły zaszczepić, ale
nic nie ujrzał, prócz trupów, leżących u stóp swoich —
i darmo wołał na nie w godzinie śmierci — one się nie
przebudziły!
Strona 189, wiersz 23: Euge, Etige!
Wykrzyknik, to samo, co: »nuż a nuż« po polsku.
Strona 190, wiersz 15: Przy Rostrach —
Rostra: mównica. —
Strona 190, wiersz 23: Ultimum vale.
Ostatnie pożegnanie przy pogrzebach. —
Strona 191, wiersz 2: Diespiter.
Miasto: pater diei^ ojciec dnia. —
Strona 191, wiersz 16: Ojcem ludzi i Bogów —
Epitet zwykły Jowisza. —
Strona 191, wiersz 19: Czyż posiał kły smoka —
Jazon, dobywając runa złotego, zabił smoka i kły jego
posiał — z nich natychmiast z pod ziemi zbrojni męźe
wyskoczyli.
Strona 191, wiersz 29: Marspiter.
Zamiast Mars pater mówili Rzymianie.
Strona 194, wiersz 15: Gemonii.
Studnia, w którą rzucano trupy złoczyńców.
PRZYPISKI DO IRYDIONA 3I9
PRZYPISKI DO DOKOŃCZENIA.
Strona 205, wiersz 11: Bladą twarz Cyntyi,
Imię Dyany.
Strona 208, wiersz 4 : Niema purpurowej odsłony . . .
Podczas igrzysk rozciągano nad całym Amfiteatrem
zasłonę, zwaną relariuniy dla uchronienia się od pro-
mieni słońca.
PRZYPISKI DO »WANDY«.
Strona 279, wiersz 13: Drapa, po góralsku: bok góry.
Strona 281, wiersz 6: *//alele^ Lele^ : wykrzyknik
przy pogrzebach w Polsce pogańskiej używany.
ODMIANY TEKSTU.
Z. Krasiński, Tom I. 21
UWAGA.
Wiersze (=w) liczone s§ od góry.
Wyrazy, przekreślone w rękopisie przez poetę, objęte s§ na-
wiasem ola^lym ( ).
Wszystkie odmiany podano w pisowni dzisiejszej, z wyjąt-
kiem tych wypadków, w których pisownia pozostaje w zwitku
z wymowa.
NIE-BOSKA KOMEDYA.
Skrócenia: Nie-Boska Komedyia. Paryż 1835 8<>
str. 164. i 2 ni. = A. — Toż samo, wydanie drugie A. Je-
łowickiego, Paryż, 1837, c?o str. 775 ^ B, — Tot samo,
edycya trzecia. Paryż, w Księgarni polskiej 1858, S^
str. i^i — C. — Rękopis, zawierający cały utwór, po-
cząwszy od połowy sceny w domu obłąkanych, (pisany
rąką obcą, poprawiony przez poetą) = R. — Rękopis
zakończenia (napisany rąką poety na ostatniej karcie
wydania drugiego) = R^. Tekst według wydania C.
*
Tytuł w R:
L'Umana Comedia
przez N. K.
Na to nalepiona żółtawa karta z napisem:
[Titre] Nie-Boska Komedyia
Motto: Bezimienny] Koran, ks. 2. ver. 18 R, A, B;
Do błędów] Do (zbrodni) błędów R
Dedykacya według A, B; w R:
[NB Dedication]
(na pamiątkę i nadzieję)
poświęcone Maryi —
Na następnej karcie rąką poety : Zaczęte w Wiedniu
na wiosnę, skończone w Wenecyi jesieni (! ) 183(4)3 r. —
poczem znowu: poświęcone Maryi! —
Str. s w. 7/ igraszkę] igraszka A, B; str. ów. 22:
splata sobie[ splata B
Str. J : jako motto części pierwszej w A i B:
De toutes les bouffonneries , la plus
sćrieuse est le mariacfe.
^ FIGARO.
324 ZYGMUNT KRASIŃSKI
Str. JO zu. 2^ — ji sąwB — niezvątpliwie wskutek
pomyłki — przestawione,
Str. 10 w. j^: czemuż] czegóż A, B
Str. 75 w. i^: przelecieć] przelecić A, B
Str. iS w. j6: I jak ptak] I jako ptak A, B
Str. ic zv. 12: Czegóż ci nie dostaje] Cóż ci nie
dostaje A, B; w. jo: w ręce obie i rzucit się w ot-
chłań] w ręce i obie rzucił B; w. 40 : On wróci kiedyś
i uraduje ciebie] On wróci kiedyś (do ciebie) i uraduje
ciebie R.
Str. 20 w ^: jako dawniej byłaś] jako dawniej by-
łaś — (Co ci jest Maryo?) Ą
Str. 21 motto części drugiej :
[epigraphe] Du Gemisch von Koth und Feuer
Faust. Goethe. R, A, B.
Pod tetfłi słowami uapis :
2 Acte 2 prologue
a z boku ukośnie: Bigot.
Str. 21 w. j: nie kradniesz łakoci] łakocie A, B;
w. II : skronią twoje obarczone] skronią twoje (zdają
się) obarczone R; w. ij: pukle odwijając] obwijając B;
w. iS : a mamka twoja] a matka twoja B
Str. 22 w. J^: szatanka i posadził] szatanka, po-
sadził A, B
Str. 2J u góry: przed tą sceną napisane w ręko-
pisie: M. en scenę
Str. 23 w. 1: Cmętarz] Cm(en)ętarz R; w. 6: nad
strumieniami . . .] nad strumieniami, wszystkiego co
świeci w powietrzu nad drogą mleczną, wśród chmur
z lewej i z prawej strony słońca .... R ; w. 16 : Kiedy
mi te słowa się nawijają] Kiedy mi się te słowa na-
wijają B
Str. 2^ w. 1 — 2: Ja błąkam się wszędzie, — Ja
wszędzie się wdzieram] Błąkam się wszędzie, — Wszę-
dzie się wdzieram R, A, B; w. ij: Byś ty, o synku
mój] Byś o synku mój Ry A, B; w. 2^: lecz nic nie
widzę] lecz nie widzę B
Str. ąf, w. 4.: za murem kośćtnicy] za murem
(cmentarza) kośćtnicy R; w. c : Mąż] Mąż ręce zakła-
dając do modlitwy R; w. 2^ przed słowem > Spacer <^:
ODMIANY TEKSTU 325
M. en SC. R; w. jó: zniszczenie form starych] znisz-
czenie (starych) form starych jR
Str. 26 w. ^: drzewo spróchniałe] spróchniałe A',
A; w. ij : stolarzowi nie zda się na nic] nie zda się na
(belkę) nic R; uk i y przed słowem > lVąwóz< : M. en
schnę R; w. 31 : Mefisto] Mefisto(fel) R; w. jy : głośno]
Mąż Z? ^
Str. 2y w. ij: Szablą ojców twoich bij się o ich
cześć i potęgę] Szablą ojców twoich o potęgę i część
ojców twoich się bij R; w. 16: ssie mi źrzenice]
(sie sie) ssie R źrenice B; w. 24.: zrzuca żmiję] rzuca R;
w. jy : na człowieka przetworzyć] (w) na człowieka R
Str. 28 w. I przed słowem » Pokój <s^ : M. en sc. R; w. J :
przed mojemi oczyma] przed (oczyma) mojemi oczyma
R; w. II : i to nic mnie nie boli] (ale nic) i to nic R
Str. 2p w. 14 przed słowem ^ Lekarz-: Misę en sc^ne
R; w. 24: Mąż wchodzi] zv. R niema; w. jo przed
słowem > Pokój <s^: M. en sc^ne R; zv.jj: Cicho] Cicho —
(cicho — ) R
Str. JO w. 1: nic nie mówić] (niemówić nic) nic
nie mówić R; w. 3: O Boże] (Ciemno) o Boże A^
Boże B; w. 2y : o matko! nie opuszczaj mnie!] nie
opuszczaj mnie — nie dozwól ciemnościom, by twojego
syna pochłonęły przed czasem, strzeż tam mój wzrok
błądzący po innych światach, popychaj go coraz dalej,
coraz wyżej, prowadź go po znajomych ci drogach
ażeby nieosunął się i nie przepadł w otchłani — R
Str. ji w, II : Ojcze] (Papol Ojcze R; w. 2j: ciałem
przykuty do ziemi] do ziemi — trzy wyrazy nieczytelne,
poczem: raczej jak owad najnędzniejszy któremu stwórca
zaprzeczył światła, dał tylko jakieś podłe czucie — R\
po wierszu 2c: Koniec drugiej części R, A, B; fin de
la seconde partie R
Str. J2 u góry motto zt' R, A, H:
11 fut administre, parce que le niais
demandait un pretre, puis pendu k
la satisfaction gćnćral, ect. ect
Rapport du citoyen Caillot, com-
rnissaire de la sixi^me chambre,
an III, 5 prairial.
320 ZYGMUNT KRASIŃSKI
vV//'. J2 W. <V.- łatwiej, byśl Łatwiejbyś A'
Str. j*,' w. J^: przedrzeźnianie I przedryznienie A\
A, przedrzyźnienie /^
Str. jj^ w. 22: na ich głupstwie i dumie] (na głup-
stwie i dumie ich) na ich głupstwie i dumie A'
Str. jó 7V. 26: Ten, który myśH i czuje] Ten, (^który
jest duszą naszych przedsięwzięć) który myśli i czuje R
Stt. j'j zv. 1 przed słowem * Nami ot*: M. en sc, R;
w. f; servile imitatoram pecus] fervide imitatorum
pecus A, B, C; w. 77. Wiele mi dasz ludzi (wiele ludzi
dasz mi) Wiele mi dasz ludzi R
Str. j^ w. f / i to nazywasz zapałem J zapałem —
(milcz dziecko) R; 7i\ j^: a kiedyś mnie zrozumiesz]
(zrozumiesz mię) mnie zrozumiesz R
Str. jc zv. f ; mieć nie powinny] mieć nie powinne
Ay R; w. 7; iść na odsiecz zamkowi Swiętćj Trójcy)
iść na odsiecz (tym co się pochowali do zamku S(w).
Trójcy) zamkowi S. Trójcy A'
.SV;*. 70 w. 7 przed słozi^em Hór«: M. e sc A*; w.
12: Pamiętaj] Pamiętaj (żydzie) A*; w. /f; Mrugnij
okiem] Mrugnij (tylko) okiem A'
Str. 77 ztK 6: idźmy dalej] (prowadź dalej) idimy
dalej R
Str. ^2 zv. ly: Bianchetti] Blanchetti C; zju. j^;
Radzę wam go zabijcie] (zabijcie go) go zabijcie R
Str. y,' zv. jp — ^o: pod cień jaworów, na sen, na
miłą wieczorną gawędkę — tam dziewki nas czekają]
pod cień (szubienic) jaworów, na sen, na (miłą ga-
wędkę) miłą wieczorną gawędkę — tam (dziwki czekają
nas) dziewki nas czekają R
Str. yy zt'. J -(V tak brzmią zv A';
Głos jeden.
Ciągnę go i wlokę, zżyma się i opiera — idź w re-
kruty — idź —
((iłos drugi)
(W plecy nahajem, on nas tak siekł dawniej — )
(iłos J\i7ia
Dzieci moje, litości, litości
ODMIANY TEKSTU 327
Głos drugi (dopisany)
Wróć mi wszystkie dni pańszczyyny —
(Głos (4ty) trzeci)
( wielkie choroby, która . . ) (reszta zamazana
i nieczytelna)
Głos trzeci
Wskrzesz mi syna z pod batogów kozackich
Głos (piąty) czwarty
Chamy piją zdrowie twoje Panie — przepraszają cię
Panie — a bij że go a bij —
Str. ^ w. Jj : ty zginiesz wysoko] tobie zginąć mus,
a ty zginiesz wysoko /^; w. 25 przed słowem *Inna
cząść<: M. en scenę R; w. j6: nie lękaj się] nie (lę-
kajmy) lękaj się R
Str. 4.^ w. c: widzę pół rycerza śpiącego na po-
łowie grobu] widzę pół-rycerza śpiącego na połowie
(swojego) grobu — a dalej snują się jak gdyby we śnie
mogiły i krzyże, tam ołtarz wywrócony mi się marży,
ówdzie jeszcze mury stoją i bramy bez podwoi — gdzież
jestem przewodniku? R; w. 12 : raz wreście] aż wreście.
R; w. 16: jak żyjące duchy] jak żyjące duchy — po
tych wszystkich twarzach, po tych czapkach w krwi
maczanych lecą i ścigają naprzemian — R; w. 22: ze-
wsząd nas pchają] (pchają nas naprzód) zawsząd nas
pchają R; w. 28-: prorok natchnięty Wolności] prorok
natchnięty (Wolnością) Wolności R; w, jp: mój ko-
chanku] (kochanku mój) mój kochanku R
Str. 4.6 w. 10: córo Wolności. — Ty drżysz] córo
Wolności — Już cię okrążam ramieniem, już przyciskam
do łona — precz mi z tą zasłoną — pierś do piersi,
usta do ust, czoło do czoła — Ty drżysz .... A'; w. 14:
Głowę pochyliła] Drgają jej białe piersi, wytęża się
szyja — Głowę pochyliła . . . R; w. J<S : członki Jego
rozerwali, teraz] rozerwali (rozrzucili) teraz R; w. 2y :
stare łzy i cierpienia] stare łzy, (stare) cierpienia A';
w. 28: równość] równość — (a innych praw niema) R;
w. j6: nowy kościół] (nasz) nowy R
Str. 4^ w. J po słowie y> Emanuel a <^ następuje w R:
328 ZYGMUNT KKASIl^SKI
Chór Kapłanów
Chwała wam bracia — Króle i Pany w kałuży krwi
leżą — to dzieło rąk waszych, sztyletom waszym, dło-
niom waszym błogosławimy o bracia —
Str. 4.J w. /f; A ty podnieś głowę] A ty podnieś
głowę — całuję skronie twoje — piersi twoje — życie
moje wlewam w ciebie — R; w. iS : Ktoś mu zabiegł. . .]
Zstępuje ze stosu a ona opiera się na jego ramie-
niu — wszyscy kupią się naokoło — ktoś mu za-
biegł — padł na kolana — głowę podniósł, ręce wzniósł
ku niemu — ręce opuszcza teraz i przechyla i mocuje
się sam z sobą, coś bełkocze coś jęczy R; iv, jo: doj-
dzie, niech ona żre] dojdzie, niech ona źre Ay B; w. JJ:
ciągnie po wzgórzu. — ] ciągnie po wzgórzu — tłumy
zanim walą i skaczą — tysiąc pochodni ku nam pły-
nie — tysiąc pieśni swarźy się z sobą i grzmi w po-
wietrzu — Co raz trwadsze, co raz dumniej sze akkorda
a jeśli jaka słodsza nota się odezwie to znać w niej
lubieżność do krwi ludzkiej R
Str. .^S zv. ij: do ruin wieży północnej] północnej —
Filary całe dotąd rzucają cień przeklęstwa na przecho-
dzących — biada wam — biada — R; w. ly : ołtarze
i krzyże — płomień się zajmuje i gna] ołtarze, krzyże,
(ławki) — płomień się zajmuje, (bucha) i gna R; w. 21:
umarłemu Bogu. — ] umarłemu Bogu — czcić niechcą
żyjącego pana — R; w. 22: nawracają się i ku nam
pędzą] nawracają się (i pędzą ku nam) i ku nam pę-
dzą R; w. 2j: O Abrahamie] (Aj waj, aj waj) O Abra-
hamie! R; w. 2c: Spieszę z daleka] Spieszę (się) R;
w. j6: śmiercią się chlubisz] (szczycisz) chlubisz R
Str. 4.C w. 2: wyciąga sztylet z pasa] z zapasa B
z pod pasa R; zv. J2: zwycięży wreszcie] zwycięży
wreszcie. Idźmy, idźmy kończyć pogrzeb zmarłego Bo-
ga — R; w. 28 : Hurracha] Hurracha — Hurracha R;
w. jo: gdzie szubienica] szubienica (Aj waj) R; w. j8:
zamknę świat ten nowy, ogromny] zamknę świat ten (cały)
nowy, ogromny — świeży krwi świeżością — on siebie
sam niepojmuje — ja go pojmuję przeczuciem — (Lecz)
to słowo (moje) będzie poezyą całej przyszłości — R
Str. fo w. 7; Przechrzta] Dziewczyna B; w. 11 :
ODMIANY TEKSTU 329
ze mną] ze mną (w las) R; w. 21: rozkrzyżuję nieprzy-
jaciół Jego] (jego nieprzyjaciół) nieprzyjaciół Jego R;
w. 2j: Strzegliśmy ołtarzy i pomników świętych] Strze-
gliśmy ołtarze i pomniki świętych R Strzegliśmy ołta-
rze i pomniki święte Ay B; w. 28 : Teraz, gdzie] Teraz
(teraz) gdzie R; w. j8 : dziś o północy . . .] dziś o pół-
nocy (przyjdzie do ciebie) R
Str. 57 w. 5 przed słowem ^Noc*: M. en sc. R;
w. 8: pierwszym strzałem] pierwszóm strzałem R;
w. 10: do dnia białego] do (białego dnia) dnia bia-
łego R; w. ly przed słowem ^Komnata^^: M. en sc. R
Str. §2 w. j: waszych cnót i błędów] cnót i (zbrodni)
błędów R; w. 14.: Dzięki ci] Dzięki ci gościu R; w. 2p:
Ale pokażcie mi pioruny] a Bóg wasz gdzie — (ale)
pokażcie mi pioruny R; w. jp: mam wiarę silniejszą]
mam wiarę (moją) silniejszą R
Str. j^j w. 6: jeśli jaki pedant] jaki (^stary) pedant R;
w. 75; Szabla twoja — Bóg twój, mara] Szabla twoja,
szkło — Bóg twój, mara R; w. 18: wystarcza] wystar-
czy R; w. 20: gdzie męstwo] gdzie (energia) męstwo R;
w. 26: imieniu i dobrach] dobrach (moich) R; w. jo:
tacy ludzie] tacy ludzie (jak ty) R; w. j6: nie myśl
więcej] nie myśl już więcej R; w. jp: próbujesz, czy
zdołasz] próbujesz, czy zhańbić potrafisz, czy zdołasz R
Str. 5^ w. §: O, znam ciebie] (Teraz) O znam R;
w. 6: bo chcesz wierzyć] bo chcesz się oszukać, bo
chcesz wierzyć R; iv. 24.: rozpusta, zło i krew] po-
rubstwo, zło i krew /v, Ay B
Str. 55 w. ji : Kochasz prawdę i szukałeś jej szcze-
sze] szukałeś ją szczerze R, Ay B
Str. 57 w. 14: dopóki stu ludzi zechce] dopóki ja
żyję, dopóki stu ludzi R; w. 25/ w kolczudze włoskiej]
w kolczudze (saskiej) włoskiej R
Str. $8 w. 4: żeście nie do pola bitwy] żeście nie
do pola bitwy — Ich błędy wspólne wszystkim synom
ludzkim, ale nie wszyscy umieli tak głęboko wierzyć
i tak dostojnie królować R
Str. jcp motto części czwartej:
Bottomles perdition.
Milton. Ry A, B
330 ZYGMUNT KRASIŃSKI
Obok tego napisane ręką poety:
|Acte 4me Prologue]
|Epitre|
et', i^: Wtedy inne głosy] (Młode) Wtedy inne A*
Str. 60 przed słowem > Katedra^: M. en scenę au
commemement de la page R; w. 7/ zaczyna iść po-
woli ku] zaczyna iść (i stąpa) powoli ku R
Str. 61 w. 6: Daj mu siłę] Daj mu siłę (panie) R;
w. 2J przed słońcem »yeden*: M. en scenę A'; w. j^:
Będzieź on miał litości choć trochę] Będzieź on miał
(litość) litości choć trochę R
Str. 62 w. 16 przed słowem * Krużganek'^: M. en
sccne R; w. 16: Krużganek na szczycie] na szczycie
wieży A*; hk jj : całą nienawiścią serca obejmuję was,
wrogi] całą nienawiścią serca (mego) obejmuję was,
wrogi (moje) R
Str. 6j ziK 5'.- To moja pieśń ostatnia] To moja
(ostatnia pieśń) pieśń ostatnia R; zv. ic przed słowem
^Komnata<^: M. en scenę R; w. 22: po tak długiej
bitwie] długiej (walce) bitwie R
Str. 6^ w. j: co noc się powtarza] (powtarza się
co noc) co noc się powtarza R; w. (V; zstępuje] zstę-
puje (Mąż porywa pochodnię i idzie za nim) R; w. p
przed słozvem ^ Lochy <^'. M. en scenę A*; w. 20: W sza-
leństwie twojem] W szaleństwie (moim) twojćm A'
Str. ój; w. J : żeś nic nie kochał] żeś nie kochał B;
zv. (j: ratunku niema dla niego] niema dla (ciebie)
niego R
Str. 66 ?i'. j przed słoz^em »Sala<^ : Misę en scenę R;
zv. u: nie odsyłaj posła] nie odsyłaj (go) posła A;
w. jo: Uznajemy — uznajemy] (uznamy — uznamy)
Uznajemy — uznajemy A'
Str. 6j zu. -j.: do innego] do (drugiego) innego R;
zv. p; proś ich o życie] proś (kochanków) ich o życie A'
Str. 68 zv. J 1 : a potem na mury] a potem na
mury — dzieci, może się nam jeszcze uśmiechnie wygrana,
dawna pani nasza, co przeszła na nałożnicę do wro-
fT(')w R; zv 21: za podłość waszą] za podłość waszą
I wychodzi] R; a-. 22 przed s/oziu^m ^>Okopv^: M.
en SC. R
UDMIANY TEKSTU 33 J
Słr. 6^ zv. J2: Jakób przychodzi z Orciem] ijakób
z Orciem) fjakób przyprowadza Orcia) Jakób przycho-
dzi z Orciem A'; w. j6: Co za krzyki] Co (to) za
krzyki R
Str. yo w. 21 przed słozvem y* Insza strona*^: M. en
SC A'; w. 2p: Nie nadchodzą] nie (dochodzą) nad-
chodzą A'
Str. ji 7v. 21 : ne^dzny rzęd armat] (kiepski) nędzny
rząd R nędzny rząd Ay H; iv. 2j: niech ich krew płynie
dla przykładu] niech ich krew płynie (a kto z was mi)
dla przykładu R; zt: J2: siłą własną] (swoją) własną R
Str. 72 w. p ; zakręcie bastyonu] (baszto w) bastyonu
R; 7v. yf : który ma dać nurka] (co zabiera się pójść
nurkiem) który ma dać nurka A*
Str. yj i 7^ zakończenie ntzvoru brzmi w /\\ A i H
następująco:
Leonard.
Bledniejesz Mistrzu —
J^ankracj.
Czy widzisz tam — wysoko — wysoko?
Leonard.
Nad ostrym cyplem widzę chmurę pochyłą, oświe-
coną zachodem słońca.
/\inkracj'.
Znak straszny pair się na niej a pod sp>odem krwi
strumienie.
Leonard.
Oprzyj się na mnie — co raz to bardziej rumieniec
zchodzi ci z twarzy
Pankracy.
Milion ludu mnie słuchało — gdzie jest lud mój —
Leonard.
Słyszysz jego okrzyki — pyta się o ciebie — czeka
na ciebie — zdejm oczy z tej skały — źrzenica twoja
dogorywa na niej —
Pankracy.
Stoi niewzruszony -- trzy gwoździe, trzy gwiazdy
na nim — ramiona jak dwie błyskawice —
332 ZYGMUNT KRASII^SKI
Leonard.
Kto — gdzie — zbierz siły —
Pankracy.
Galilee vicisti — (ztacza się w objęcie Leonarda
i kona)
R-i zawiera nastąptijącj tekst zakończenia:
Leonard.
Kto — gdzie — zbierz siły —
Pankracy.
On, ten sam, a inny jednak — i na tym samym
krzyżu, lecz i krzyż przeinaczon także. — Wszystko prze-
mienione, wszystko w promieniach — krew co z ran
się leje, to światło. — Blask coraz większy, nieznośny . . .
Czy nie widzisz? — Każę ci byś widział! — powiedz
mi, czy to Jego postać, ta tak rozsłoneczniona, tam ? —
Leonard.
Nie widzę nic.
Pankracy.
On, on — i oto się ruszył! — Krzyż mu już nie
cięży, nie dolega. — Z nim, jak z mieczem złotym na-
barkach, idzie przez widnokrąg ten — prosto idzie ku
nam, nadpowietrzny, olbrzymi. — Skryj się za mną
dziecię!
Leonard.
Zlituj się mistrzu, zlituj się!
Pankracy.
Taki bliski już!
Leonard.
Zaklinam cię, nie stój tak, nie upieraj się w darem-
nej walce ze złudzeniem. — To zmora, nic więcej. —
Mistrzu, czy słyszysz mnie? Oto chwiejesz się już. —
Odwróć się, proszę cię — dajże mi rękę — uważaj!
Pankracy.
Galilee vicisti!
[ztacza stc et' odjęcia I^eonarda i konaj
Koniec.
IRYDION.
Skrócenia: Irydion. Paryż. W drukarni i ksi^ami
A. Jełowickiego i Spółki. 1836 S^ słr. 28 J = A; rękopis
obejmujący całość = R. Tekst wedhig A.
* * *
Str. 7f motto poematu brzmi w R:
Victrix causa Diis placuit sed . . .
Lucanus.
Poeta przekreślił je następnie i napisał u góry:
Et cuncta terrarum subacta
Reszta^ jak w wydaniu.
Słr. yp w. II: jako piorun burzy, która grzmi]
któren grzmi R; w. ij: niech umiera jako ów] jako
(ów) on R
Str. 80 w. 2j: w słodkim cieniu korynckich fila-
rów] w (słodkich cieniach) słodkim cieniu R
Sir. 82 w. 10: te dzikie manowce] (marzenia) ma-
nowce R
Str. 8j w. ij: na dalekich wodach dom Jego] na
dalekich morzach dom Jego R; w. 75; patrzą na morze,
zasiane] patrzą na morze błękitne, zasiane R; w. j^ :
ona stojąc na skale] ona stojąc przy nim na skale R
Str. 84. w. 5.* nigdy we śnie nawet nie ukazał się]
nigdy we śnie nawet się nie ukazał R; w 18: Wodzo-
wie hord] Wodzowie Hord R
Str. 8^ w. ii:yi chwili konania — w głosie jej...]
w chwili konania a w głosie jej -^
Str. 86 w. 6: król dotąt trzyma] Król mężów do-
tąd trzyma R
334 ZYGMUNT KRASIŃSKI
Str. iSj w.jj;: nikt już trzeci] nikt już więcej trzeci R
Str. <^(? ic. 1$: ale posągi stoją] ale posągi ich stoją
R; w. ic : wyrosłe na piaskach] wzrosłe na piaskach R
Str. 8(^ ik.\ 2c^: wtedy zapominała) wtedy (zapom-
niała) zapominała R
Str. co 2X'. I o : Legiony i Hiszpańskie . . .] L^ony
lub Hiszpańskie R; a*. 26: Cień jego rąk] Cień j^o
ręki R
Str. (^1 w. 6: dojdzie przeklęstwo] dojdzie prze-
kleństwo R; a'. J2: ich obojga porywa za sobą] ich
(obojga) obojgu porywa R; ze. ^o: odpiera was od
zatrutego łona| was biegnących od zatrutego łona R
Str. p2 ZL'. 1 : w inne strony i czasy] w inne strony
(i), czasy /v
Str. pj zji). jo: w Gineceum] w Ginaceum R; zv. 2j:
musiał własnych synów zabijać] musiał własnych sy-
nów (musiał) zabijać R; tamże: uderza o tarczę] ude-
rza w tarczę R; zv 2jy : Ot! idzie] Ah! idzie R
Str. c^ zv. yp; jam zawsze skronie twoje] jam skro-
nie twoje R; zv. 21: Oh! zmiłuj się] Ah! zmiłuj się ^;
zv. j6: brat cię przyciska do łona] brat cię do łona
przyciska A*
Str. Cf; ziK 22: niesiemy ci róże, kadzidła i perły.
Po tym wierszu jest w R następujący ustęp:
Jaką była Helena w godzinie porwania, drżąca
w uściskach Priamida, rumieńcami oblana i w żądzy
płomieniach, taką ty będziesz — niesiemy ci róże, ka-
dzidła i perły!
zv. 2^ ; prowadzi siostrę pod posąg] przed posąg R
Str. p6 zv. j: przeznaczona niesławie i zagubię]
przeznaczona zagubię i niesławie R
Str. py zv.j2: i wśród nich czołgam się bez bytu]
i wśród nich knuję spiski i wśród nich czołgam się R
Str. Pi? zv. II : na twojem czole] na twoim czole R;
tamże: w twoich ustach] w ustach twoich R; w. 18 :
Czy pamiętasz noc, w której Ojciec] Czy pamiętasz,
kiedy ojciec R
Śtr. pp ze', jo: a pierwsi kapłani] a pierwsze ka-
płany R; w. Jj: w dymach kadzidłowych] w dymach
(kadzidłowychi kadzidlanych R; ze. ji: Legia cała
ODMIANY TEKSTU 335
okrzyknęła mnie Cezarem] Legiia cała wykrzyknęła
mnie Cezarem A'
• Str. 100 w. j: kochankom Sardanapala] Sardana-
pala — chodzisz po ogrodach lepszych niż elizejskie
pola R
Str. 1 01 w. 2: temi palcami J twojemi palcami R
Str. 102 w. J2: gdyby ci przyszło] żeby ci przyszło R
Str. I OJ w. 2: jednem cięciem] jednym cięciem R;
w. 12 : ale nikt nigdy nie dostrzegł] ale nigdy nikt R
Str. 10^ 7v. jp: gotów odważyć życie] gotów życie
odważyć R
Str. 106 w.j: dziś nam wiernie posłużą] dziś nam
posłużą wiernie A'
Str. loj XV. 22: choć jej może czarne nie pojmują
choć je moje czarne R; ii\ jc: uniżenia niemasz
(u)poniżenia niemasz R
Str. 108 zv. 11 : w Gineceum] w Ginaceum R; w.
j^: poszanowania] uszanowania A'
Str. III w. 10: Tak wieść głosi o Tobie] Tak przy-
najmniej wieść głosi R
Str. iij 7v. 6: zamyśla się] tych słów niema w R
Str. 11^ w. II : Tygrys Ernan] Tygrys Erna(n)x R;
2v. 26: założyłem się... o cztery przeciwko jednemu |
założyłem się ... . (jeden) cztery przeciwko (czterem)
jednemu R; w. 2J : zamęczy Ernana] Erna(n)xa R
Str. iif; w. j : porwiemy się] porwiem się R; w. ^ :
niech żyją koście i wino, sesterce i róże] niech żyją
koście i wino — Sesterce niech żyją i róże R; w. i^:
że jego ojciec] że ojciec Jego A'
Str. 116 w. I : nie z wódź] to nie zwodi R
Str. iiy ziK ^.' to odwija, to przygłaszcza] to roz-
wija R
Str. 118 w, ^o: wzgórza osadzone marmurami i gra-
nitem] osadzone granitami i marmurem R
Str. iip w. 28: dopóki nie skonasz w mękach |
w mękach, [odwraca się| A'
Str. 120 w. i^: gieniusz Romy przeznaczył] prze-
znaczył Gieniusz Romy R; zn. 22: gdzie się podzieć]
podzi(e)ać R; zv. 2C: zwyczajów swojego narodu] zwy-
czajów narodu swojego R
33b ZYGMUNT KRASI1<SKI
Str. 121 a'. 26: zaciąźne Goty . . . zaciążne Che-
cuski] zacięźne Goty . . . zaciężne Cheruski R
Str. 122 zv. 7; Ulpian senat przyciśnie] Ulpian
Senat przeciągnie R; iv. 10: nie zwierzaj się] nie
z(a)wierzać się R; w. ij: spojrzenia twoje spokojnemi
będą] łaskawemi będą R
Str. I2J w. p: postawiono Jej ołtarze] postawione
Jej ołtarze R
Str. 12^ w. jo: Czegóż chciał] Czego chciał R
Str. I2J w. 22: >\'\'mykający się ze szpary Sarko-
fagu] w^^mykający się z Sarkofagu R
Str. 126 w. JO : pryśnie pycha Romy] pryśnie (duma)
pycha Romy R
Str. 12J w. ^o: gwoździem, co przebił Jego] gwo-
ździem, (co przebił Jego) co go przebił R
Str. 12S w. 1: w tem ciele rozkrzyżowanem] roz-
krzyżowanym A',* w. 7^; o krzNTwdy i haAbę] o krzywdy
i hańby A^ " '
Str. IJ2 za. jo: ani ręki kata] ani ręki (ani) kata R
Str. ijj ?£'. ó: w płaszczu Pretoryanina] w płaszczu
Pretoryanów R
Str. ij^ et'. 10: że nadeszła pora] nadeszła (chwila)
pora R
Str. ijjy 7C. ly: zmartwychwstał w dzień sądu]
w f^dzień) dniu Sądu A'
Str. ijó zc\ S: sam Wiktor, codzień powtarzaj sam
Yictor — patrz jaka chwała! Yictor codzień powtarza R
Str. ijy zv. 12: Czyś nie słyszała] Czy nie słysza-
łaś R; ze. j6: słabi w siłę ^\'^TOśli] słabi wyrośli
w siłę A'
Str. ijS ze. 26: dzień cały strawił ze Starcem] dzień
cały strawił na rozmowie ze starcem R
Str. ijp zv. 2c: na czole mojem] na czole moim R
Str. 1^0 zv. 2: kto tobie przewinił] Tobie kto prze-
winił R
Str. 1^2 ze. 21 : unieście duszę daleko, daldco] unie-
ście duszę daleko R; ze. J2: Chciałem ją, ją jedną oca-
lić] Chciałem ją jedną ocalić R
Str. J^j ze. i^: Obudź się na twardym pancerzu]
na twardem pancerzu R
ODMIANY TEKSTU 337
Str. i^ W. /f; wszystko, co zowie się ciałem] co
się zowie ciałem jR; w. j6: Spi u niego] Spie R
Str, 14.^ w. II: by docierpieć się się nieba] by do-
cierpić się R; w. J2: Ty przez męki ojców wynosisz]
Ty przez ojców wznosisz R
Str. 14.C w. 26: Rozedrzyj zasłonę czasu] Rozedrzej
zasłonę czasów R; w, j6: śmierć blada posuwa się]
śmierć blado posuwa się A
Str. 1^0 w. ly: od morza północnego] od północ-
nego morza R; w. ji: z południowym słoniem]^ z po-
łudniowym słońcem R; tamże: Święte jego kości] Święte
koście jego R; w. j^: na obszary świata] na obszary
(morza) świata R
Str. iji w. 20: ani ciało Jego pożywać] ani ciał(o)a
Jego R
Str. i^j w. 22: i zapyta się ten, który ją zbawił]
ten, który skonał R; w. j^: myśl ich osiądziem] osię-
dziem R; w. j6: z górnych przestrzeni] z górnych
przestrzeń R
Str. 75^ w. 2: przechadza się] przechadzając się R
Str. 755 w. 7; w obozie zamiejskich Pretoryanów^
Pretoryanów zamiejskich R; w. 14.: Innej odpowiedzi
Inszej odpowiedzi R
Str. 1^6 w. 75; zostawim przy życiu, przy ko-
chance, i odeszlem] zostawim przy życiu i odeszlem R
Str. i^^j w. II: zbliża się do Aleksandra] ku Ale-
ksandrowi R
Str. i^p w. 7; Tam, tam ciało Jego] Tam ciało jego
R; w, 22: na stosach róż i fiałków] róż i fiał(ków)ek R
Str. 160 w. jp: Głos twój, Elsinoe] Głos twój,
Elsy R
Str. 161 w. I : Ja cię kochałem za życia] Ja cię za
życia kochałem R; w. 25; losom przeciwnym ustępu-
jemy] ustępujmy R
Str. 162 w. ic: Gieniusz państwa] Gieniusz Cesar-
stwa R; w. 26: w sercu twojem] w sercu twoim R
Str. 16S w. ąf; Stało się według życzenia] według
życze(nia)ń R
Str. IJ2 w. 28: bez wspomnień] bez (wspomnienia)
wspomnień R
z, Krasiński, Tom I. 22
338 ZYGMUNT KRASIŃSKI
Str. lyS w. ^o: z obłąkanym wzrokiem] z obłąka-
nem wzrokiem R
Str. lyc w. 8 : ciałem mojem] ciałem moim R;
w. ii: wołając: » Rabujcie] krz^^cząc Rabujcie R
Str. i8j w. 2: już mak i miód kładziemy] już miód
i mak R; w. 8 : znikome, białe, jak skrzydła] znikome
(białe) jak skrzydła R; w. ly słów: Salve aetemum
niema w R
Str. 184 IV. 22: jak niewinny motyl] jako niewinny
motyl R; w. 2^: Daj, daj tę chmurę] daj, daj mi tę
chmurę R
Str. 186 w. 16: napis pogrzebowy] napis (pogrze-
bowy) pogrobowy R
Str. 18 J w. 4.0: ukołysały przodki twoje] ukołysali
przodki twoje A
Str. 188 w. II : bitnym Legiom] bitnym Legionom
R; w. 16: zbladłe klękają pod nożem ofiary] zbladłe
(pod nożem klękają ofiary) klękają pod nożem ofiar^*^
R; zv. 2j: nie znałem go] nie zaznałem go R
Str. i8p w. 2c: odbłysk-li to żaru] żarów A'
Str. ipi w. 2j: spłynął, jak lawa] jak (fala) lawa
R; w. j8: czystości i wdzięku] i (wdzięków) wdzięku R
Str. ic2 zv. 22: przyuczałem mu tak długo palce]
tak długo przyuczałem mu palce R
Str. iCjf. w. p: za chwilę] bo za chwilę R
Str. ips w. j6: piękny Eutellu] piękny Entellu R
Str. ipj zu. 4: obok stosu] obok stosu R; w. 6:
Tam idź, idź — tam Cezar] Tam idź, idź — Cezar R
Str. ip8 zv. ij: do mojej dłoń twoją spiąłeś] dłoń
moją spiąłeś do twojej R
Str. 200 ziK 6: i przechadzać się będę po tych bło-
niach] i przechadzać się (po tych błoniach będę) będę
po tych błoniach R
Str. 204. ZJD. 14 : życia twego i za każdym ich ustan-
kiem] życia twego i za każdym ich dźwiękiem jedną
myślą i za każdym ich ustankiem R
Str. 20jj zv. 2p: nie słychać zgrzytania zawiasów. —
Weszli] Weszli — nie słychać zgrzytania zawiasów R
Str. 20J zi). p: co tak biało, tak niaznośnie tobie
świeciły] co tak biało świeciły, tak nieznośnie tobie R;
ODMIANY TEKSTU 339
W. 75; spi pod łachmanami płaszcza jednego] spie pod
łachmanami jednego płaszcza R
Str. 2op w. i: z koturnem Argijskim] z koturnem
(korynckim) argijskim R; w. 4: innych zbłąkanych]
innych zepsutych, zbłąkanych R
Str. 211 w. 4: milczeniem wszystkich duchów] mil-
czeniem wszystkich, wszystkich Duchów R
Str. 212 w. 2: o braci twojej] o (braci twoich)
braci twojej R
MODLITEWNIK.
Tekst i odmiany podług wydania p. t. : Myśli po-
pobożne Zygmunta Krasińskiego. Wydanie Biblioteki
Ordynacyi Zamoyskiej z podobiznami okładki i kartki
rękopisu. Warszawa 1899. 16o str. VII + 69 i 3 ni.
Str. 22 j w^/j.: którąś ukochał przed laty] przed
(miał) laty; w. j6: przemienię się, przeobrażę się]
przemienię się (jako małych) przeobrażę się
Str. 22^ w. 5; Ty rzekniesz nad nią] ty rzekniesz
(o niej) nad nią
Str. 2J2 w. ji: Od myśli gnuśności] Od myśli
(Lenist) Gnuśności
Str. 2jy w. jp: kiedy od jej żądań i westchnień]
kiedy (od jej rozpaczy) od jej żądań; w. j^.: miłością
tych dwóch połów stworzenia] miłością tych dwóch
(części) połów
Str. 2j8 w. c: tej cierpiącej materyi — przybrałeś]
tej cierpiącej materyi (ogromnej) — przybrałeś; w. 14:
a Duch, co wiąże Ciebie] a (miłość) Duch, co wiąże ciebie
WANDA.
Tekst i odmiany według autografu.
* *
Str. 2^7 w. y : żeś raczył zamek ten nawiedzić] żeś
(zamek) raczył zamek ten (odwiedzić) nawiedzić; w. Ij/.:
Wstają rycerze] Wstają rycerze (i minstrele)
Str. 24S w. 2: on zamożny nad zamoźnemi] on
(mężny nad męż) zamożny...; w. ^: niech dziewica]
(niechaj) niech dziewica
Str. 24P w. 18 : dłonie ci obie uciąłem] obie (uci-
nam) uciąłem; w. 26: króla Hakona] (wroga) króla
Hakona; w. j6: Co słychać] (co nowego) co słychać
Str. 2^0 w. II: Nie lękam się zdrady] Nie lękam
się (nikogo) zdrady; w. 16: Biskup dobywając . . .] (Bi-
skup [Dobywa także . . . ga . . . (słowo nieczytelne) i kła-
dzie) Biskup dobywając...; w. jS: Równi jesteśmy.
Pierwszy raz śmiertelny człowiek dotrzymał mi w sile]
początkowo: Pierwszy raz śmiertelny człowiek dotrzy-
mał mi w sile — równi jesteśmy
Str. 2^1 w. y : mostu zamkowego] mostu (zwodzone)
zamkowego; w. ly : Wszak prawda, lica] Wszak prawda
(ty pijesz z czaszki) lica; w. 2y : żubry koło świątyń]
żubry (oto się) koło świątyń; w. jp: Ja wiem, księże
Biskupie, że i ty będziesz] początkozvo : Ja wiem, że i ty
księże Biskupie będziesz
Str. 2j)2 w. I : o takiej nietkniętej] o takiej (ziemi)
nietkniętej; w. J: od piersi łańcuchy] łańcuchy /noś ją
na pamiątkę Rytygiera); w. 2J: Ślubem] (bo) Ślubem
Str. 2jjj w. 12: obiecaną, rumianą] obiecaną (pię)
342 ZYGMUNT KRASIŃSKI
rumianą; w. 22: i czarnobrewą] i (ciemn) czarnobrewą;
w. 38 : wlókł się cichym krokiem] wlókł się (krokiem)
cichym krokiem
Str. 2^^ w. 11: kości spadają] kości (spadały) spa-
dają; w, ic: ofiarę w świątyni zapalił] ofiarę (zapalił)
w świątyni; w. 21: i obosieczny miecz] i (miecz) obo-
sieczny; w. 22: drąc włosy] (drżąc) drąc włosy
Str. 2^j ^' S' i zabrzękły pod] i, zabrzękły (dep)
pod; w. p: on się już nie ruszy] on (nieżywy) się już . . .;
w. u: przed starszego ojca, a inni] przed starszego
ojca (a on Leszko śmiał się wciąż przedłużonym echem)
a inni; w. 18: każe go chwytać] każe go (zchwytać)
chwytać; w. j6: Lennicy] (Wassale) Lennicy
Str. 2^6 w. 25; ojcze biskupie] (księże) ojcze bi-
skupie; w. j^: tylko śnieżne] tylko (białe) śnieżne;
w. j6: królem zostać] królem (mężów) zostać
Str. 257 w. c: rumiane promienie] (chłodne) ru-
miane; w. j6: Nie skłamały języki] Nieskłamały (ludzi)
języki
Str. 2c;8 w. 10: zgromadzić Lenników] zgromadzić
(służebnych) Lenników; w. 11 : ale przybywszy] ale
(zacznijmy od słów łagodnych) przybywszy; w. ip: bo-
jów lemieszem. Czy] lemieszem (Na przewróconych
skibach dopiero krzyże zakwitną) Czy; w. 21: możemy
obrzędom] możemy (dla) obrzędom; w. jo: Bisku:
pie — pamiętaj] Biskupie — (przystałem) pamiętaj;
w. JS- lC^^ s^C j^go- ślubowałem] lęka się jego Qutro
pod noc zamek opuścim) Ślubowałem
Str. 2j;p w. 6: mnie nareście] mnie (wreście) na-
reście
Sir. 260 w. ly : rozhowor chcą] rozhowor (z niemi)
chcą; w. 25 brzmiał początkowo: Przez ogniany i wia-
trany ona sama
Str. 261 w. j: Nie mówię] (gdyby) Nie mówię;
w. 6: twarz jej oglądało] twarz jej (widziało) oglądało;
w. /f; a gdyby] (a jeśli śmierć) a gdyby; w. 22: na
ogień] na (ten) ogień
Str. 262 w. 14: syna z hołdem] syna (z podarun-
kami i) z hołdem; w. /f; ni razu i znikczemniał] ni
razu (porzucił łowy, biesiady i (nieczytelne) z roz-
ODMIANY TEKSTU 343
paczy) i znikczemniał; w. ic: Ha! spętać] (i spętawszy)
Ha! spętać
Str. 26 j w. 26 — 2J brzmiały początkowo: Oślepł,
oślepł wojewoda gór Ah dobrze się stało; w. j8 : oczy
obróciły się] (obrócone) obróciły się
Str. 26^ w. y : wzniósł krzyż oburącz] wzniósł krzyż
(w obu dłoni) oburącz
Str. 26§ w. 20: płomień stosu spalić, ni skorupa
popielnicy zamknąć] płomień stosu (nie spali) ni sko-
rupa popielnicy (nie zamknie) zamknąć; w. 2c: gło-
wami wojowników] głowami (nam) wojowników; w.jS:
a potem do Ojca] a potem (znów) do Ojca; w. jc:
2lZ znów] aż (zstąpi) znów
Str. 266 w. j : stąpnął na ziemi] stąpnął na (ziemią)
ziemi; w. 21 : tych nóg] tych (stóp) nóg; w. 2j: Gdyby]
(Gdybyś) Gdyby; w. 2c: ale wszystkim] ale wszystkim
(wobec)
Str. 26y w. 8 : Tymczasem] (księża) Tymczasem;
zv. jo: już wojny] już (godzina) wojny; w. u : Ludgard
śpiewa] (Ludgard śpiewa między ludem) (Ludgard
i (nieczytelne) między ludem)
(Miła moja miłeńko
Przemów do mnie słoweńko
Tobiem jednej służyć chciał)
w. 2^: Kłamstwo] (Fałsz) Kłamstwo — bo Ja!; w.j^:
Głosów kilka] (Jeden z ludu) Głosów kilka
Str. 268 w. 6: pod tą] pod (jej) tą; w. 12: Zga-
duję jej pyszny uśmiech] Zgaduję (uśmiech jej pychy)
jej pyszny uśmiech; w. 18 : Wy, coście] Wy (ktor) coście
Str. 26c w. 18 : pierś jego pod] pierś jego (jak
żart wolna się zdaje) pod; w. 2y : Jak ono] Jak (to) ono
Str. 2JO w. 8 : Cokolwiek] (Ktokolwiek) Cokolwiek;
w. II: Zacnieś uczynił] (Dobrześ) Zacnieś uczynił;
w. j^: Hamder] (Rytg) Hamder; w.jó: osławiły ciebie]
osławiły (cię bracie) ciebie
sStr. 2J1 w. I : Czarnyboh, co przesłoniła boskie czoło]
Czarnyboh (ona zakryła) co przesłoniła (boską postać)
boskie czoło; w. 28 : białą brodę] (śnieżną) białą brodę
Str. 2^2 w. 2J: szli dobywać zamków] szli (bronić)
dobywać; w. jj: za niemi] za (nią) niemi
344 ZYGMUNT KRASU^SKI
Str. zyj W. 24. : gracko się sprawił] gracko się
(giermek) sprawił; w.jj: Inaczej wyglądał] (Czyż tak)
Inaczej wyglądał; w. j6: skrzydła orłów pobitych igrały
ci zatknięte] skrzydła orłów pobitych (zwieszone) igrały
ci (na ramionach) zatknięte; w. jp: Ah Ziemowicie]
Ah (książę książę!) Ziemowicie
Str. 27^ w. y: teraźniejszość stoi] teraźniejszość (za
włosy) stoi; w. ip: dostąpił, żyje] dostąpił (umiera) żyje
Str. 2yj w.j: tylko w tem od nich różna, że młoda —
a one zgrzybiałe] w tem (różna od nich) od nich różna,
że młoda — a (Bogi nasze) one zgrzybiałe; w. 10: bom
jedne po drugich] bom (rzucił na targ życia wszystkie)
jedne po drugich
Str. 2y6 w. 22: Byłbyś zasiadł] (Czekał tam na ciebie
cień zielonych kłosów domowego Potrympa) Byłbyś
zasiadł; w. 25; księżyca] (złotego) księżyca; w.ji: po-
wiedzą Sławianie] powiedzą (Polanie) Sławianie
Str. 2TJ w. 5; Teraz spojrzyj w górę na gwiazd]
spojrzyj (na te) w górę fgwiazdy) na gwiazd; w. ij:
jedno ludzie] (będzie tylko) jedno ludzie; w. 26: Czarno-
bogi, w nocy] Czarnobogi (plącząc się kołem w nocy
po żalnikach) w nocy; w. J2: z twoją wiąże] z twoją
(kładzie) wiąże; w. JJ: Frzez co] (Na cóż) Przez co
Str. lyp zv. 8 : wróżbiarze] (wieszczkowie) wróżbia-
rze; tamte: ludzie plemienia mojego] (syny) ludzie ple-
mienia mojego (których); w. 2J : za wami, oparty] za
wami (a przodem iść będzie syn mój Hardymir) oparty;
w. 2j: panią [panią (naszą); tamże: bijcie] (walczcie)
bijcie; w. 2J : Żelisław. Dzięki wam dzieci] (z^elisław.
Dzięki wam, dzieci! (Wstaje) Z tego samego głazu ofiary,
na którym ojciec mój i (ojce) wszyscy ojcowie moi sia-
dali, by nieśmiertelnych bogów błagać o zwycięstwo
i ludu serca zagrzewać (przed) — na tym samym głazie
siadał ojciec mój i sprawy ludu rozsądzał. Wszyscy oj-
cowie jego zwykli na tym samym głazie ofiary Bogów
prosić o zwycięstwa. Na tym samym wzgórzu, na tym
samym głazie, wszyscy ojcowie moi składali bogom
ofiary i serca ludzi (ludu) zagrzewali — sądzili sprawy
ludu. Stąd waszym naddziadziom, nim przeszli na ró-
wniny (zeszli na równinę) przepowiadali zwycięstwo.
ODMIANY TEKSTU 345
Na tym samym wzgórzu, na tym samym głazie, nad-
dziadom waszym, ilekroć zgromadzili waszych Ja wam
błogosławię teraz, słyszę, słyszę, dzieci moje, żeście
schylili głowy, żeście upadli na ziemię. Tak naddziady
wasze zawdy przed mojemi (czynili) zwykli czynić, kiedy
(im) godzina walki uderzyła i wielu z nich przyszło
umierać.) Żelisław. Dzięki wam, dzieci . . .
Str. 280 w. 4: Na tym samym] (Teraz) Na tym
samym; w. J: Niech siła] (Ja wasz ojciec i wojewoda
Ja ręce wznoszę ku niebu) Niech siła; w.c: przystąp,
niech] przystąp (Powierzam Ci tych wszystkich) niech;
w. II: Hardymirze] Hardymirze (, Bracie!); w. 12:
Gdzie twój brat] (Hardymirze) Gdzie twój brat; w. 75;
prócz myśli swych] prócz myśli (własnych) swych!
(Hale paletuo Halele Lele); w. 2j: Czemu się py-
tasz] Czemu się pytasz (mnie teraz); w. 2J : Skąd
w takiej chwili] (Milcz synu! milcz zaklinam ciebie)
Skąd w takiej chwili; w. jo: przyrzekły, że] przyrzekły
{się) że; w. ji : krzyknie im: »Na pomoc !«] krzyknie
im »(na pomoc) (do broni) na pomoc!*; w. J2: Jej
głos słyszałeś zawczoraj — z doborem więc synów skał
spieszaj do Wandy, pani twojej!] (Krzyk) Jej głos sły-
szałeś zawczoraj — (Teraz) z doborem więc synów skał
spieszaj (do Wandy — pani twojej!) (tu na pomoc
Wandzie) do Wandy pani twojej!; w. jj: gdziekol-
wiek spojrzę] gdziekolwiek (się obrócę) spojrzę; w.jj:
Krakusa chadza] Krakusa (ulatuje przedemną w po-
wietrzu) chadza; w. 40: biegnę krzycząc] biegnę (gdyby)
krzycząc
Str. 281 w. 2 po słowach: głos jej słyszę znajduje
się w autografie odnośnika wskazujący następujący ustąp,
dopisany na brzegu stronicy: Wszędzie jej pełno a (ni-
gdzie) gdy chcę przystąpić, ujrzeć ją, dotknąć się jej,
nigdzie jej niema — nawet kiedy stanę obok niej, niema
jej jeszcze bo nieśmiem oczu podnieść i przemówić do
niej — Długom znosił tę męczarnię, teraz nie służę
już dalej — Dziś niechaj się losy Hardy mira rozstrzygną!;
w. ^: teraz nie służę] teraz (niechaj raz jej koniec bę-
dzie) nie służę; zv. 12: z świętym] z świętym (szczero-
złotym); zv. ij: niech ją proszą] niech (jako dziewo-
346 ZYGMUNT KRASIŃSKI
słęby) ją proszą; w. i6: teraz dopiero] (a ona dziewo-
słęby) teraz dopiero; w. IJ : dziewosłęby z powrotem
być mogą] (oni) dziewosłęby z powrotem być mogą
(niema więc straty czasu ni ujmy jakiej (obawie słu-
żebności naszej) powinnościom naszym); w. 21: co ty
poczniesz] co (uczynisz wtedy) ty poczniesz; w. 22: nie
będzie] nie będzie (ojcze); w. 2^: tura] (dzika) tura;
w. 26: zdarte z dzikich] zdarte z (nich) dzikich; w. 2y:
miękkie przy] miękkie (u stóp) przy; w. 28 : gdy przed
straszną] gdy (zastępuje) (obaczywszy niemieckiego bo-
hatyra twarz odsłonioną) (bratobójcy twarz straszną);
w, 2C : schodziła z świętego kopca] schodziła z (kopca)
świętego kopca (nim stanęła na trawie); w. ji: wśród
sosien, z wozu] wśród sosien (pochylona stojąc na
wozie) z wozu; w. jj: witała lub żegnała] (przy)witała
lub (po)źegnała; w. 34.: twoje słowa] twoje słowa (mło-
dzieńcze!); w.j§: Niedość] (Lecz) Niedość; w.jj: na
wieki] na wieki (kto sierdzi stszy eh mężów przywiedzie
jej odemnie czyż odrzucając prośbę moją); w. j8 : nie
wysłuchała] nie wysłuchała (czyż sama dziewica wy-
trzyma wojnę zwycięstwo bo); w. jc: odemnie] ode-
mnie (kto z rodu Bogów)
Str. 282 w. I : służebnik] służebnik (na łąkach swoich
takich chłopców wyszuka? z pośród łąk swoich); w. 4.:
góry z nim] góry z nim — (ojcze (ona) jej potrzeba
męża któryby zdołał); w. 5; bohatyrów] bohatyrów
(a ich dwóch ust słowo nieczytelne)^ w. y : Ojcze,
szlij] Ojcze (wysłuchaj pr) szlij; w. 8 : z kraju] z (polski)
kraju; w. p: łaskawie] łaskawie (a jutro ona moją będzie
ja królem będą! jutro Hardymir twój królem pol-
skim będzie królestwa polskiego); w. ii: Ludgard] (Że-
lisław) Ludgard; w. /2.- Teraz] Teraz(eś); w. i^: widzę
pole] widzę (dzień, w którym) pole; w. 26: na czele
ludzi[ na czele (hufców) ludzi; tamże: jeśli tak] jeśli
(będzie tego potrzeba) tak; w. 2J: wraz z niemi] wraz
z (temi) niemi; tamże: bo jej ojcu] bo (ojca) (oj) (ojciec)
jej ojcu; w. 28 : stateczną wierność] stateczną (przyjaźń)
wierność; w. ji : czego klęczycie] czego (stoicie) klę-
czycie; W.J2: o zapoinach] o (weselu) zapoinach ; w.jj:
Zejdźcie] (Wołajcie) Zejdźcie; w. jy : także się wybiorę]
ODMIANY TEKSTU 347
także się (na dziewosłęba) wybiorę; w.jp: zwabię dwa]
zwabię (trzy) dwa
Str. 283 w. 6: Dostać jeszcze jednej z błękitów]
Dostać (ósmej) jeszcze jednej z (nieba) błękitów; w. y:
będziesz królem] będziesz królem (mężem Wandy);
w. II: te góry] (tę) te góry; w. 14: smoka] smoka
(w głębi); tamże: i żyro wiec] i (pośród) Żyrowiec;
w. 18 : wydrążeń na lewo] wydrążeń (za któremi) na
lewo; w. ic: widać ciągnące się] widać (w głąb) cią-
gnące się; w. 20: trzymający harfę] trzymający harfę
(przed słowo nieczytelne)
Str. 284. w. 21: każe im zasiąść i radzić] zasiąść
(i sądzić) i radzić
PRZYPISKI DO »IRYDIONA«.
(Skrócenia jak wy tej.)
Str. 28 c w. 2C: przechadzając się w katakombacb]
w katakcSmbach R
Str. 2CO w. j8 : nie rozlał on swojej indywidual-
ności] nie rozlał on Indywidualności swojej R
Str. 2ci w. j6: Ze względu religii] Ze względu na
Religią R
Str. 2C2 w. 6: wycisnęły się barwy przez napad]
wycisnęły się barwy dopiero przez napad R; w. u:
najobficiej się rozwinęła] najokwiciej się rozwinęła
R^ A; w. 22: zeszli ponad brzegi] zeszli (do) po nad
brzegi R
Str. 2pj w. j : Bogiem nad wszystkimi innymi] Bo-
giem nad wszystkiemi innemi R; w. 21: Saksoni dłużej
zostali spokojnymi] zostali spokój nemi R
Str. 2c^ w. i: ostatki pałacu Farnezów] pałacu
Farneze R; w. j^ : nie były doszły europejskiej] nie
doszły by^y Europejskiej R
Str. 2c6 w. 4.: którego Arcykapłanem był] którego
był Arcykapłanem R; w. jo: ciężyła już] ciężała już A*
Str. 2cj w. ij: Afrodytę grecka] Afrodyta Grecka A'
Str. 2c8. w. 18 : kobiercami lidyjskiemi] kobiercami
libijskiemi A; w. j8 : za każdem daniem] za każdym
daniem R
Str. 2cc w. 5; żywym jeszcze kogutom] żyjącym
jeszcze kogutom R
Str. joo w. 4: na jeziorze z wina i wody piołuno-
wej. Siostra Scemidy, Mammea] z wina i wody piołu-
ODMIANY TEKSTU 349
nowej — okręta, które tam wystąpiły, całkiem były
posrebrzane i złocone —
Tymczasem we wnętrzach samych Jego pałacu rosła
i dojrzewała Jego zguba — Siostra Scemidy Mammea . . .
R; w. S : poszła była drogą idealizmu] poszła była
diogą Idealizmu wschodniego R
Str. JO I w, iS : drogiemi kamieniami] drogiemi
kamieńmi R; w. 20: przyprawiał biesiady, rozpusty,
igrzyska] biesiady, igrzyska, rozpusty R; w. 24: bez
dalszej analizy] bez żadnej Analyzy dalszej R; w. 2j:
w miejscach najnieprzystoj niej szych] w miejscach najnie-
przyzwoitszych R; w. ji : wyciągnięto nazad i do Tybru
rzucono] wyciągnięte nazad i do Tybru rzucone R
Str, J02. w. 22: po śmierci zapisany został] zapi-
sany został po śmierci R
Str. joj w. 10: atrium,* pośrodku którego było im-
pluvium] Yestibulum, pośrodku którego było implu-
vium A, R; w. 75; sala wystrojona] sala (wystawiona)
wystrojona R; w. ip: połączony z viridarium lub często
w samym viridarium, gdzie stały posągi] połączony
z Yiridarium, gdzie stały posągi R; w. 22: urozmaicony
tylko występ ującemi, to rozstępującemi się ściany] uro-
zmaicony tylko rozstępującemi to występuj ącemi ściany R
Str. J04. w. 21: raczej od każdego innego przy-
wiedli] raczej od innego jakiegokolwiek przywiedli R;
w. ji: W Termach Karakalli. Były to kąpiele] W Ter-
mach Karakalli — czyli kąpiele R
Str. JOJ w. i^: objawień o tajemnicach] objaśnień
o tajemnicach R; w. 24.: zwykły wykrzyknik u Rzy-
mian] Wykrzyknik zwykły u Rzymian
Str. J06 w. 21 : jak niegdyś] jako niegdyś R; w. 2j:
i zupełnie się ujednoczył] i odtąd zupełnie się uje-
dnoczył R
Str. joy w. j: jakby kto po polsku powiedział]
jakby powiedział po polsku R
Str. J08 w. 12: nie było uniesienia Ducha] nie było
Ducha R
Str. jop w. 6: o trzech ramionach wyrażał] o trzech
ramionach także wyrażał R; w. 14: cyprys i sosna]
Cypress i sosna R
350 ZYGMUNT KRASIŃSKI
Str.jio W, I o: odkładaną była] odkładaną bywała R
Str.jii w. IJ: Oni jeszcze nie wiedzieli prawdy] Oni
jeszcze (zawsze materyę jak) niewiedzieli tej prawdy R
Str. JI2 w. j: Słowa Attyli] Słowa Attyli — bar-
barzyńca R; w. 2^: Naj ohydniej szą śmiercią] Najha-
niebniejszą śmiercią R; w. J2: Przecie Hekatombę]
Hekatombę R
^tr. jij w. 4: Kurya] Curia R; w. ó: Eheu! Po
łacinie: Niestety] Eheu! Niestety R; w. ji : Ptolemeusza
Evergeta, króla egipskiego, która] Ptolomeusza Ever-
geta, która R; w. 34.: tej samej nocy zniknęły] tej
samej nocy znikły R
Str. J14. w. j: wniósł je do niebios] uniósł je do
niebios R; w. p : słowem sławnem] słowem sławnym R;
^'33' wydzieliwszy najpiękniejsze prowincye, zdobyte
na Antyochu Wielkim Attalowi, królowi Pergamu] wy-
dzieliwszy Attalowi, królowi Pergamu, najpiękniejsze
prowincye Azyi Mniejszej i zdobyte na Antyochu Wiel-
kim R
Str. JIJ za. p: o ile niesprawiedliwe są żądania]
jak niesprawiedliwemi są żądania R; w. li: obiecują
jej bronić wszelkiemi siłami] obiecują Jej wszelkiemi
siłami bronić R; w. 2p: wstrzymuj się] wstrzymaj się R;
w. jo: smutnym wzrokiem] smutnem wzrokiem R
Str. J16 w. ij : ostatecznem przesileniem] ostatnim
przesileniem R; w. ip: zbladłe klękają pod nożem ofiary]
zbladłe pod nożem klękają ofiary R; w. 20: Herman
czyli Arminius] Herman czyli Herminius
Str. jiy w. §: zagubiali, niszczyli, wytępiali] zagu-
biali, wytępiali, niszczyli R; w. 28 : wtedy Azya] w ten
czas Azya R; w. jo: nikt też tak ciągle] nikt (się) też
tak ciągle R; w. j6: przedewszystkiem adwokacki]
przedewszystkim adwokacki R
Str. J18 zv. i: organicznem ożywieniem wielkiego
ciała] organicznym ożywieniem ciała wielkiego R; w. IJ:
obejrzał się naokół] obejrzał się naokoło R; w. 14:
w stare żyły swoje] w stare swoje żyły R; zv. 2§:
Miasto Pater] Zamiast Pater R
OBJAŚNIENIA WYDAWCY.
NIE-BOSKA KOMEDYA.
Str, j w. 21: »Tobie i niewieście jeden jest począ-
tek* = ty i niewiasta macie jeden początek, jesteście
równie słabi, bezsilni, niezdolni do wielkiego czynu.
Por. wyrażenie Szekspira: > Kobieto! imię twoje jest:
słabość*.
Str, ów. 7; »Nie przeto* =- nie dlatego, nie z tego
powodu.
Słr. 6 w. ly: »nie oddzieli się od twćj miłości prze-
paścią słowa* = słowa nie będą stanowiły nieprzebytej
przepaści pomiędzy nim, a miłością, którą ty mu wska-
zujesz t. zn.: on tę miłość okaże nie tylko w słowach,
ale także w czynach (» wystąpi mężem*).
Str.jw, i§: » obrazie Edenu*. Eden, według pier-
wszej księgi Mojżesza kraina, w której znajdował się
raj, stąd w znaczeniu raju używany; tutaj tyle, co
niezwykłe piękności przyrody (»Matko naturo, otocz
poetę!*).
Str, 10 w. 2: >Powiedz mi, drogi, co masz*, zamiast
»co ci jest* galicyzm (francuskie: qu'as-łu?).
Słr. ly w. 22: >Imainuj sobie*, sposób wymawia-
nia z początku XIX w., dziś imaginować sobie = wy-
obrażać sobie (franc. imaginer).
Słr. 16 w. 2j: »Jakóbiny jej męża porwali*. Jako-
binami i^Jacobins) nazywano skrajne stronnictwo fran-
cuskie, które powstało zaraz po wybuchu rewolucyi
francuskiej roku 1789 i przybrało tytuł » Towarzystwa
przyjaciół konstytucyi* {SoczM des amis de la consłi-
tułion). Nazwa ^Jakobinów* powstała stąd, że członko-
wie klubu zbierali się w sali klasztoru Jakobinów (częsta
z. Krasiński, Tom I. 23
3 54 ZYGMUNT KRASIŃ SKI
we Francy i nazwa klasztorów dominikańskich); nazwy
tej używano później na oznaczenie skrajnych rewolu-
cyonistów lub ludzi, mających krwawe zamiary.
Str. 20 w. 6: >Kto jest poetą, ten nie żyje długo*.
Por. aforyzm grecki: » Ukochani przez bogów umierają
młodo*.
Str. 21 w. 5; »przyjacielu poliszynela*. Poliszyne-
lem (z franc. polichinelle) nazywano postać komiczną
ludowych fars włoskich {pulcinella) lub maryonetkę
o dwu garbach, stąd ogólnie: błazen, pajac.
Str. 21 w. p: »Skąd czoło opierasz = dlaczego
opierasz czoło.
Słr. 22 w. i: » Profesor macał głowę twoją* sto-
sownie do zasad nauki, zajmującej się poznawaniem
zdolności umysłowych z kształtu czaszki a nazywającej
się frenologią.
Str. 22 w. 6: » Cyganka czytała dłoń twoją*. Skła-
dnia zastosowana do wyrażenia: czytać książkę.
Str. 28 w. 5.* »Mów Panie, co czujesz*. Tak za-
równo w trzech pierwszych wydaniach, jak i w ręko-
pisie; zapewne pomyłka zamiast »panu*.
Str: 28 w. 8 : » należy się bać katalepsyi*. Kata-
lepsya czyli osłupienie jest to stan zupełnego odrętwie-
nia, połączony z utratą przytomności, a zachodzący przy
ciężkich chorobach nerwowych.
Str. 28 w. JJ : »Dezorganizacya nie może się z re-
organizować*, dosłownie: rozstroju nie można zestroić,
tu w znaczeniu: organizmu, zupełnie zniszczonego cho-
robą, nie można uzdrowić.
Str. 28 w. j8: »Amavrosis*, właściwie: amaurosis^
nazwa grecka choroby oczu, zwanej pospolicie » czarną
kataraktą* (po polsku: zaćma), a powodującej zwykle
zupełną ślepotę.
Str. ji w. i: >Cerasis laurei* = kropli laurowych.
Str. 5^5 w. 4: > Karty Talmudu*. Talmud jest to zbiór
religijnych i prawodawczych ksiąg żydowskich, ułożony
przez rabinów w trzecim wieku po Chr., a czczony
przez pewną część żydów niemal na równi z Biblią.
Str. jy w. j: »serm/e imitatorum pecus^ — trzoda
niewolniczych naśladowców, znane wyrażenie Horacego.
OBJAŚNIENIA WYDAWCY 355
Str. ^2 W. II: »felcech« = taśma złota, srebrna
lub jedwabna z kutasem metalowym, przywiązana do
rękojeści szpady lub pałasza oficerskiego.
Śłr, 4.2 w. ij: » Kondotier* = dowódca wojsk na-
jemnych, wyraz włoski {ii condotiere),
Str, ^2 w. 21: » cztery bastyony«. Bastyon, rodzaj
nasypu ziemnego lub baszty; wysunięty poza główną
linię obronną, bronił przystępu do rowu, otaczającego
twierdzę.
Słr, 4.^ w, j: » kapitele .. . floressy*. Kapitel albo
głowica jest to najwyższa, ozdobna część słupa czyli
kolumny; floresy = ozdoby w kształcie linii giętych
(gałązek), zakończonych kwiatami (Jios = kwiat).
Str. 4.^ w. 7; »arkada« = sklepienie łukowe albo
łuk pomiędzy filarami.
Słr, 46 w, ip: » bośmy... duch Jego zwyciężyli*
staropolska forma biernika, dziś mówimy: ducha; por.
» siąść na koń«.
Str, 5/ w, 2j: ^Brutusowi ukazał się Geniusz
(tj. duch) Cezara* — w bitwie pod Filippi w roku 42
przed Chr.
Str. 33' w. 2p: »ja dawniej czytałem twe myśli*.
Jest to jedyna w całym utworze wzmianka o dawniej-
szej znajomości Pankracego z hr. Henrykiem. W »Pier-
wszej części Nie-Boskiej Komedyi*, nazwanej fałszywie
przez wydawców » Niedokończonym Poematem*, Pan-
kracy rzeczywiście poznaje się z hr. Henrykiem (» Pod-
ziemia Weneckie* scena II) ale w okolicznościach wska-
zujących, że nie mogło dojść do blizkiego stosunku, któ-
ryby pozwolił Pankracemu czytać w myślach Henryka.
Str. ^6 w. j8 : >pedancie rycerzu*. Pedant = dro-
biazgowicz, człowiek trzymający się z przesadą dro-
biazgów; a więc tutaj: człowiek przesadzający w pojęciu
rycerskości.
Str. ^y w. 21: » spalił archiwa*. Archiwum = skład
aktów i dokumentów prywatnych lub publicznych, pań-
stwowych.
Str. ^y w. 2^: >z runem złotem, w kolczudze wło-
skiej*. > Order złotego runa*, jeden z najstarszych orde-
rów, założony w r. 1430 przez księcia burgundzkiego.
23*
356 ZYGMUNT KRASIŃSKI
Odznaką jego jest złote runo baranka, zawieszone na
złotym łańcuchu; otrzymać go mogą tylko książęta
wyznania katolickiego. — Kolczuga czyli kolcza zbroja,
koszula pancerna, złożona z małych kółeczek metalo-
wych. Najsłynniejsze były kolczugi weneckie.
Str, 57 w. 2p: »na robronie*. Robron (z franc.
roóe ronde\ szeroka, sztywna, odstająca suknia kobieca,
modna w XVIII w.
Str. ^p w. p: »u Centaura*. Centaur « grecka
postać mitologiczna, — koń, którego głowę z szyją
zastąpiono głową i tułowiem ludzkim.
Str. 63 w, 4.: > rozkoszy mćj kwoli«. Kwoli lub
gwoli wyrażenie staropolskie = k(u) woli, dla.
Str, 6^ w. ij: > pogrzeb wasz jest* — czas tera-
źniejszy zamiast przyszłego w celu tem dosadniej szego
wyrażenia konieczności tego faktu.
Str. 7/ w. 21: >ladajakie parapety*. Parapet = wał
obronny, górna część szańca, osłaniającego żołnierzy.
Str. 7/ w. 36: »Wziąść starego Doktrynera*. Do-
ktryner = bezwzględny wyznawca pewnej zasady na-
ukowej; często oznacza ten wyraz upartego zarozu-
mialca, powoływującego się ustawicznie na swoją wiedzę.
Str. yz w. 22: »giliotyna«, właściwie: » gilotyna*,
przyrząd do ścinania głów za pomocą samorzutnie opa-
dającego, ciężkiego ostrza. Wynalazek takiego przyrządu
przypisują starożytnym Persom, używano go często
w średnich wiekach, ale nazwę otrzymał od lekarza
Guillotina, który go zaprowadził w czasie rewolucyi
francuskiej.
Str. 7^ w. 8: Galilaee^ vicisti! = Galilejczyku
(= Chrystusie), zwyciężyłeś! — Słowa te wyrzekł rze-
komo cesarz rzymski Julian Apostata (Odstępca), wróg
chrześcijaństwa przez cały czas swego krótkiego pano-
wania (361 — 363), padając śmiertelnie raniony dzidą
w bitwie z Persami w r. 363. Podanie, przypisujące mu
powyższe słowa, głosi także, że zginął z ręki żołnierza
rzymskiego, chrześcijanina, który w ten sposób zemścił
się za prześladowanie swej religii.
IRYDION.
(Objaśnienia te zawierają tylko rzeczy, nie odjęte
przy piskami poety.)
Str, yp w. 4.: »A jako Jowisz, pan na niebie*. —
Jowisz, najwyższy bóg rzymski, > oj ciec ludzi i bogów«.
Str, yp w. ly: »po twoich siedmiu wzgórzach,
o Rzymie*. — Rzym zbudowano na siedmiu wzgórzach.
Str. yp w. 20: »okróciciele Włoch i Kartagi«. —
Okróciciele = zwycięscy, ujarzmiciele (por. w »Resur-
recturis«: »z złem na ostre gonią zła ukróciciele«); pod-
bicie Włoch i pokonanie Kartaginy otworzyło Rzymowi
panowanie nad światem.
Str. yp w. 21: »Gdzie Westalka, wstępująca... na
schody Kapitolu*. — Westalka, dziewicza kapłanka bo-
gini ogniska domowego, Westy. Kapitol, jedno z siedmiu
wzgórz rzymskich i twierdza tam wzniesiona.
Str. yp w. 2^: ^żołnierze Legionów*. — Legion,
oddział wojska rzymskiego, odpowiadający naszemu
pułkowi; dzielił się na 10 kohort = 30 manipułom =
60 centuryom.
Str. 80 w. 2: »jak pół-Bogi ... jak olbrzymy Tytań-
skich czasów*. Pół-bogi (po grecku: heroes\ bohatero-
wie czasów bajecznych, n. p. z pod Troi. — » Olbrzymy
Tytańskich czasów* = tytani, postaci mitologiczne ol-
brzymich kształtów, obdarzone niezwykłą siłą (np. prze-
nosili góry).
Str. 8 o w. y : » nawoływań gladyatorów*. — Gla-
dyatorowie = zapaśnicy, z rosłych niewolników dobrani,
popisujący się w cyrkach w walce wzajemnej lub w walce
z dzikiemi zwierzętami.
358 ZYGMUNT KRASIŃSKI
Str. 80 w. 10: > Izy do, matko wiadomości i milcze-
nia*. Izyda, jedna z najwyższych bogiń egipskich, którą
Grecy pomieszali ze swoją Persefona i której, jako wład-
czyni podziemia, przypisywali zsyłanie wieszczych snów,
objawianie skutecznych lekarstw itd. Dlatego zapewne
nazywa ją poeta > matką wiadomości* a jako królowę
państwa umarłych » matką milczenia*.
Str, 81 w. 2,f.: »panów świata* = cesarzy rzymskich.
Str. 82 w. II: >w Kampanii rzymskiej*. — Tak
nazywano niewielki obszar dokoła Rzymu, brzydki i nie-
zdrowy; należy ją odróżnić od Kampanii, urodzajnego
i pięknego kraju dokoła Neapolu.
Str. 82 w. 14.-36: »W tej jaskini . . .* itd. — Por.
z tym opisem podania o uśpionych rycerzach, którzy
powstaną w krytycznej dla kraju chwili i pochwycą
oręż, np. o Bolesławie Chrobrym, o cesarzu Fryderyku
n. Por. też balladę B. Zaleskiego »Lubor*.
Str. 82 w. 2c: > Tunika* ^ rodzaj koszuli z białej
wełny, którą wdziewali zarówno mężczyźni, jak kobiety
na nagie ciało.
Str. 8j w.j8: »Odyna pawęż*. — Pawęż(a), tarcza,
słowo pochodzenia hiszpańskiego (j>avese),
Str. 84 w.ji: >na głazie tajemnicami zapisanem* =
na głazie, zapisanym pismem runicznem, którego pół-
nocne ludy germańskie używały aż do początku wie-
ków średnich.
Słr. 8^ w. 14. i n. : Proroctwo upadku Rzymu, który
padł pod naporem plemion germańskich.
Str. 86 w. 75 ; »siwe Skaldy wyrzekli przekleń-
stwo* = siwi skaldowie wyrzekli, połączenie rzeczowej
formy rzeczownika z osobowem zakończeniem czaso-
wnika. Skaldowie byli to poeci i pieśniarze skandy-
nawscy.
Str. 86 w. 26: »z uśmiechem niedowiarstwa*. —
W czasach cesarstwa w wykształconych warstwach
Greków i Rzymian powszechnem było niedowiarstwo,
a wiarę w bóstwa zastępowały systemy filozoficzne.
Str. 86 w. 2J : »na cześć Posseidona*. — Posejdon,
grecki bóg morza i władca wszystkich bóstw morskich;
przedstawiany z trójzębem w ręku (>Bóg trójzęba*).
OBJAŚNIENIA WYDAWCY 359
Str. 86 W. jj : »wąź Piton*, ^ smok bajeczny, któ-
rego Apollo wkrótce po swem urodzeniu miał zabić.
Str, 8y w, 20: » Ogień niebieski, wydarty Bogom* —
aluzya do podania o Prometeuszu, który wykradł bo-
gom ogień.
Str, 8y w. 22: » Dzicz z międzymorza = dzicy mie-
szkańcy półwyspu apenińskiego, Rzymianie. Grecy na-
zywali wszystkie ludy obce pogardliwie » barbarzyń-
cami*, dziczą.
Str. 8y w. jo: >Gadesu cieśniną*. — Gades, dzi-
siejszy Kadyks: » cieśnina Gadesu* dzisiejszy Gibraltar.
Str. 8y w. ji : >o przodku Filopemenie*. — Filo-
pemen (Philopoimen), (253 — 183 przed Chr.), znakomity
wódz i patryota grecki, który związek achaj ski postawił
na szczycie potęgi, zmusiwszy Spartan do przystąpienia
do niego. Oligarcha messeński, Deinokrates, popierany
przez Rzymian, dostawszy w swe ręce schwytanego
przypadkiem w bitwie 70-letniego starca kazał go otruć
w więzieniu. Filopemen nie walczył nigdy z Rzymia-
nami, ale działalność jego, dążąca do zjednoczenia całej
Grecyi, była przeciw nim skierowana.
Str. 8y w. j8 : » wielkiego Mitrydata* — por. obj.
do str. 88 w. 32.
Str. 88 w. 2Ó: »Czy pamiętasz wyspę Chiarę*; za-
pewne Chios, jedna a większych wysp morza Egej-
skiego (por. w poemacie str. 165 w. 11 — 12).
Str. 88 w. ji: » manowce archipelagu*; archipe-
lag = szereg wysp obok siebie leżących (tu: archipelag
egejski, Cyklady i Sporady).
Str. 88 W.J2: -Wszystkie myśli Jugurthy i Mitry-
data odzywały się w jego duszy*. — Mitrydates Wielki
(około 120 — 63 przed Chr.), król Pontu, jeden z najza-
ciętszych i najgroźniejszych nieprzyjaciół Rzymu, dążył
otwarcie i wytrwale do zniszczenia państwa rzymskie-
go. — Jugurta, król Numidyi (118 — 104 przed Chr.),
prowadził długo pomyślną wojnę z Rzymianami, któ-
rych nienawidził, aż, dostawszy się w ich ręce, zginął
w więzieniu śmiercią głodową. Więc » myśli Jugurthy
i Mitrydata*, to uczucie nienawiści ku Rzymianom
i plany zniszczenia ich potęgi.
300 ZYGMUNT KRASIŃSKI
Str. 8c w.jp: »prokonsul lub pretor lub wyzwo-
leniec*. — Prokonsul (za czasów cesarstwa) «= zarządca.
jednej z prowincyi rzymskich, zawiadywanych przez
senat; pretor, w rzeczypospolitej najwyższy urzędnik
sądowy, z nastaniem cesarstwa stracił znaczną część
swej władzy. — Wyzwoleniec, niewolnik wykupiony
lub obdarzony wolnością.
Str. po w, I : »Lesbijskie wino«. — Wino z wyspy
Lesbos słynęło w starożytności z dobroci.
Str, po w. j: » pieśni starego Homera*. — Home-
rowi przypisywano prócz innych utworów przede-
wszystkiem dwie epopeje »Iliadę« i »Odysseę«.
Str. po w. j: »Anakreon«, znakomity liryk grecki
(żył w VI w. przed Chr.), niezrównany zwłaszcza w żar-
tobliwych i miłosnych piosnkach.
Str. po w. p: > wycięte Yarrusa Legiony i Hiszpań-
skie Sertoryusza bunty*, — Wycięcie w pień legionów
Yarrusa w lesie teutoburskim \r. 9 po Chr.) przez Ger-
manów pod dowództwem Hermana i klęski, poniesione
w Hiszpanii w wojnie z Sertoryuszem (82 — 72 przed
Chr.), należały do najcięższych strat, zadanych Rzy-
mianom do czasów Heliogabala.
Str. po w. 22: > olbrzym śmierci* = Odyn.
Str. pi w. 2p : ^Prometeusz ze skały, Laokoon z nad-
brzeżów morza...* — Według podania Dzeus ukarał
Prometeusza za wykradzenie ognia w ten sposób, że
przykutemu do skały w Kaukazie sęp wyżerał odra-
stającą ciągle wątrobę. — Laokoon, kapłan trojański,
został podczas składania ofiary na wybrzeżu morskiem
uduszony przez węże za to, że odradzał Trojanom wpro-
wadzenia konia drewnianego do miasta.
Str. p2 w. 2Ó: »z urną Grimhildy* = z urną, zawie-
rającą popioły Grimhildy. Starożytni palili ciała zmar-
łych a popioły ich przechowywali w urnach (popiel-
nicach).
Str. pj w. 12: >Frzez Polluxa« = na Polluksa za-
klniem się; Kastor i Polluks (Dyoskurowie), bracia
Heleny trojańskiej, czczeni na równi z bogami, opie-
kunowie żeglarzy i gościnności. ,
Str. PJ w. 22: »w podobną godzinę stary Brutus
OBJAŚNIENIA WYDAWCY 36 1
musiał własnych synów zabijać*. — Według podania
miał Lucius Janius Brutus jako konsul skazać na śmierć
własnych synów za współudział w spisku przeciw Rze-
czypospolitej i sam pilnować wykonaniu wyroku (r. 509
przed Chr.).
Str. pj; w, 4.: »Bogi, nie dajcie mi upaść u wejścia
do areny «. Porównanie, wzięte z życia gladyatorów,
walczących na arenie cyrkowej =■- nie dajcie mi upaść
przed samem rozpoczęciem dzieła.
Str. pj w. ip: »Jaką była Afrodyta, wstając z błę-
kitnego Oceanu*. Według Hezyoda Afrodyta (Venus)
powstała z piany morskiej.
Str. p6 w. ^: » Głosy Erebu«. — Ereb, głębsza część
mieszkania zmarłych, Hadesu.
Str. p6 w. 28: »Eutychian wchodzi*. — Eutychian,
dowódca straży przybocznej Heliogabala {praefectus
praetorid) jest postacią historyczną. Imię to wymienia
w swej historyi Dio Cassius, dodając, że miał on głównie
dopomódz Heliogabalowi do uzyskania godności cesar-
skiej. Inny historyk, Lampridius, z którego Krasiński
najwięcej szczegółów do swego poematu zaczerpnął,
powiada, że dowódcą straży pretoryańskiej mianował
Heliogabal dawnego skoczka i błazna. Na tych dwu
wzmiankach opiera się charakterystyka Eutychiana, któ-
rego Aleksander określa nazwą » nadwornego błazna*.
Str. p6 w. jó: » Rydwan* = wóz dwukołowy, z tyłu
otwarty.
Str. p8 w. j: »Aleksyan, syn Mammei*. — Ale-
ksander Severus, siostrzeniec cesarza Heliogabala, uro-
dził się w r. 208, miał zatem w czasie akcyi poematu
(ostatni rok panowania Heliogabala, 222) zaledwie 14
lat; poeta ze względów artystycznych czyni go star-
szym, co łatwo można wywnioskować zarówno z wy-
głaszanych przez niego poglądów, jak ze stosunku do
Elsinoi. Zresztą w kreśleniu tej postaci trzymał się
Krasiński ściśle historyi, czerpiąc przedewszystkiem
z jego życiorysu, napisanego przez Lampridiusa. Poeta
przedstawia go jako wyznawcę Chrystusa. Chrześcijani-
nem Aleksander, wprawdzie nie był, historycy stwier-
dzają jednak jego sympatyę dla nowej religii, a naj-
362 ZYGMUNT KRASIŃSKI
ciekawszym może jej dowodem był zamiar postawienia
Chrystusowi świątyni (Lampridius, rozdz. 43). Stosunek
jego do Heliogabala, do matki i do Ulpiana przedsta-
wiony jest ściśle według historyi. Po wstąpieniu na
tron Aleksander panował rozumnie i uczciwie, ale su-
rowością swą tak odstręczył od siebie przywykłych już
do zupełnej samowoli żołnierzy, że padł zamordowany
przez nich wraz z matką w r. 234 podczas wyprawy
nad Ren.
Matka jego, Julia Mammea, uchodziła powszechnie
za osobę tak zacną, że ją świętą nazywano. Historyk
kościoła, Eusebius, opowiada, że Mammea była chrze-
ścijanką i że na dworze syna otaczała się » wiernymi*.
Trudno wprawdzie pogodzić jej wiarę chrześcijańską
z tem, że poganie uważali ją za > świętą*, ale poeta
oparł się na tej wzmiance i przedstawił Mammeę jako
chrześcijankę, naturalnie przedewszystkiem ze względów
artystycznych, ze względu na ideę poematu. Miłość jej
dla syna i wpływ, jaki na niego wywiera, jej głębokie
wykształcenie, trzeźwość sądu i wielka ludzkość —
wszystkie te właściwości charakteru, przypisane jej
w »Irydionie«, oparte są na wzmiankach historyków
rzymskich.
Str. c8 w. j^: » duchy nasze trójcą połączone*.—
Przyjaciel Masinissy, będącego szatanem, jest tem samem
nieprzyjacielem Trójcy, Boga, a ta nieprzyjaźń łączy
ich razem. Masinissa umyślnie wyraża się niejasno, bo
nie chce jeszcze odsłonić swej istoty Irydionowi.
Str. 100 w. I : ^kochankom Sardanapala*. — Sar-
danapal, ostatni król asyryjski, sławny ze zbytku i roz-
wiązłości.
Str. 1 01 w. i§: T^Evoe Bacche! Uczeń mój piany
na wzór ciebie, kiedyś Indye po pianemu zdobywał*. —
Bacchus (po grecku: Dionysos\ bóg winnej latorośli
i wina, odbywał w otoczeniu Satyrów, Sylenów i Menad
pochód tryumfalny po świecie i »podbijał« kraje, roz-
szerzając uprawę winnej latorośli. Najgłośniejszą taką
wyprawą było >zdobycie* Indy i.
Str. loj w. j: >Irydion Amfilochides* = Irydion,
syn Amfilocha.
OBJAŚNIENIA WYDAWCY 3O3
Str. I OJ W. 22: »Ulpianus€. — Domitius Ulpianus,
jeden z najznakomitszych prawników rzymskich, był
opiekunem Aleksandra, a po jego wstąpieniu na tron
jego zaufanym i bardzo wpływowym doradcą. Miano-
wany dowódcą straży pretoryańskiej, ujął ją w karby
niezwykłej surowości, za co zginął z ręki niezadowo-
lonych żołnierzy w r. 228 po Chr. Z licznych jego dzieł
prawniczych pozostały tylko fragmenty. Według Lam-
pridiusa Heliogabal skazał Ulpiana na wygnanie, więc
w czasie akcyi poematu nie było go w Rzymie — poeta
jednak przekształcił, z łatwo zrozumiałych powodów, to
wygnanie na podróż do Azyi Mniejszej dla pozyskania
stronników Aleksandrowi. W poemacie jest Ulpianus
uosobieniem surowości i bezwzględności prawa rzym-
skiego.
Str, 104. w, jj: »Naumachie« — były to walki
okrętów, urządzane (naturalnie olbrzymim kosztem) na
umyślnie w tym celu wykopanych i amfiteatrem oto-
czonych jeziorach, niekiedy w cyrkach.
Str, 104. w. jS : » Trybun Arystommachus«. — Jest
to postać historyczna — wspomina o nim Lampridius
w 14 rozdziale swej historyi.
Str, 105 w. 26: » strzeż się jadu, ukrytego w tunice
Deianiry — w purpurze Cezarów!* — Deianira, żona
Herkulesa, dostała od pokonanego przez jej męża cen-
taura Nessosa wspaniałą szatę, która rzekomo posia-
dała właściwość wzbudzania niezachwianej miłości ku
ofiarującej. Gdy ją Herkules za namową żony przy-
wdział, trucizna, zawarta w szacie, sprawiła mu tak
silne cierpienie, że kazał się żywcem spalić na stosie.
Str. 106 w. I : »Dyktator«. — W razie wielkiego
niebezpieczeństwa mianowali Rzymianie zamiast dwu
konsulów jednego dyktatora i dawali mu prawie nie-
ograniczoną władzę.
Str. lop W.J2: »Brutus zamordował ojca swego* —
przenośnia: zamordował J. Caesara, który do niego
był przywiązany, jak ojciec do syna. Caesar miał, pa-
dając, zawołać do Brutusa: »I ty, mój synu!«
Str. 1 10 w. j: ^Rzymianin, co zginął pod Filip-
pami« = M. Brutus.
364 ZYGMUNT KRASIŃSKI
Str. 1 10 W. 20: »na syrtach Getulów* = zatoki
morskie na północnem wybrzeżu Afryki.
Str, III w. p: »Swewów, Daków, Markomanów« —
plemiona germańskie.
Str. III w. ij: ^Epikurejczyk* — zwolennik filo-
zofii Epikura (341 — 280 przed Chr.), której zasadą jest
używanie przyjemności, jakie daje cnotliwe życie i su-
mienne spełnianie obowiązków. Wbrew tym zasadom
nazywa się zwykle Epikurejczykami ludzi, goniących
za przyjemnościami zmysłowemi.
Str. III w. i^: »stoikom nie udaje się teraz«. —
Stoik, zwolennik filozofii, głoszonej przez Zenona (około
r. 300 przed Chr.), w pstrym portyku (Stod) w Atenach,
a dążącej do ciągłego doskonalenia się i zapanowania
nad namiętnościami. — Irydion chce przez to zdanie
powiedzieć, że dba jedynie o przyjemności i że poza
niemi nie ma innych celów.
Str. III w. 28 : » sztuką Danaów nas zwodzi*. Da-
naowie, szczep starogrecki; tutaj, jak w ogóle często
w starożytności, użyty zamiast nazwy: Grecy. — Grecy
słynęli w starożytności ze swej przebiegłości i prze-
wrotności {Jides graecd).
Str. 112 w. 12: » pieśni Sykulskiego poety*. — Sy-
kulski =^ sycylijski; zapewne sielanko -pisarz Teokryt
(w III w. przed Chr.), najsłynniejszy z pomiędzy poe-
tów, których ojczyzną była Sycylia.
Str. iij w. §: »Nasi starzy za Augusta nie pojmo-
wali sztuki*. — W późniejszym okresie cesarstwa wraz
z upadkiem sztuki powszechnem było lekceważenie
poezyi » złotego okresu*.
Str. 11^ w. jo: »Na falach Flegetonu*. — Flegeton,
rzeka ognista w podziemiu (Hadesie).
Str. IIJ w. j^: »Neoplatończykowi*. — Neopla-
tończyk, zwolennik nowo-platońskiej szkoły filozoficz-
nej, będącej mieszaniną rozmaitych systemów poprzed-
nich, przede wszy stkiem filozofii Platona i Arystotelesa.
Jest to ostatnia wielka szkoła filozoficzna grecka.
Str. 114. w. 5.- * chyba go Tyresias w piekle zro-
zumie. — Teiresias, głośny w podaniach greckich wieszcz-
biarz, który po śmierci zajmował w Hadesie poważne
OBJAŚNIENIA WYDAWCY 365
miejsce pośród cieniów zmarłych; tam udawał się do
niego Odyseus po przepowiednię przyszłości.
Str. UJ w. 2j: » Zdrój Lethe*. — Lete, rzeka w pod-
ziemiu; napicie się jej wody przynosiło niepamięć ziem-
skiego życia. Przenośnie: śmierć.
Str. 116 w. 8 : » wypiję Elizejskie pola* = wypiję
truciznę, która mnie zawiedzie na elizejskie pola, tj. do
miejsca szczęśliwego pobytu zmarłych, jak my powie-
dzielibyśmy: do raju.
Str. 116 w. 36: » potrójnej Hekacie*. — Hekata,
bóstwo greckie rozmaicie pojmowane i przedstawiane.
U tragików greckich jest ona strasznem, potęźnem
bóstwem podziemia, błądzącem jak upiór po nocy
w towarzystwie wyjących psów. Stawiano jej kaplice
na rozdrożach (trivia) — stąd: potrójna.
Str. iiy w. jj: »Ludy Moesyi i Tracyi*. — Trący ą
nazywano za czasów rzymskich całą północną część
półwyspu bałkańskiego aż po Bałkan, kraj zaś pomię-
dzy Bałkanem a Dunajem nazywano Moezyą. »Ludy
M. i Tr. bili«; — tak zw. constructio ad sensum^ zasto-
sowanie orzeczenia nie do formy podmiotu, lecz do
jego znaczenia (ludy = ludzie).
Str. iiy w. 4.0: >Diiy avertite omen. U = bogowie,
odwróćcie złą wróżbę, nie spełniajcie złej wróżby.
Str. iip w. j8 : »Dawniej Katylinie, póiniejszemi
laty Neronowi nie brakło na pożarnikach«* — L. Ser-
gius Catilina zawiązał spisek przeciw rzeczypospolitej
rzymskiej, odkryty przez Cycerona w r. 63 przed Chr.;
Neronowi przypisują spalenie Rzymu w r. 62 po Chr.
Str. 12 j w. 2: » spojrzyj na twarz niepokalanej « =
Diany, pod której posągiem stoi Elsinoe.
Str. 12 j w. 6: »by marzyć nad sennym Endy mio-
nem*. Endymion, młody, piękny pasterz, śpiący przez
wieki w grocie na górze Latmosie. Kochała go bogini
Selene (= księżyc po grecku), przybywała co nocy do
niego i przepędzała jakiś czas przy nim, wpatrzona
w jego rysy. Kiedy później Selene utażsamiono z Dianą,
legenda o tej miłości przeszła także na tę boginię.
Str. 12 j w. 8 : » Między Poppea i Messaliną posta-
wiono Jej ołtarze*. — Yaleria Messaliną, trzecia żona
366 ZYGMUNT KRASIŃSKI
cesarza Klaudiusa (zmarła r. 48 po Chr.) i Poppea Sa-
bina, druga żona Nerona, były słynne z rozwiązłego życia.
Str. 12 j w. 2^: >Imie moje: Lucius Tiberius Sci-
pio«, — W rzeczywistości ród Scipionów wygasł w r.
132 przed Chr.
Str. 128 w. 14: »Sam Fidiasz . . .« — Fidiasz, naj-
znakomitszy rzeźbiarz starożytności (ur. około 500, um.
431 przed Chr.).
Str. iji w. 22: » gnany jędzami, jak niegdyś Ore-
stes«. — Orestes, jedyny syn Agamemnona, pomścił
śmierć ojca, mordując własną matkę, Klytemnestrę. Za
to prześladowały go boginie zemsty, Erynie (Eume-
nidy, rzym. Furye), nie dając mu chwili odpoczynku,
póki nie przebłagał bogów.
Str. IJI w. 2j: » błogosławieństwo Larów*. — Lary,
bóstwa opiekuńcze domów rzymskich.
Str. IJ2 w. 4: >Biskup Wiktor*. — Postać ta jest
jedynem anachronizmem w » Irydionie*. Wiktor był
papieżem, ale umarł na 23 lat przed akcyą poematu
(199 r.), ponieważ jednak współczesny Heliogabalowi
papież Kallistus (217 — 222) nie był godny swej wy-
sokiej godności (zarzucano mu zaprzepaszczenie w grze
depozytów wdów i sierót), więc Krasiński wolał cofnąć
się wstecz i, popełniając anachronizm, przenieść w czasy
Heliogabala papieża Wiktora, który był prawdziwą
perłą pomiędzy zwierzchnikami Kościoła. Energiczny,
troskliwy o jednolitość wiary i karność kościelną, Wi-
ktor pierwszy z papieży rzucenie klątwy uczynił z groźby
faktem — a więc był takim właśnie, jakiego poeta po-
trzebował do poematu.
Str. IJ2 w. 26: > Cezar wkrótce nie zaprze się
Jego* — tj. Aleksander, zostawszy cesarzem, nie za-
prze się Chrystusu.
Str. IJ4 w. jj: »Lykaoński Orfeusz*. — Orfeusz,
mityczny śpiewak tracki, potęgą swego głosu poruszał
drzewa i skały i ułaskawiał dzikie zwierzęta. — »Ly-
kaońskim* nazywa go poeta zapewne z powodu myl-
nego przypisywania mu Lykaonii jako kraju rodzinnego.
Str. ijy w. 20: » Wiktor wyklął Eugenesa, który
tak myślał i mówił*. Tak myślał i mówił, tj. był chi-
OBJAŚNIENIA WYDAWCY 367
Hastą (zob. w przypiskach poety). Biskup Wiktor wyklął
rzeczywiście za wiarę w chilializm pewnego członka
gminy rzymskiej, nie Eugenesa jednak, lecz garbarza
Theodotasa.
Str. ijy w, 22: »Rzymianie ukrzyżowali Eudora*. —
Eudoros nie jest postacią historyczną, lecz tylko boha-
terem poematu Chateaubriauda p. n. » Męczennicy*
i ginie za wiarę śmiercią krzyżową.
Str. ij8 w. 26: >ze Starcem Maurytańskich pu-
styni* = z Masinissą.
Str. 1/f.i w. j^: »w Eloimie* — wyraz utworzony
zapewne od hebrajskiego Elohim (1. mn. od Elohd) =
Bóg; a więc: w miejscu, poświęconem służbie bożej,
w kaplicy, znajdującej się w katakombach.
Str. i^uf. w. 21: »po dwakroć bracie mój« tj. raz
jako brat w Chrystusie, drugi raz z powodu wspólnej
narodowości.
Str. 14.J w. 75/ » Centurion*, dowódca centuryi,
tj. oddziału, złożonego ze stu żołnierzy.
Str. 14.6 w.jS: »Nad Renem burzą się Allemany*. —
Alemanowie, związek plemion germańskich, mieszkają-
cych między Dunajem, Menem i Renem.
Str. 146 w. 4.0: >Statora«. — Stator (według Li-
wiusza: powstrzymujący ucieczkę), przydomek Jowisza.
Str. i^y w. 2j: ^Przekleństwo czcicielom Molo-
cha!* — Moloch, bóstwo fenickie, któremu składano
ofiary z ludzi — przenośnie każde bóstwo pogańskie;
czciciele Molocha = poganie.
Str. 14.8 w. j: » Widzę wzrokiem Jana, który^ przed
laty patrzał na Hierozolimę wybranych*. — Św. Jan
opisał w >Apokalipsie* widzenie swoje przyszłego kró-
lestwa bożego na ziemi, ^Jerozolimy wybranych* (por.
przypiski poety).
Str. 1^0 w. ji: » Herman zaczął walkę z południo-
wym słoniem*, tj. Herman, pogromca Yarrusa, rozpo-
czął walkę z Rzymianami, do których należała cała
Europa południowa.
Str. i§o w.jj: >w czarnych Irminsulu gajach*. —
Irminsul (Irmensaule), kolumna drewniana lub olbrzy-
mie drzewo w gaju świętym, w którym starożytni Ger-
368 ZYGMUNT KRASIŃSKI
manowie oddawali cześć Irminowi, mistycznemu swemu
protoplaście, prawdopodobnie bożkowi, czczonemu przez
niektóre plemiona. Karol Wielki zburzył taką kolumnę
Irmina w dzisiejszej Westfalii.
Słr. 755 w. 5; ^Przybywam, Rzymianie, w imieniu
Pana waszego*. — Poselstwo Irydiona do obozu pre-
toryanów ma podstawy historyczne. Lampridius opo-
wiada w żywocie Heliogabala (rozdz. 14 i 15), że cesarz
ten, przerażony rozruchami wojska, wysłał do żołnierzy
poselstwo »z prośbą*, aby się uspokoili. Warunki, sta-
wiane przez żołnierzy, nie były tak ciężkie, jak je Kra-
siński przedstawia; żądali bowiem, aby Heliogabal od-
dalił od siebie » niegodziwych ludzi i aktorów* (Kuty-
ch i an) i aby rozpoczął inne, lepsze życie.
Str. 1^6 w. u: > Dzięki ci, Danausie*, właściwie:
Danaosie, tj. Greku. Danaowie, szczep grecki, którego
nazwy używano często dla oznaczenia całego narodu.
Por. >tinieo Danaos et dona ferentes< Verg. Aen. II.
Str. 757 w.c: »do biesiady Plutona*. Pluton, władca
podziemia; biesiada Plutona = śmierć.
Str. 757 w. ąf; »Fortuna*, bogini szczęścia.
Str. 160 w. c: »z Mausoleów powstali umarli*;
mausoleum = grobowiec, grób.
Str. 160 w. 2^: » przelatujący Morfeusz osypał ci
zmysły*. Morfeusz, syn i posłaniec boga snu; przedsta-
wiano go jako skrzydlatego starca. > Osypał zmysły* =
zaćmił zmysły.
Str. 160 w. 34: »0 Trójco rozkoszy! O chaldejski
Panie* = Mitra (por. przypiski poety).
Str. 161 w. 8 : »Nie — nie, trza grać w koście
życia i śmierci na ołtarzu Fortuny*. Por. w »Nie-Boskiej
Komedy i* str. 68 w. 26: » Niema rozkoszy, jak grać
w niebezpieczeństwo* itd.
Str. 161 w. ip: »miły Anubisie*. — Anubis, egipski
bóg świata podziemnego.
Str. 162 w. 8 : » ruszą ku bazylice*. — Bazylika, ratusz
rzymski, wspaniały budynek z galeryami dla widzów.
Str. 162 w. 2C: »w kościele Ozyrysa*. — Ozyrys,
jeden z najwyższych bogów egipskich, odpowiadający
greckiemu Dyonizosowi.
OBJAŚNIENIA WYDAWCY 369
Słr. 162 W. JS: »Jak piany Macedończyk starego
Klitusa*. — Aleksander Wielki zabił po pijanemu swego
najlepszego przyjaciela, Klitusa.
Str. 163 w. 2J: »Cny Amfilochidzie« — właściwie:
Amfilochido, synu Amfilocha.
Str. 164 w. 20: »On jeden się domyślał...*; por.
str. 158 w. 6 i n.
Str. 164 w. 4.0: »Nemezis wieniec zemsty dla nas . . .
trzyma*. — Nemezis, bogini zemsty. Tutaj umyślnie
pomieszana z boginią zwycięstwa Nike ( Victoria\ którą
przedstawiają zazwyczaj z wieńcem i palmą w dłoniach.
Skutkiem tego myśl zdania jest taka: bogini zemsty
zmieni się dla nas w boginię zwycięstwa, tj. zwycię-
żymy i zemścimy się.
Str. 16^ w. ip: »to chyba Sfinksy odgadną*. —
Sfinks, mityczny potwór, który zadawał ludziom za-
gadkę, a tych, którzy jej nie rozwiązali, zabijał.
Str. 166 w. j8 : »0d Kuryi Hostilii*. — Curia
Hostilia, wspaniały budynek rzymski, miejsce posie-
dzeń senatu.
Str. i6y w. 12: » Niech żyje wnuk Afirykanina!* —
Dwaj najsławniejsi Scypionowie otrzymali za odznacze-
nie się w wojnach punickich przydomek « Afrykańskich*.
Str. i6y w. 22: »między Minerwą Ateńską i Dianą
z Efezu*, tj. między posągami tych bogiń. Minerwa (po
grecku: Pallas Athene) była opiekunką miasta Aten;
Diana efezyjska była boginią azyatycką, później utoż-
samiono ją z Artemidą.
Str. i6y w. 28 : » spisani ojcowie* — po łacinie:
patres conscripti^ tytuł senatorów rzymskich.
Str. jóy w. 31: »udając Katona*. — M. P. Cato,
znakomity Rzymianin, żył w II w. przed Chr., słynny
ze swej surowości i nieskazitelności charakteru.
Str. i6y w. ^y: >na meduzie pancerza*. — Meduza,
jedna z trzech Gorgon, potworów kobiecych o włosach
wężowych i wzroku zabójczym; głowa jej, która nawet
po odcięciu od tułowia nie straciła swej mocy, przeszła
na tarczę Ateny, a potem rzeźbiono ją lub wykuwano
na tarczach i pancerzach. Stąd meduza pancerza =
środkowa wypukłość pancerza.
z. Krasiński, Tom I 24
370 ZYGMUNT KRASIŃSKI
Str. i6S w. i-f: »a ja zwycięstwem pod Zamą« —
które przodek Scypiona, Publius Cornelius Scipio, od-
niósł w r. 202 przed Chr. nad Hannibalem.
Str. i6p w. ^: »Gladyatorów Elsinoi* — tj. gla-
dyatorów, których Irydion darował Elsinoi i Helioga-
balowi; por. str. 96 w. 38.
Str. lóp w. jo: » gdy by... nadeszli Zamiejscy*,
rozumie się pretoryanie, ci, których koszary znajdo-
wały się poza obrębem Rzymu.
Str. lyj w. 2c: » Sofisto koryncki«. — Sofiści, grecka
szkoła filozoficzna z V w. przed Chr.; tutaj w znaczeniu
potocznem: sofista, ten, który usiłuje przekonać dru-
gich o prawdziwości tego, w co sam nie wierzy; »ko-
ryncki«, bo Symeon pochodził z Koryntu.
Str. 775 w. jp: »Bracia, on zwiódł ją«. — Kornelia
mówi tu o sobie, jak o kimś trzecim, por. wyżej w.
20 i n. — Z powodu niezrozumienia tego wyrażenia,
przypisywano te słowa w wydaniach zbiorowych Wi-
ktorowi, naturalnie wbrew tekstowi oryginalnemu.
Str. lyó w. jj: »Imie twoje było Hieronim*. —
»Było« — czas przeszły, na oznaczenie tego, co już
nie istnieje. — Por. u Yergilego: »/«// Troia< - była
Troja, niema już Troi.
Str. 777 w. II: » Ulica pomników przy murach
Rzymu «. — Przy ulicy, łączącej Rzym z Kapuą {Via
4ń^/^), stały długim rzędem ns^robki bogatych Rzymian.
Str. 777 w. j6: »Dostałem, co mi kraje wnętrzno-
ści* = dostałem cios, który...; składnia łacińska na
wzór zwrotu : habeo, quod . . .
Str. iy8 w. 10: > zapinałeś fibulę chlamidy*. —
Chlamida, rodzaj płaszcza, który spinano nad prawem
ramieniem lub na piersiach; fibula, spinka.
Str. lyS w. 2^: >fala Styksu* — Styks, rzeka w pod-
ziemiu, przez którą cienie zmarłych przeprawiały się do
Hadesu.
Str. lyp w. 12 — 16 : Śmierć Heliogabala upiększył
Krasiński ze względów artystycznych; historyczny jej
opis znajduje się w przypiskach poety.
Str. lyp w.ji: >z Kohortami Cherusków*. — Che-
ruskowie, szczep germański.
OBJAŚNIENIA WYDAWCY 3 7 1
Str. 180 W. 6: > wśród tych Kolumbariów*. — Co-
lumbaria^ grobowce, w których były zagłębienia na
urny z popiołami zmarłych, nazwane tak z powodu
podobieństwa do gołębników {columda, gołąb) z gnia-
zdami.
Słr. 181 w. 20: »Juniusa za to uczcili przodki na-
sze .. .« — Juniusa Brutusa, por. obj. do str. 93 w 23.
Str. 182 w. 2: » szczęśliwszy od Tytusa: »nie stra-
ciłem dnia, rzeknę, przyjaciele moi«. — Cesarz Tytus
(79 — 81 po Chr.) miał (według Swetoniusza) powiedzieć
pewnego razu, kiedy przez cały dzień nie mógł nikomu
wyświadczyć żadnego dobrodziejstwa: >Przyjaciele, stra-
ciłem dzień!* {amici^ diem perdidi).
Str. 182 w. p: > Ciało Elsinoi . . . osypane cyprysu
gałązkami. — Obok woda lustralna«. — Według pojęcia
Rzymian zetknięcie się z umarłymi » zanieczyszczało*,
skutkiem czego potrzebne było oczyszczenie się, lu-
str atio. Służyły do gałązki niektórych krzewów, a prze-
dewszystkiem woda, szczególnie płynąca i morska.
Str. 182 w. 3^: » Dotąd jeszcze straszny sternik...
nie zabrał cię pod czarne żagle*. — Charon, wstrętny,
brudny starzec, który cienie zmarłych przewoził przez
Styks do Hadesu. Na opłacenie przewozu wkładano
w usta umarłego mały pieniążek (obol).
Str. 18 j w. j: »byś uśpiła Cerbera*. — Cerber,
trójgłowy pies, strzegący bramy, która prowadziła do
podziemia.
Str. 183 w.§: » pójdziesz ku sądowi Radamanta*. —
Przed wyznaczeniem cieniom zmarłych miejsca w pod-
ziemiu, odpowiedniego ich winom lub zasługom, od-
bywał się sąd, którym zajmowali się: Radamantys, Aja-
kos i Minos.
Str. 183 w. 8: » Zostawisz za sobą... ognistą...
rzekę*, tj. Flegeton, p. w. obj. do str. 113 w. 30.
Str. 183 w. 2C: >czy już zaszedł rydwan na via
sacra* (na »świętą drogę*). — Mowa o tryumfalnym
wjeździe do Rzymu, który zwycięski wódz mógł pod
pewnymi, ściśle określonymi warunkami odbywać; stał
wówczas na złoconym rydwanie, ciągnionym przez
cztery białe konie.
24*
372 ZYGMUNT KRASIliSKI
Słr. 183 w. J2: >z Wiminalu ... z Awentynu*. —
Dwa z pomiędzy siedmiu wzgórz, na których Rzym
zbudowano.
Str. 1 84. w. 6: »przysięźesz mu na wierność przy
dymiących trzewach* — rozumie się: przy trzewach
zwierzęcia, złożonego bogom w ofierze; uroczysta forma
przysięgi.
Str. 18^ w. 75.* »pod rózgi Liktorów«. — Likto-
rowie, służący najwyższych urzędników; na znak wła-
dzy nosili pęki rózg [fasces) i wykonywali wyroki na
skazanych.
Str. 186 w. 2: » grzmią nad urną Hannibala i nad
mogiłami Cymbrów*. — Wojna z Hannibalem (216 — 202
przed Chr.) i z Cymbrami i Teutonami (113 — 101 przed
Chr.) były najstraszniejsze ze wszystkich, które rzecz-
pospolita rzymska prowadziła.
Str. 186 w. 21: » rozwiązłej Seleucyi . . « — Seleu-
cya, bogata i urodzajna część Syrii.
Str. 186 w. 4.0: » spychał go z Tarpejskiej skały*. —
Skała tarpejska, przepaścista część wzgórza kapitoliń-
skiego, miejsce tracenia zbrodniarzy, których z niej
strącano w przepaść.
Str. j8y w.j: >Syn Latony* = Apollo, bóg światła
i poezyi.
Str. i8y w. jj: »dumania Platona*. — Platon
(429 — 347 przed Chr.), jeden z najznakomitszych filo-
zofów greckich; jego poglądy odznaczają się głębokością
myśli i niezwykłym polotem.
Str. 188 w. jy: >Kilka słów Aureliusa...* — Ma-
rek Aureli, cesarz rzymski (161 — 180 po Chr.) napisał
dziełko filozoficzne p. n.: »Dla siebie samego*.
Str. 188 w. i: » August zawarł podwoje Janusa*. —
Janus, rdzennie rzymski bóg wszelkiego początku, w naj-
obszerniejszem znaczeniu tego wyrazu. Podczas wojny
świątynia jego stała otworem, zamknięcie jej oznaczało, że
państwo żadnej wojny nie prowadzi, że panuje pokój.
Str. j88 w. 14: >jak żniwem kładą się na brzegach
Trazymenu*. — Nad jeziorem trazymeńskiem zadał
Hannibal w r. 217 przed Chr. straszną klęskę wojskom
rzymskim.
OBJAŚNIENIA WYDAWCY 373
Str. 188 W. ly: >Nie lotnym gromem Aleksandra* —
rozumie się: A. Wielkiego.
Str. 188 w. 2p: »i jedną chwilę boską* — por.
str. 143 w. 4 i n.
Str. i8p w. 6: »Amfilocha śnieżną pianę Lesbij-
ską...« Tak jest ^ A \ R; prawdopodobnie ma być:
Amfilochu, bo Irydion stoi oparty o posąg Amfilocha
i do niego przemawia; » śnieżną pianę Lesbijską* =
wino z wyspy Lesbos, słynne w starożytności.
Str. i8p w. p: ^przysięgam na Statora i Kwi-
ryna*. — Stator, przydomek Jowisza (p. w.); Kwiryn,
przydomek boga wojny, Marsa.
Str. i8p w. 12: »wróżbą Augurów i Westalek pie-
niem*. — Augurowie, wieszczko wie, tworzący kolegium
kapłańskie, a zajmujący się wróżeniem z lotu ptaków.
Str. i8p w. j8 : >ku siedmiu wzgórzom* rozumie
się: Rzymu, p. w.
Str. ipo w. J: ^zabraniam ci udziału ognia i wody*,
dosłowne tłumaczenie prawniczej formuły rzymskiej
(aqua et igni interdicere) na oznaczenie wygnania =
skazać na wygnanie.
Str. I pi w. I : »tak Ottonowi pod Bedriakiem . . .* —
M. Salvius Otho, w r. 69 przez kilka miesięcy był ce-
sarzem rzymskim; po klęsce, poniesionej pod Bedria-
cuni (w tymże roku) odebrał sobie życie.
Str. ipi w. jó: »Zgrzybiała ruina Wulkanu* =
księżyc.
Str. Ip2 w. 20: »Mdłe dusze świętych niewiast*, tj.
przede wszy stkiem dusza Kornelii; por. str. 194 w. 6 i n.
Str. ipj w. 28: »przy fontannie Neptuna*. — Ne-
ptun (po grecku: Poseidon), zob. wyżej.
Str. ipp w. 22: » według przepowiedni Grimhildy ...*
por. str. 85 w. 14 i n. i str. 92 w. 4 i n.
Str. ipp w. 28: »jak u pierwszego z Katonów* =-■
M. P. Cato z przydomkiem Priscus (Stary), por. obj.
do str. 167 w. 31.
Str. 200 w. 2'/: >Idalska Venus i Ptolomeów córa*. —
Wenera, bogini miłości i piękna, miała przydomek »Idal-
skiej* od góry Idy w Azyi Mniejszej; »córa Ptolomeów* «
Kleopatra, królowa Egiptu, słynna ze swej piękności.
374 ZYGMUNT KRASIŃSKI
Str. 20 j w. 2: >w dniu Alaryka i w dniu wielkiego
Atylli*. — Alaryk, król Gotów wschodnich, który w r.
410 przed Chr. zdobył Rzym. — Atylla, słynny król
Hunów (433 — 454 po Chr.), zwany » biczem bożym «.
Str. 20 j w. 2: >ni brzęk korony cesarskiej o twarde
czoło Karla, ni Rienzi, trybun ludu*. — Karol Wielki
koronował się w r. 800 po Chr. na cesarza rzymskiego. —
Cola (Mikołaj) Rienzi, sławny reformator społeczny, sta-
rał się odrodzić rzeczpospolitą rzymską, opartą na za-
sadach demokratycznych. W r. 1347 dokonał prze-
wrotu, położył koniec panowaniu baronów i sam jako
» trybun ludu« stanął na czele państwa.
Str. 20 j w. 4.: » święte pany Watykanu = papieże.
Str. 20^ w. 6: >Wąż, co strzegł stóp twoich . . .«
por. str. 82 w. 14 i n.
Str. 20^ w. II: »na szczytach Latyńskich«. — Nie-
wielkie góry w starożytnem Latium^ w pobliżu Rzymu,
pomiędzy Apeninami a morzem.
Str. 20^ w. 26: »Mausoleum Cecylii* — por. do-
pisek poety do str. 133 w. 12.
Str. 206 w. 26: > zostawił znak swój na czole naj-
lepszego z Cezarów* — tj. na posągu Marka Aureliusza.
Str. 2oy w. 2: »Łuk Septyma Sewera*. — Do dziś
dnia zachowany łuk tryumfalny, zbudowany na cześć
zwycięskiego cesarza L. Septimiusza Sewera (193 — 211).
Str. 2oy zv. 7; >Ich kapitele, kwiaty, ich liścia
akantu«. — Kapitel, por. obj. do str. 45 w. 3. — Ka-
pitele słupów korynckich były zdobne w rzeźbione
liście akantu.
Str. 2oy 7v. 75 .* »jaszczórki ślizgają wśród ich ra-
mion* — co do formy (bez >się*) por. str. 15 w. 22.
Str. 2oy w. 2j: »bramą Tytusa*. — Łuk tryum-
falny, zbudowany z powodu zburzenia Jerozolimy przez
późniejszego cesarza Tytusa (w r. 70 po Chr.).
Str. 208 w. f.- »obsłony, co powijała na wierzchoł-
kach . . .* — zapewne: zasłony, co powiewała.
Str. 20c w. i: »z koturnem Argijskim*. — Ko-
turny, rodzaj obuwia o bardzo grubych podeszwach
drewnianych, używanego przez aktorów greckich dla na-
dania sobie pozorów wysokiego wzrostu. — »Argijski*,
OBJAŚNIENIA WYDAWCY 375
zapewne od miasteczka Argos w kraiku Amfilochia^
którego założycielem miał być Amphilochos. Być może,
że od tego mitycznego Greka przyjął Krasiński imię
dla ojca Irydiona.
Str, 211 w. 2: » gmach starożytnych ludzi = Ko-
loseum.
Str. 211 w. ij: »na ziemi mogił i krzyżów* =
w Polsce. Por. list do Gaszyńskiego z dnia 9. marca
1832 (Listy t. I, str. 6).
Str. 212 w. p: »nie ze snu, jako wprzódy było* —
mowa o długowiecznym śnie Irydiona w jaskini kam-
pańskiej.
MODLITEWNIK.
Str. 216 w. 4.: »za winy pracują zdaleka od Cie-
bie« — tj. ponoszą karę za winy w czyścu.
Str. 216 w. 10: »z temi, których zaznałam « = któ-
rych poznałam.
Str. 218 w. i: > pociesz stroskany duch mój« —
por. objaśnienie do str. 46 w. 19.
Str. 2ip w. p: »i miłość swoją przebitą, umierającą
widzi « — por. w >Irydionie« str. 211 w. 19: »mi-
łość twoją ujrzysz przebitą, konającą*; miłość, tutaj:
przedmiot miłości.
Str. 2ip w. II: »Oni szczęśliwsi... a my w cie-
mnościach jęczemy . . .« Oni = mężczyźni; my = kobiety.
Str. 2ip w. 20: >Męki nasze lekkie jalco cienie przed
oczyma ludzi*, zdanie, utworzone na wzór psalmów
Dawida = ludziom wydaje się, że męki nasze są lekkie,
jak cienie.
Str. 222 w. j: » kazałeś dni kilka przeżyć na wy-
gnaniu*; sens: życie jest wygnaniem, a wobec wieczno-
ści jest okresem kilku dni.
Str. 22 j w. 2: >w miłości Twojej niechaj będzie
otucha moja — nie bojaiń w przemocy Twojej* =
niech miłość Twoja będizie dla mnie otuchą i niech się
nie lękam Twej potęgi.
Str. 22^ w. 2^: >Bym nie szukała Ciebie po nocy
ciemnej* = bym nie szukała Ciebie napróżno, tak, jak
się szuka kogoś wśród ciemnej nocy.
Str. 22^ w. 6: >Darowanem jej jest, bo kochała
wiele* — por. w ^Irydionie* str. 211 w. 7: »ty zbawion
jesteś, boś ty kochał Grecyę*.
OBJAŚNIENIA WYDAWCY 377
Słr. 226 w. 6: >umiejsz chwil starości próbie mo-
jej*. — Próba, przenośnie zamiast: życie.
Str. 226 w. ij: -mówiących o mnie, jakom była
kiedyś* = mówiących, że byłam, że mnie już niema.
Słr. 226 w. 22: »obzierać się na niwy zielone*, do-
myślne: życia.
Str. 2JJ w. 14.: » słowo Twoje, opowiedziane kilku
wiernym* — tj. apostołom.
Słr. 2J4 w. II : »Za to, że nieśmiertelności nie mają
na ziemi*, tj. że dla kobiet niedostępne są te działy
pracy ludzkiej, które mogą zjednać nieśmiertelną sławę.
Słr. 2J4. w. 7f .• »i tej kazałeś odejść w pokoju, tej,
którą ukamienować chcieli*, tj. jawnogrzesznicy, którą
Chrystus obronił od ukamienowania.
Słr. 2JS w.ji: »I ten, który Cię miał zdradzić* -
Judasz Iskaryota.
Słr. 2j^ w. 32: » głowa ukochanego Twego* = św.
Jana Ewangelisty.
Słr. 2jy w. 2"] : >Pierwsza, niewiasta Cię ujrzała* =
Marya Magdalena.
Str. 2jc w. 16: > słowa ulubieńca Twego* = św.
Jana Ewangelisty.
WANDA.
(Objaśnienia nazw mitologicznych podane są zvedług
dzieła, z którego poeta czerpały tj. według Naruszewicza
^Historyi narodu polskiego < (tom I część Ii II, S^
str. 2p4.Ą-2pj; — ^4^y wydanie z rękopisów nakładem
Tow. przyjaciół nauk. Warszawa 1824) bez wzglądu
na to, te dzisiejsza nauka zapatruje sią na te kwestye
zupełnie inaczej.)
Str. 2jfj w. 4.: »minstrele« = śpiewacy nadworni.
Str. 247 w. 27; » pięknej Gudruny*. — Imię to, jak
i imię »Hagen«, przejęte jest ze średniowiecznej epopei
germańskiej ^ Gudrun^, tak, jak imię »Sigmund» z *Nie-
doli Nibelungózv€. Utwory te umyślnie naśladował po-
eta w opowiadaniu Hagena.
Str. 24.8 w. 2^: »o długim dżyrycie*. — Dźyryt
(po polsku: dziryt), wyraz turecki, oznaczający pocisk
w kształcie kija bez grotu na końcu; używano go dla
zabawy w igrzyskach rycerskich. W Polsce dziryty by-
wały z grotami, przypominały więc zupełnie włócznie.
Str. 24C w. j: » wyspa Danów*. — Dania właściwa
jest, jak wiadomo, półwyspem, ale należy do niej cały sze-
reg wysp; na jednej z nich umieszcza poeta pałac Hakona.
Str. 24P w.^: »pan wassalów*. — Wasal = lennik,
hołdownik.
Str. 24.C w. jj: »Na takim rogu dąć musi upiór
myśliwiec, kiedy nocą przelatuje bory«. — Lud, zwłaszcza
szczepów germańskich, tłómaczy sobie szum borów jako
odgłos szalonej jazdy boga lub upiora myśliwca i jego
orszaku. Por. znaną baladę Burgera p.n. »der wilde Jager*.
OBJAŚNIENIA WYDAWCY 379
Str. 2/f.c W. jc: »na hełmie smok obrzydliwy «. —
Na hełmach (czapkach metalowych) noszono często,
zwłaszcza w odległych czasach, różnorodne godła.
Str. 2^0 w. i: »z za przyłbicy*. — »Przyłbica« jest
to właściwie szczerze słowiańska nazwa » hełmu*, używa
jej się jednak pospolicie dla określenia tylko tej jego
części, która służyła do osłaniania twarzy. Przyłbica
miała często kształt maski żelaznej, z otworami na oczy
i usta.
Str. 2§o w. 75.* » dobywa puginału*. — Puginał,
długi, obosieczny nóż, sztylet.
Str. 2^0 w. ji : »roztruhan« = wielki kielich.
Str. 2^0 w. jj: »i od twojej dłoni wylecą* = pod
naporem twojej dłoni wylecą także, jak od mojego ude-
rzenia, żelazem kute bramy zamków.
Str. 2^1 w. 28 : »lud czeka objawienia bohatyrów* =
czeka zjawienia się bohaterów.
Str. 2^2 w. 6 — 7; Znaczenie zdania jest takie: sześciu
wodzów nieprzyjacielskich zwaliłem z koni, przybiłem
do ziemi kopią, zabrałem im wiszące na piersiach łań-
cuchy złote i dał je H. N., który mi z nich wykuł rę-
kojeść miecza.
Str. 2^3 w. 6: » okrutna Marzanno*. — Marzanna
lub Marzana, bogini śmierci.
Str. 2j;j w. y: »Łada*, słowiańskie bóstwo miłości.
Szczegół, że ją wieńczono » różami głogów*, jak Ma-
rzannę »śmiertelnemi maki*, jest tylko pomysłem poety.
Str. 2j)j w. 8 : »na synów Lecha* = na Polan. Alu-
zya do znanego podania o Lechu, Czechu i Rusie.
Str. 2^j w. 21 i n: Całe opowiadanie o smoku wawel-
skim i jego zgładzeniu różni się zasadniczo od znanego
podania, ma jednak podstawę pewną (naturalnie nie
historyczną, lecz bajeczną) w Kronice Mistrza Wincen-
tego. Kronikarz ten opowiada, że jeszcze za życia starego
Kraka młodszy syn jego, także Krakiem zwany, zabił
starszego brata, Lecha (u Krasińskiego nazywa się on
zdrobniale Leszkiem), a potem przedstawił, że to smok
był powodem jego śmierci, on zaś sam, Krak, zgła-
dził smoka. Zbrodnia wydała się dopiero wtedy, gdy po
380 ZYGMUNT KRASUiSKI
Śmierci starego Kraka zabójca wstąpił na tron — wów-
czas wypędzono go z kraju, a rządy objęła Wanda.
Słr. 2^4. w. 20: » Ziemowit wierne psy zwołał i dra-
żnił i głodził dzień cały...* Por. podobny opis przy-
gotowań do walki ze smokiem w balladzie Schillera
»der Kampf mit dem Drachen*.
Słr, 2^^ w. 2y: »w popielnicy spoczywają pro-
chy*. — Popielnica, urna gliniana, w której przecho-
wywano popioły zmarłych.
Słr. 2^jy w. J2: »nadgardlnik rozerwij żelazny*. —
Nadgardlnik, wstążka metalowa połączona z hełmem,
okalająca twarz i spięta pod brodą.
Słr. 2^y w. 77; »w Lateranu kościele*. — Pałac
starożytny w Rzymie, który od rodziny Lateranów otrzy-
mał swą nazwę, podarował cesarz Konstantyn wraz
z wybudowanym obok kościołem biskupowi rzymskiemu.
Kościół ten nazwano także » laterańskim*. Lateran był
siedzibą papieży aż do czasu przeniesienia się ich do
Awinionu.
Słr. 2^8 w. i^: » wyroku Matki Duchownej*, tj.
papieża jako przedstawiciela Kościoła.
Słr. 2 §8 w. 20: »0 Witykindzie czyś zapomniał?* —
Widukind albo Wittekind, słynny wódz saski w krwa-
wych walkach z Karolem Wielkim. Po długim, bohater-
skim oporze poddał się Karolowi i przyjął chrzest w r. 785.
Słr. 260 w. i§: »na żertwę*. — Żertwa, ofiara, uczta
po złożeniu ofiary.
Słr. 260 w. 21: »na karczach spalonych*. — Karcz,
ta część pnia od korzenia, która pozostaje po ścięciu
drzewa. Przez spalenie karczy zyskiwano ziemię, przy-
datną do uprawy.
Słr. 260 w. 2^: >przez* ogniany i wiatrany*, na
bóstwa ognia i wiatru (domyślne: zaklinam się).
Słr. 261 w. jj: » szyszak* (z węgierskiego: sisak
czyt. » szyszak*) = hełm.
Słr. 262 w. I — j: Wierszyk ten jest mieszaniną
wyrazów polskich i ruskich, niezbyt poprawnie napi-
sanych. Znaczy dosłownie: Ja małe dziecko, nóżka moja
bosa, wynieście (mi) kolendę, tj. upominek, który dają
na kolendę noworoczną. Por. wiersz 24.
OBJAŚNIENIA WYDAWCY 38 1
Słr. 262 W. 2^: »Kolczuga«, por. objaśnienie do
str. 57 w. 25.
Str. 262W.J1: »u Boga Pogwizda*. — Pogwizd, sło-
wiański bóg wiatru.
Str. 26 j w. 2^: »z kołczanem na plecach*. — Koł-
czan (z tureckiego: kołczan) pochwa na strzały, ta część
sajdaka, w której się strzały przechowywa.
Str, 26 j w. ji : » Kołpak Gnieźnieńskiego Barni-
ma*. — Kołpak (ż tureckiego : kalpak\ rodzaj wysokiej
czapki, zwłaszcza obłożonej futrem.
Str. 264. w. i: > Witajcie, witajcie, Hospodyny
miłe*. — Ruskie i czeskie: Hospodyn, polskie: gospo-
dzin = pan. — Starodawna pieśń polska, którą lud
witał Kazimierza Odnowiciela, miała się zaczynać od
słów: »Witajże nam, witaj miły hospodynie*.
Str. 268 w. jy: »Przez św. Huberta!* — Św. Hu-
bert (zmarły 728) jest patronem myśliwych, więc Ry-
dygier, miłośnik łowów (por. str. 251 w. 22 i n.), jego
właśnie przyzywa na świadectwo.
Str. 2yo w. ^: »choć ryczysz, jak Lew zmartwych-
wstania na Flinsa ramieniu*. — Flins (po słowiańsku:
Iwiniec (?) od słowa lew) bożek wendyjski, którego
posąg stał jeszcze w XII w. nad Sprewą. Przedstawiał
wykutą z kamienia postać nagiego mężczyzny z po-
chodnią w ręku i lwem metalowym (złotym ?), opartym
przedniemi łapami na jego głowie, tylnemi na lewem
ramieniu. — »Lew zmartwychwstania*, ho rzekomo ozna-
czał siłę, zdołającą lwim rykiem wskrzeszać umarłych.
Str. 2 Jo w. 75; »Krasopani* = pani krasy, piękna
pani; por. u Mickiewicza »zwana Grażyną czyli piękną
księżną*.
Str. 2 JO w. ij: »czy to jedna z Walkyrich, o któ-
rych mówią stare pieśni ojców?* — Walkiry lub Wal-
kirye, w starogermańskiej mitologii pół-boginie, dzie-
wice wojny, które na rozkaz Odyna rozdzielają między
walczących zwycięstwo albo śmierć, a poległych wpro-
wadzają do Walhalli. O nich opowiadają pieśni skan-
dynawskie, zebrane w »Eddzie* (» stare pieśni ojców*).
Str. 2yo,w. 28: >CzY to Lei młodzian, czy to Znicz,
pan światła*. — Lei, bożek słowiański, według jednych
3^2 ZYOiUKT KRASniSKl
kronikarzy odpowiadający Kastorowi rzymskiemu (zob.
obj. do str. 93 w. 12), według innych Kupidynowi.
bożkowi miłości. — Znicz, tu pojęty jako bożek ognia
i światła.
Str. 2JI w. I: >jak Czamyboh*. — Rozróżniając
bc^ów dobra i zła, szczęścia i nieszczęścia, nazywsdi
Słowianie jednego Białymbohem ^bogiem), drugiego
Czamymbohem.
Str. 2^1 w. Jj: >z kochanym od Peruna żupa-
nem<. — Perun (Perkun), b<^ piorunów, nieba i ziemi,
najwyższa' bożek pogańskich Słowian. — Zupan ^ na-
czelnik pokolenia, rządca prowincyi, wódz.
Str. zyj w. 28 : » dąbrowę Pelwita*, tj. las dębou-y,
poświęcony (litewskiemu ) Pelwitowi (lub Pilwitowi\ bo-
gowi skarbów i bogactw.
Str. 27^ w. 22: »Białymbohem-li ją nazwiesz<; por.
obj. do str. 271 w. 1.
Str. 2y§ w. J: > składa objaty*. — Obiata =^ ofiara,
składana bogom, przedewszystkiem niekrwawa, a więc
złożona ze zboża, miodu itd.
Str. 2y6 w. ij: »dziewosłębów zimnym zbyła sło-
wem*. — Dziewosłąb, swat, który stara się dwoje osób
połączyć węzłem małżeńskim. Dziewosłębić = swatać.
Str. 2j6 w. 2j: » mojego domowego Potrympa*. —
Potrymp (litewski Potrympus), bożek potrzeb domo-
wych. Przedstawiano go jako młodzieńca o miłej twa-
rzy, z wiankiem zielonych kłosów na głowie.
Str. 2^6 w. 36: > przecz nie słyszym*. — Przecz,
wyraz staropolski (prze-czso = przez co) = dlaczego.
Str. 2yy w. 10: >chwałospiew« = śpiew pochwalny.
Str. 2yy w. 26: »po źalnikach plączą się*. — Żal-
nik = miejsce lub stos, na którym palono zwłoki ludzkie.
Str. 2^^ w. 4.0: > pierścień z głową potrójną Per-
kuna«. — Poeta może dlatego mówi o ^potrójnej gło-
wie« Perkuna, że przedstawiano go niekiedy razem
z dwoma innymi bożkami, Potrympem i Pikollem.
Str. 2y8 w. 5.' >FTzez starego Okkopima«. — Ok-
kopirn, nazwa Perkuna.
Str, 2jc w. y: » Wzywajcie Jessena*. — Jesse, we-
dług Długosza najw>'ższy bóg słowiański, odpowiadający
OBJAŚNIENIA WYDAWCY 383
rzymskiemu Jowiszowi; modlono się do niego o wszel-
kie dobra doczesne.
Str. 2'jc w. p: •Chrobaty o niezłomnych topo-
rach*. — Podhale tatrzańskie wraz z województwem
krakowskiem nazywało się Chrobacyą białą.
Str. 280 w. 21: »Halele Lele!« — zapewne utwo-
rzone z wykrzyknika podwojonego: »Ha! Lele, Lele!«
Str. 280 w. ji : »góry te . . . schylać się będą« —
tj. mieszkańcy zejdą w niziny.
Str. 282 W.J2: »wódz wasz o zapoinach... duma*. —
Zapoiny, uczta zaręczynowa.
Str. 28 j w. ij: » kamienne katedry dla wojewo-
dów* = siedzenia kamienne.
Str. 284. w. j: » niczego się z lotu ptaka ni ofiar
dowiedzieć nie mogą*. — Wróżenie z lotu ptaka od-
bywało się w ten sposób, że kapłan lub wróżbita za-
kreślał sobie w myśli koło na niebie i pilnie baczył,
jaki ptak najpierw ukaże się w tej pomyślanej prze-
strzeni, z której strony nadleci itd. Z równą starannością
badano trzewia zabitych na ofiarę zwierząt.
Str. 284. w. c: »Kute stolice* = w skale kute
siedzenia. Por. w dawnej polszczyinie » stolec króle-
wski* =^ tron.
WAŻNIEJSZE OMYŁKI DRUKU.
Str. 65 wiersz i: ^.eś nie kochał ma być: źeś nic nie kochał.
•* 80 » 26: Boga ludów » » Boga lodów.
» 161 » 9: Nie — nie trza » » Nie — nie, trza.